Walczyli o godność i chleb - zostali zabijani.

28 czerwca 1956 robotnicy w poznańskich Zakładach im. Stalina (obecnie im. Hipolita Cegielskiego) rozpoczęli strajk generalny, który przerodził się w wielotysięczną manifestację, a następnie w walki uliczne.
 
O godzinie 6.30 zakładowe syreny dały znak do rozpoczęcia protestu. Robotnicy opuścili zakład i w zwartym pochodzie ruszyli pod siedziby Miejskiej Rady Narodowej i Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Do protestujących przyłączali się pracownicy innych zakładów. Demonstranci śpiewali po drodze hymn narodowy, "Rotę" i pieśni religijne, między innymi "Boże, coś Polskę" z frazą "Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie". Pojawiły się biało-czerwone sztandary i transparenty z hasłami ekonomicznymi np. "Żądamy podwyżki płac", "Chcemy chleba", czy "Jesteśmy głodni", "My chcemy wolności", czy "Precz z czerwoną burżuazją".
Zgromadzony o godzinie 9. na placu Józefa Stalina (obecnie Adama Mickiewicza) tłum liczył około 100 tysięcy osób. Delegacja manifestantów spotkała się z przewodniczącym Prezydium Miejskiej Rady Narodowej Franciszkiem Frąckowiakiem i zażądała przyjazdu premiera Józefa Cyrankiewicza lub I sekretarza KC PZPR Edwarda Ochaba.
 
Następnie delegacja spotkała się z sekretarzem propagandy KW PZPR Wincentym Kraśką, gdzie ponowiła wcześniejsze żądania. Kraśko próbował przemówić do tłumu, ale ludzie nie chcieli słuchać partyjnej nowomowy. Wkrótce zaczęto plądrować budynki władz, manifestanci wkroczyli do gmachu MRN i KW PZPR. Pozrywano czerwone sztandary i wywieszono hasła protestacyjne. W tłumie rozeszła się nieprawdziwa plotka o aresztowaniu robotniczej delegacji. Część protestujących ruszyła pod więzienie przy ulicy Młyńskiej, żeby uwolnić rzekomo aresztowanych robotników.
 
Po wtargnięciu do więzienia zdobyto około 80 jednostek broni i amunicji. W tym czasie inna grupa robotników ruszyła na ulicę Jan Kochanowskiego, gdzie mieścił się gmach Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Manifestanci zostali oblani wodą z hydrantów, na co odpowiedzieli kamieniami. Około 10.40 z okien Urzędu Bezpieczeństwa padły pierwsze strzały. Rozpoczęła się wymiana ognia, a wkrótce walki objęły całe miasto.
Robotnicy używali butelek z benzyną oraz broni zdobytej w więzieniu i na posterunkach MO, w sumie około 200 sztuk broni. Do tłumienia demonstracji postanowiono użyć wojska. Władze wprowadziły blokadę telekomunikacyjną miasta i godzinę policyjną między 21.00 a 4 rano. 29 czerwca wieczorem premier Józef Cyrankiewicz wygłosił przemówienie radiowe, w którym padła między innymi słynna groźba, że "każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewien, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie". Pojedyncze walki w mieście trwały jaszcze 30 czerwca rano.
 
Ilu było zabitych ?
Z ustaleń prokuratora wynika, że w czasie poznańskiej rewolucji - gdyż taka ona była, poszkodowane zostały 1402 osoby. W tej grupie uwzględniono też 58 zabitych (w tym 50 cywilów, czterech żołnierzy, jednego milicjanta i trzech funkcjonariuszy UB). W czasie starć rannych zostało zaś 239 cywilów, a także 72 funkcjonariuszy (część miała rany postrzałowe). Dane te oparte są na dokumentach archiwalnych i przesłuchaniach świadków. W dawniejszej literaturze przedmiotu podawano liczbę 73 lub 74. Najnowsze badania mówią o 57 ofiarach, a pion śledczy IPN podaje liczbę 58. Najmłodszą ofiarą buntu był Romek Strzałkowski, który miał zaledwie 13 lat.
 
Chwała bohaterom.

Wyklęci a jednak wygrani

Przez całe lata PRL-u nazywano Ich „zaplutymi karłami reakcji”, a wszystkie niepodległościowe organizacje, do których należeli określano jako „faszystów”, czy „bandy reakcyjne z pod znaku NSZ”. W zamian za ofiarną walkę w obronie wartości jaką była Niepodległość Ojczyzny wielu z Nich poległo z bronią w ręku, innych zamęczono w więzieniach ciągłymi przesłuchaniami i torturami, a jeszcze inni po okrutnych śledztwach przechodzili pokazowe procesy, które były kpiną z wymiaru sprawiedliwości, a których wyrok był oczywisty – natychmiastowo wykonywano kary śmierci. Jedynie nielicznym udało się przetrwać stalinowski reżim, aby żyć dalej przez długie dekady Polski Ludowej z piętnem „reakcyjnego bandyty”. Zaledwie garstka z Nich dożyła tzw. odwilży i ustawy honorującej ich wieloletnie zmagania w szeregach SZP, ZWZ, AK, DSZ, ROAK, NZW, NSZ, SN, i WiN z oboma okupantami. Dożyli oni również dużej liczby rewizji nadzwyczajnych od wyroków śmierci, które otrzymali ich dowódcy i towarzysze partyzanckiej doli i niedoli… a tych trzeba przynajmniej przypomnieć!

 

RYS HISTORYCZNY.

Od roku 1943 Dowództwo AK obawiając się wejścia wojsk sowieckich na teren Polski rozpoczęło organizowanie struktur wojskowo–cywilnych mających za zadanie samoobronę i podtrzymanie morale społeczeństwa polskiego w przypadku okupacji przez ZSRR. Organizacja przygotowania opierała się głównie o ugrupowania partyzanckie wywodzące się z AK działające pod szyldem „Wolności i Niezawisłości„ zwanej potocznie WiN. Do 1945 r. oddziały te liczyły już około 25-30 tys. żołnierzy.

NKWD i bezpieka walczyła z tymi jednostkami od samego początku zajęcia terenów Polski przez Armię Czerwoną. Pod pozorem ujawnienia działalności konspiracyjnej i zdania broni oraz amnestii w 1945 r. aresztowano łącznie około 50 tys. żołnierzy podziemia głównie AK i WiN. Taktykę masowych aresztowań powtórzono w 1947 r. aresztując w kazamatach kolejnych 76.774 żołnierzy podziemia. W wyniku aresztowań NKWD wymordowało od razu 20 tys. żołnierzy. Wielu też wywieziono na wschód ZSRR do łagrów na teren Syberii.

Żołnierze wyklęci już zwyciężyli w walce ze złem, z radzieckim totalitaryzmem i komunistycznymi poglądami swoich rodaków. Dzisiaj, głównie dzięki młodym Polakom, trwać będzie pamięć o żołnierzach z antykomunistycznego podziemia.

BOHATEROWIE NIEZŁOMNI – ŻOŁNIERZE WYKLĘCI

Głównie młode środowiska patriotycznie nastawionych Polaków, nie zapominają o żołnierzach AK, o żołnierzach wyklętych. Na portalach społecznościowych dają temu wyraz, nie tylko organizując lub uczestnicząc w organizowanych w dniu 1 marca każdego roku oficjalnych uroczystościach. Sami także, co roku, organizują marsze, przejazdy rowerowe, składanie kwiatów i zapalnie zniczy pamięci na mogiłach tych, którzy zginęli za Polskę. Jest to jedna z wielu form zachowania w pamięci bohaterów narodowych, ale także i pokazanie oraz zamanifestowania swego patriotycznego nastawienia.

Szkoda, że oprawcy tych, dla których organizowane są w dniu 1 marca każdego roku uroczyste państwowe obchody – nie są ścigani za swoje komunistyczne zbrodnie i cały czas otrzymują z budżetu państwa wysokie emerytury.

Przy bierności polityków i urzędników państwowych, wciąż w mediach można odszukać obraźliwe teksty np. pod adresem 17-letniej Danuty Siedzikówny, żołnierza niezłomnego ps. „Inka”, która została zamordowana 28 sierpnia 1946 r. przez komunistycznych oprawców. Były przypadki zbezczeszczania przez nieznanych sprawców jej pomnika, znajdującego się w krakowskim parku Jordana. Postkomuniści i lewicowe środowiska nadal nazywają „Inkę” i „żołnierzy wyklętych” bandytami, jak za czasów PRL-u, twierdząc, że to była wojna domowa, a nie antykomunistyczne powstanie. Dla nich czas PRL-u jak widać trwa nadal.

Dla środowisk patriotycznych, w moim skromnym przekonaniu, świadectwo wyklętych jest jednym z najważniejszych składników budujących tożsamość narodową – to kręgosłup narodu.

Internauci na różnych portalach internetowych, toczą w ostatnim okresie czasu, ożywioną dyskusję na temat samego określenia „Żołnierze wyklęci”. Głównie chodzi o drugi człon tego określenia.

Wiele osób zastanawia się nad potrzebą przemianowania określenia użytego, co prawda przez Sejm RP, „Żołnierzy Wyklętych” na „Żołnierzy Niezłomnych” lub „Bohaterów Niezłomnych” a najlepiej w połączeniu tych dwóch określeń jako „Żołnierze Wyklęci - Bohaterowie Niezłomni” Określenie Bohaterowie Niezłomni, w opinii wielu internautów oraz mediów, jest bardziej adekwatne w stosunku do tych polskich żołnierzy.
W moim przekonaniu tak często używane słowo "wyklęci" może w różnych rejonach świata zostać bardzo różnie rozumiane. Trudno wymagać od innych dokładnej znajomości naszej bardzo złożonej historii.

Wielu ludzi, jak pokazuje życie, nie tylko Polaków, do końca nie rozumie naszej polskiej trudnej i złożonej historii. Gdy słuchacz czy czytelnik usłyszy lub przeczyta w mediach, że Polacy czczą w dniu 1 marca, każdego roku „Żołnierzy Wyklętych”, zastanowi się i pomyśli, co oznacza sam wyraz „wyklęty”. Z uwagi na użyty taki, a nie inny wyraz, w ich skojarzeniach może pojawić się sprzeczność i pytanie, dlaczego Polacy w sposób uroczysty obchodzą Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych? Dlaczego zostali oni wyklęci  i za co? Co było tego powodem itp. Czy te  zdarzenia mają charakter  religijny, czy militarny? Pytań tego typu jest i będzie w dalszym ciągu wiele. Zapewne część ze słuchaczy lub czytelników odpowiedzi poszuka w samym internecie albo zapyta znajomych, przez kogo oni zostali wyklęci. Pozostała część pozostanie jednak nieświadoma, co do właściwego znaczenia tego słowa.

Oczywiście, w moim przekonaniu, każdy młody oraz dorosły człowiek, powinien we własnym zakresie zdobywać wiedzę głównie dotyczącą własnego narodu i jego historii za pośrednictwem rodziców i szkoły oraz samokształcenia. Jak jednak wiemy, w tym względzie życie płata zgoła inne scenariusze.

Patriotyzm w naszych czasach, głównie w kręgach ludzi młodych, jak wiemy staje się niemal sposobem na życie, kojarzy się z czynami bohaterskimi, walką o wyzwolenie narodowe, budowaniem  zrębów demokracji oraz silnej gospodarki. Jak wiemy, nie na wszystkich kierunkach polskich uczelni wyższych, studenci poznają historię własnego narodu. Nie występuje ona np. na farmacji, medycynie, biologii czy na studiach inżynierskich, lub  np. chemii.

PRAWDA JEST ODKOPYWANA

W kontekście dochodzenia do narodowej prawdy historycznej, nie tylko są prowadzone na szeroką skalę prace ekshumacyjne, między innymi w kwaterach Cmentarza Wojskowego na Warszawskich Powązkach, gdzie wydobyto już ponad i zidentyfikowano 109 polskich patriotów, ale to głównie tworzenie się patriotycznych postaw, jest elementem powstających zmian w świadomości Polaków.

W tych i innych odkrytych mogiłach, leżą zamordowani przez komunistów i wyrzucenia jak worki na śmieci do dołów, m.in. na „Łączce”, w tajemnicy przed innymi, głównie w nocy, żołnierze wyklęci. Grzebano ich w taki sposób, by nikt nigdy już ich nie odnalazł i by pamięć o nich zanikła na zawsze. Ten komunistyczny mord na zawsze miał pozostać tajemnicą.

Stało się inaczej, to tutaj odkopano Edmunda Smolińskiego, wybitnego chemika, porucznika AK, uczestnika Powstania Warszawskiego, żołnierza niezłomnego, który woził rozkazy i polecenia dowództwa przebywającego poza granicami kraju dla walczących oddziałów z komunistycznymi władzami w kraju. Odznaczonego Krzyżem Walecznych, torturowanego, skazanego na karę śmierci i rozstrzelanego w wieku 32 lat na Mokotowie 13 kwietnia 1950 r. Odkopano również żołnierza września 1939 r., Stanisława Łukasika ps. Ryś, kapitana AK, dowódcy partyzantki na Lubelszczyźnie, odznaczonego Orderem Virtuti Militari V klasy i Krzyżem Walecznych, zamordowanego przez komunistyczne władze w wieku 32 lat w dniu 7 marca 1949 r. By bardziej upodlić tego Polskiego bohatera i patriotę, w chwili jego zamordowania ubrano go w mundur żołnierza Wermachtu!

PRZYWRACANIE GODNOŚCI

Wymienieni bohaterowie antykomunistycznego podziemia, jak i wielu innych pomordowanych i zapomnianych przez lata żołnierzy walczącego podziemia, wygrywają walkę ze złem, z sowieckim totalitaryzmem. To tym właśnie pomordowanych bohaterom także zawdzięczamy wolną Polskę.

Dzisiaj, ekshumacje żołnierzy wyklętych śledzi niemal cała Polska, śledzą szczególnie ludzie młodzi, dla których pamięć o żołnierzach antykomunistycznego podziemia będzie trwać zawsze a ich życiorysy, tych którzy się nie poddali, będą inspirowały całe pokolenia.

Dlatego żołnierze niezłomni – żołnierze wyklęci, bohaterowie swego narodu, już wygrali i to nie dlatego, że politycy stanowili dzień 1 marca Narodowym Dniem Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” i nic tego procesu już nie zmieni.

Wygrali, bo są na zawsze w sercach tych, dla których dobro Polski jest dobrem najwyższym.

Chwała bohaterom.

 

Czy nadszedł czas walki o Polskę ?

Zagrożenia płynące dla  bezpieczeństwa Polski jakie są - postaram sie na to pytanie odpowiedzieć.

Plityka imperialna Rosji.

Jak internauci piszą o walce Ukrainy z agresorem.

Media niemal całego świata w tym historycy, politycy i wojskowi rozpisują się na temat wydarzeń jakie obserwujemy na Ukrainie. Wielu Polaków ocenia je z punktu widzenia tzw. sensowności wybuchu i trwania Powstania Warszawskiego, inni twierdzą iż obrona Ukrainy to przejaw głupoty i z góry takie działania skazane są na porażkę. Wielu także obarcza władze Ukraińskie na brak rozsądku i wyobraźni skoro porywa się na walkę z wrogiem o wiele większym i mocniejszym i decyduje się na załamanie gospodarki z braku surowców energetycznych dostarczanych z Rosji.

Można w Internecie przeczytać wiele wypowiedzi internautów potępiających walkę Ukraińców z „ Wielką Rosją”. Gdyby Ukraina siedziała cicho żyła by obecnie w dobrobycie – można przeczytać  wpisy tych internautów, bo to Rosja dawała Ukrainie stabilizację , pokój i dobrobyt – piszą inni. Tego typu i wiele innych komentarzy można przeczytać jna forach internetowych na WP, Onecie, Interii czy wielu innych potralach.

Komentujący określone zdarzenie na Ukrainie dokonujący takich a nie innych ich ocen przywołują jako podstawę swego stanowiska troskę o ginących niewinnych ludzi na wschodzie Ukrainiy. Zewsząd słychać zatroskane ich głosy, że najwyższy już czas i trzeba kapitulować na warunkach jakie Moskwa zaproponuje Kijowowi. Po co patriotyzm to archaizm - piszą, po co narażać się na śmierć lub kalectwo cały świat odetchnie po kapitulacji Ukrainy.

Komentują będąc zdziwionymi dlaczego to Ukraina sprawia światu tyle kłopotów i jeszcze się niepotrzebnie broni  skoro i tak skapituluje a ofiar będzie wiele ?

Pytają się oni czy taka zacięta walka o wolność się opłaca ? Czy patriotyzm to nie przeżytek i strata czasu w modzie jest nim nie bycie. Po co wspierać Ukraińskich nacjonalistów spod znaku Bandery – piszą nawołując Polaków do bojkotu walki Ukrainy z agresorem.

Tego typu wypowiedzi jest o wiele więcej mogę przytoczyć ich setki. Czytając je mam nieodparte wrażenie,ż e piszą je ludzie na tzw. zamówienie Kremla za konkretne pieniądze w ramach tzw.  planowej i wcześniej przygotowanej wojny psychologicznej.

Podajcie się wasz opór jest beznadziejny !

Wyspecjalizowane agendy wywiadu Rosji starają się poprzez swoje agenturalne i inne działanie osłabić jakąkolwiek obronę Ukraińców a wręcz  wzbudzić niechęć do nich innych państw i narodów. Jako żywo przypomina mi to znane mam Polakom działania Niemiec wobec Polski i innych krajów przed wybuchem II wojny światowej.

Walka o wolnośc swego kraju i narodu jest nie tylko opłacalna to obowiazek i powinnośc.

Czy walka o wolność jest opłacalna? Każda walka z tyranem z agresorem i mordercą niewinnych dzieci i kobiet o wolność własną i swoich najbliższych jest opłacalna ba jest powinnością a wręcz obowiązkiem. Szczególnie znana jest ona i ceniona w Polsce. Przez wieki nasi przodkowie walczyli o swój kraj walczyli by na końcu zwyciężyć.

Pokolenie Powstania Warszawskiego i ich następcy zwyciężyło jak wiemy w walce o wolną  niepodległą i demokratyczną Polskę. Niech wiedzą  tzw. polskojęzyczni agenci Rosji, że żołnierz Polski i ludność Polski nie ugnie się przed tyranem i nie da się zastraszyć. Walka o wolność będzie krwawa a my Polacy w Moskwie już byliśmy – to tak ku przestrodze zapędom pana Putina w kontekscie wydarzeń na Ukrainie. W Polsce tego powtórzyc się nie da a straty Rosji będą ogromne.

Wierzę w swój kraj, wierzę w jego głęboki patriotyzm, wierzę w męstwo i zwycięstwo swego narodu, który udowodnił to historycznie. Historia przecież pokazała już wielokrotnie do czego jest ten naród zdolny. Przychodzi być może czas opowiedzenia się po której stronie jesteśmy. Czy czujemy się Polakami i patriotami czy też sprzedawczykami i zdrajcami.

Wojujący Islam

Świat stanął u progu nowego, śmiertelnego zagrożenia ze strony radykalnych islamistów, których celem jest utworzenie światowego kalifatu. Obecnie najgorszym scenariuszem jest połączenie sił islamistów w krajach północnej Afryki i Bliskiego Wschodu oraz wywołanie dżihadu w Europie Zachodniej i USA.

Aby zrozumieć dlaczego islamiści tak bardzo urośli w siłę trzeba wrócić do 2011 roku, kiedy wybuchła tzw. arabska wiosna ludów. Wówczas Zachód ochoczo wsparł wszelkie inicjatywy mające na celu obalić rządzących od dekad dyktatorów na Bliskim Wschodzie. Nie przewidziano jednak (a może przeciwnie, o to właśnie chodziło?), że ich pozbycie się zakończy się chaosem i dojściem do władzy islamistów. Poza tym, w 2011 roku ostatnie jednostki amerykańskiego wojska opuściły Irak, co oznaczało zielone światło dla zintensyfikowania działalności islamistów.

Obaleni dyktatorzy tacy jak Kaddafi, czy Mubarak, choć mieli wiele na sumieniu, to jednak stanowili tamę dla radykałów. Po cichu przyznają to dziś nawet ci, którzy kilka lat temu głośno żądali udzielenia pomocy rebeliantom. Pogrążone w chaosie Libia i Egipt stały się łatwym celem dla islamistów. Dużo trudniej poszło z Baszarem al-Assadem – prezydent Syrii utrzymał władzę, podjął walkę z ekstremistami i dziś staje się potencjalnym sojusznikiem Zachodu w walce z Państwem Islamskim.

Także szyicki Iran może okazać się wsparciem w walce z islamistami, zwłaszcza, że kontrolują oni terytoria przy granicy z tym państwem. Patrząc przez pryzmat tego, co dziś dzieje się na Bliskim Wschodzie okazuje się, że niedawni wrogowie wcale nie byli tacy źli, a państwa uznawane za „oś Zła” mogą paradoksalnie stać się sojusznikiem Stanów Zjednoczonych.

Państwo Islamskie można śmiało uznać za najpotężniejszą organizację terrorystyczną na świecie, a jej przywódcę – Abu Bakr al-Baghdadiego – za najgroźniejszego terrorystę świata. PI jest bardzo bogate, bardzo liczebne oraz doskonale uzbrojone i wyszkolone. Już dziś islamiści kontrolują po ok. 1/3 terytorium Iraku i Syrii, w sumie ok. 200 tys. km kwadratowych.

Tereny kontrolowane przez PI są bogate w złoża ropy naftowej, a dzienny dochód z jej przemytu/sprzedaży przeznaczany na działalność organizacji, może wynosić nawet trzy miliony dolarów. Poza tym islamiści każą chrześcijanom i jazydom płacić „podatek” za życie (17 gram złota za osobę), porywają ludzi dla okupu i rabują – kilka miesięcy temu w serii napadów na banki w Iraku zrabowali ok. 500 mln dolarów w gotówce.

Liczebność organizacji szacuje się na ok. 80 000 bojowników w Iraku i Syrii. Niepokojący jest fakt, że sporą grupę bojowników zwerbowano w Europie, a po stronie PI walczy nawet 4000 ludzi z europejskimi paszportami. Niepokojące doniesienia płyną także z relatywnie spokojnego Libanu, gdzie Państwo Islamskie prowadzi nabór wśród młodych ludzi zafascynowanych dżihadem. Wypierając iracką armię islamiści przejęli mnóstwo wojskowego sprzętu, który wcześniej został przekazany władzom w Bagdadzie przez Amerykanów. Dysponując tak potężnymi zasobami pieniężnymi mogą się również zaopatrywać u nielegalnych handlarzy bronią.

W Mauretanii, Algierii, Mali, Czadzie, Nigerze, Nigerii, Libii, Somalii, Sudanie, Kenii, Egipcie, Syrii oraz Iraku ugrupowania takie Boko Haram, Zamaskowany Batalion, Al-Kaida, czy Asz-Szabab (który we wrześniu ubiegłego roku dokonał zamachu na centrum handlowe w Nairobi) umacniają swoją pozycję. Państwo Islamskie być może chciało będzie zjednoczyć pod wspólnym sztandarem wszystkie islamskie organizacje terrorystyczne. W ten sposób automatycznie rozciągną swoje wpływy na ogromnym obszarze, a także przejmą kontrolę nad pieniędzmi, bronią i zasobami ludzi (liczebność samego tylko Asz-Szabab szacuje się na ok. 14 000 ludzi).

Pogrążony w chaosie po rewolucji z 2011 roku region (dodatkowo trudny do kontrolowania przez legalne władze) może stać się wymarzoną bazą dla islamskich radykałów do dalszych działań. Hasłem PI jest „Trwanie i ekspansja”, a kolejnym celem dla terrorystów najprawdopodobniej stanie się Europa. Wcześniej Państwo Islamskie spróbuje także rozciągnąć wpływy na Jordanię, Arabię Saudyjską oraz Turcję i choć z drugą w NATO potęgą militarną nie będą w stanie nawiązać równorzędnej walki (Sojusz zapowiedział ewentualne wsparcie dla Ankary), to już samo zaangażowane sił wojskowych może znacznie opóźnić przywrócenie spokoju w regionie.

Coraz częściej słyszy się też o wielu Europejczykach, którzy przechodzą na islam i walczą w szeregach PI. Sytuacja może dodatkowo się skomplikować, gdy zamachów zaczną dokonywać wtopieni w zachodnie społeczeństwa muzułmanie. Przedsmak tego, co może się wydarzyć, z tym, że na o wiele większą skalę, można było poczuć 22 maja 2013 roku, kiedy to Wielką Brytanią wstrząsnęło brutalne zabójstwo żołnierza. W Londynie dwóch nawróconych na islam brytyjskich napastników w brutalny sposób poderżnęło gardło wracającemu ze służby wojskowemu, a następnie przez dość długi czas terroryzowało okolicznych mieszkańców.

Wydaje się, że służby w zachodniej Europie kontrolują sytuację i mają pod nadzorem radykalne ugrupowania, ale można przypuszczać iż tysiące muzułmanów doskonale się maskuje i w żaden sposób nie okazuje swoich radykalnych poglądów, co opisała w „Londonistanie” Melanie Phillips. Gwałtowny wzrost radykalnych, antyzachodnich nastrojów może spowodować, że sytuacja wymknie się spod kontroli.

Jeżeli PI nie zostanie wyeliminowane, tam, gdzie powstało, to niewykluczone, że po przeprowadzeniu serii zamachów terrorystycznych Państwo Islamskie wyda jakąś odezwę do muzułmanów na całym świecie i wezwie ich do otwartej wojny z niewiernymi. W najbardziej pesymistycznym scenariuszu tysiące mieszkających w Europie muzułmanów wyjdzie na ulice, gdzie uzbrojeni w noże i maczety będą odcinać głowy, a ulice europejskich miast spłyną krwią niewinnych ludzi.

Pisząc o zagrożeniu ze strony Państwa Islamskiego nie sposób nie wspomnieć o dokonywanych przez to ugrupowanie rzezi chrześcijan. W masowych, bardzo brutalnych, egzekucjach zginęły już setki wyznawców Chrystusa różnych obrządków, a kolejne dziesiątki tysięcy uciekły w obawie przed prześladowaniami.

Przewodniczący Komisji Spraw Międzynarodowych Episkopatu Anglii i Walii bp Declan Ronan Lang podkreślił, że wspólnota chrześcijan w Mosulu, która przed 2003 r. liczyła ok. 60 tys. osób, jest teraz zredukowana prawie do zera. Z kolei premier Viktor Orban zwrócił się z apelem do Hermana van Rompuya o poruszenie kwestii prześladowanych chrześcijan w Iraku i Syrii na forum europejskim i podjęcie działań mających na celu ich ochronę.

Premier Wielkiej Brytanii David Cameron, czy sekretarz obrony USA Chuck Hagel zdają się dostrzegać jak wielkim zagrożeniem jest Państwo Islamskie. Jednak, czy pójdą za tym konkretne działania? Świat obecnie bardziej zajęty jest konfliktem rosyjsko-ukraińskim, a Barack Obama zdecydował się jedynie na bombardowanie pozycji islamistów jednocześnie wykluczając operację lądową.

Islamu i chrześcijaństwa połączyć ze sobą w sensie cywilizacyjnym się nie da. Od pewnego momentu ilości krytycznej populacji, muzułmanie wychodzą poza sferę sacrum, domagając się uwzględnienia swoich praw w codziennym obyczaju i obyczajowości publicznej, a z czasem w regularnym prawodawstwie. W momencie, kiedy zdobędą demokratyczną większość będzie to systemowo możliwe. Uwaga – nie oznacza to, że jest to złe! Natomiast jest to niepożądany z perspektywy chrześcijan i postchrześcijan proces dziejowy.

Co to będzie oznaczać dla zachodnich społeczeństw i zachodniego stylu bycia? Nie chodzi o banalne wymagania w zakresie ubierania się młodych kobiet na zachodzie Europy. W zakresie tych wymogów, wiele moglibyśmy się naprawdę od muzułmanów nauczyć, albowiem upadek moralności i obyczajów jest tak daleko posunięty, że zgorszenie stało się normą a wulgarność prawem do swobody wypowiedzi. Problemem będzie sytuacja, w której chrześcijanie i postchrześcijanie zorientują się, że są mniejszością kulturową we własnym państwie. Z przyczyn czysto demograficznych jest to jak najbardziej możliwe, przynajmniej w warunkach lokalnych. Wówczas nagle okaże się, że nie tylko nie ma mowy o przybijaniu jakichkolwiek tez, laickości lub ateizmie.

Tolerancja w islamie nie ma nic wspólnego z tolerancją postchrześcijańskich społeczeństw, których obywatele spędzają czas zamknięci w domach i na plażach nudystów i klubach swingersów! Dlatego należy spodziewać się, że odrzucona moralność chrześcijańska, która ewoluując pozwoliła na taką swobodę obyczajów w kulturze zachodniej – będzie musiała sprostać kolejnemu wyzwaniu, jakim będzie przeciwstawienie się sile przesłania Islamu i jego świata wartości – w oderwaniu od własnych korzeni, czego najlepszym symbolem są opuszczone lub pełniące nowe funkcje kościoły.

Islam gwałtownie rozprzestrzenia się w Europie. W samej Polsce Muzułmanów jest już blisko 40 tys.! Wydaje się, że religia jest kartą przetargową Muzułmanów i ich sposobem na życie. Jak wygląda sytuacja w Państwach, do których emigrują Muzułmanie? Kraje ustępują im, bo boją się zamieszek i oskarżeń o rasizm. Boją się też ataków terrorystycznych. Muzułmanie domagają się wielu przywilejów, ale sami nie włączają się w życie obywatelskie danego Państwa, nie chcą pracować, często żyją z zasiłków, bo twierdzą, że praca koliduje z porami ich modlitw. Jacy są naprawdę? Żądają tolerancji dla swojego wyznania, a sami prześladują chrześcijan.  W Sudanie w przeciągu 15 lat zostało zamordowanych 3 miliony chrześcijan! Rozmnażają się, bo w wiedzą, że w większości ich siła. Rozpowszechniają islam w Europie, bo wierzą, że Allah ich za to wynagrodzi. To niebezpieczna religia, bo według wyznawców Koranu, każdy kto nie wyznaje islamu jest wrogiem.

Domagają się tolerancji dla swojej religii a sami prześladują chrześcijan

Zgodnie z nauką Koranu, muzułmanom nie wolno przyjaźnić się z chrześcijanami lub żydami (Koran, 5:51), muzułmanie powinni walczyć z nimi, aż ich podbiją, poniżą i zmuszą do płacenia okupu za życie (Koran 9:29).

Muzułmanie wykrzykują agresywne hasła, uważają się za pokrzywdzoną mniejszość, która ma prawo do wyrażania swojego niezadowolenia, ale sami prześladują mniejszości religijne w krajach islamu! Muzułmanie mordują chrześcijan bezkarnie, ponieważ prawo islamu – szariat (sharia) nie może wspierać chrześcijanina. Prześladują chrześcijan w całym świecie islamu – w krajach arabskich, w Afryce, w Azji. Tam, gdzie muzułmanie stanowią niekwestionowaną większość, chrześcijanie są narażeni na straszliwe cierpienia. W Sudanie, w przeciągu 15. lat zostało zamordowanych 3 miliony chrześcijan. W 2005. roku w Nigerii zostało zamordowanych 50 tys. chrześcijan! W tym roku w Republice Środkowoafrykańskiej muzułmańscy rebelianci wkroczyli do stolicy kraju, Bangi, i obalili prezydenta, który uciekł z rodziną do Kamerunu. Bezkarnie mordowali chrześcijan i  gwałcili kobiety. Podpalali kościoły, porywali dzieci, a te, które wraz z matkami skryły się w lasach umierały w wyniku głodu i chorób. Świat milczy, bo boi się represji ze strony muzułmanów. Ci zdają sobie sprawę o swojej przewadze, zdobytej atakami terrorystycznymi.

Na świecie jest już ponad 1,57 mld muzułmanów. Badania nad liczbą muzułmanów przeprowadziła amerykańska organizacja Pew Forum on Religion and Public Life. W 2050. roku muzułmanie stanowić będą 20% mieszkańców krajów UE. W Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i Holandii stanie się to jeszcze szybciej. Eksperci uważają, że to w znacznym stopniu zmieni funkcjonowanie wielu dziedzin życia w krajach europejskich. Zwłaszcza edukacji, polityki zagranicznej i systemu emerytalnego.

Islam to religia nienawiści?

Religią „nienawiści i nietolerancji”, legalizującą przemoc, tyranię i kłamstwa nazwał islam na łamach "Corriere della Sera" zastępca redaktora naczelnego tej gazety, urodzony w Egipcie Magdi Allam.

Jean Alcader – chrześcijanin pochodzenia arabskiego w wywiadzie z Magdaleną Romaniuk twierdzi, że islam wywodzi się z sekty, która przekształciła się w religię. Zdaniem Jeana Alcadera islam od początku był pseudoreligią, gdyż każda sekta jest taką pseudoreligią, jeśli odstępuje od doktryny danej religii. Islam wywodzi się z sekty, herezji judeo-chrześcijańskiej pierwszych wieków – ebionitów (z greckiego) lub nazarejczyków (z hebrajskiego) lub jeszcze inaczej judeonazarejczyków.

Ebionici (nazarejczycy) uważali się z jednej strony za żydów, gdyż dokładnie przejęli ich tradycje, lecz w rzeczywistości nimi nie byli, ponieważ uznawali Jezusa, jako proroka, którego żydzi odrzucili. Z drugiej strony uważali się również za chrześcijan, gdyż uznawali Jezusa za proroka, niestety nie mogli nimi być, ponieważ odrzucali Jego bóstwo. Św. Hieronim w korespondencji ze św. Augustynem napisał: „Uważają się za żydów i chrześcijan, ale w rzeczywistości nie są ani jednymi ani drugimi”.

Trzeba podkreślić, że w Koranie bardzo często jest mowa o nazarejczykach, jako o przyjaciołach i przodkach muzułmanów, co m.in. wskazuje, że islam wywodzi się właśnie z tej sekty.

Islam nie jest więc nową religią, jak uważają muzułmanie. Jest zakorzeniony w judaizmie i chrześcijaństwie. Zakaz spożywania wieprzowiny, obmywanie się przed modlitwą, chusta, którą noszą muzułmanki, obrzezanie, które dla chłopców jest konieczne do przyjęcia do wspólnoty muzułmańskiej. Muzułmanom wydaje się, że to oni wymyślili obrzezanie, a przecież jest to wielka tradycja żydowska! I obrzezanie i pozostałe ryty były wiernie przestrzegane przez żydów już 2500 lat przed powstaniem islamu! Inne tradycje zostały bezpośrednio zapożyczone od chrześcijaństwa. Post – wielka tradycja chrześcijańska rozpoczynająca się posypaniem głów popiołem poprzedza wielkie święto Zmartwychwstania Pańskiego. To nie przypadek, że post w islamie nazywa się „ramadan” – co po arabsku znaczy "popiół" – i kończy się wielkim świętowaniem! Również różaniec muzułmański jest zadziwiająco podobny do różańca chrześcijańskiego używanego do dzisiaj przez mnichów tradycji orientalnej. Oczywiście nie ma na nim krzyżyka i modlitwy są różne, ale ich liczba 99 wywodzi się ze wschodniej tradycji chrześcijańskiej.

– Mówiąc islam, mamy na myśli religię a w rzeczywistości islam to nie religia lecz walka religijna – mówi  Jean Alcader – Nie można mówić, że są muzułmanie, którzy popierają dżihad i muzułmanie, którzy za nim nie są. Islam to dżihad. Islam to święta wojna. Islam przeciwstawia się wszystkim, którzy go nie wyznają, a w szczególności chrześcijanom wierzącym w Boga Trójjedynego!

Muzułmanie podczas swych modłów wewnętrznie przygotowują się do walki. Są w stanie ekscytacji wewnętrznej i to od najmłodszych lat.

Dlaczego więc nie zabijają nas już teraz? Ponieważ rozumieją, iż w Europie jest prawo, które ich nie chroni i jeśli zabiliby kogoś to natychmiast wpadliby w ręce policji. Wiadomo, że gdyby nowo przybywający muzułmanie zaczęli zabijać innych, to byłby ich koniec. Jednak w Europie islam jest dobrze zorganizowany. Sednem jest to, że wiadomo, iż trzeba zwalczyć chrześcijan (generalnie mieszkańców Europy, gdyż nawet ateiści uważani są za przesiąkniętych kulturą chrześcijańską). Trzeba ich wyniszczyć i aby to było skuteczne, należy wprowadzić do Europy jak najwięcej muzułmanów i pewnego dnia jak słowo dżihad zostanie wypowiedziane, rozpocznie się rzeź, jak to się stało w krajach arabskich u samego początku islamu.

Muzułmanie cierpliwie oczekują godziny świętej wojny, aż zostanie ogłoszona w Europie. Przygotowują się nieustannie, świadomi tego, że póki co, muszą czekać, pozostając wojownikami w rezerwie. We Francji mają armię złożoną z 3-4 milionów muzułmanów gotową w każdej chwili do akcji. Chrześcijanie czy nawet ateiści, we Francji i Europie, nie mają świadomości tego, co niesie ze sobą islam. Najważniejszą rzeczą dla muzułmanina to odmawiać shahada i przygotować się do walki, aby rozprzestrzeniać islam wszelkimi środkami. Muzułmanie masowo przybywający do Europy wiedzą, że zdobywszy skrawek ziemi, zdobywają tą ziemię dla islamu. Oczywiście, muzułmanin przybywa często na Stary Kontynent w związku z lepszą sytuacją ekonomiczną czy socjalną, ale również z przekonaniem wypełniania duchowej misji. Rozpowszechniając islam w Europie pracują dla Allaha i wiedzą, że Allah ich wynagrodzi, nawet, jeśli trzeba będzie zabijać ludzi, czy walczyć z nimi.

Być może trzeba wstrząsu większego wstrząsu niż World Trade Center, żeby ludzie otworzyli oczy?

Według części z nich, w ciągu kilku najbliższych lat, należy spodziewać się także wybuchu niepokojów społecznych na tle religijnym.

Pozostaje mieć nadzieję, że nie będzie musiało dojść do zamachów terrorystycznych w Europie i USA by państwa zachodnie zmieniły swoją politykę względem islamskich radykałów.

 

 

Gdy na oblodzonym chodniku ulegniesz wypadkowi

Zima co prawda w 2016 przebiega łagodnie lecz w niektórych rejonach kraju daje nam coraz częściej znać o sobie w skutkach jej działania i to nie tylko obserwujemy w mediach fakty częstych stłuczek pojazdów oraz złamań nóg czy rąk pieszych. Kto zatem odpowiada za odśnieżanie i utrzymanie ulic i chodników.

GUS informuje, że w okresie zimowym wielokrotnie wzrasta w stosunku do i innych pór roku ilość złamań, zwichnień czy skręceń kończyn pieszych. Obfite opady śniegu czy gołoledzie sprzyjają tym zdarzeniom, dochodzi także do wielu wypadków drogowych na nieodśnieżonych i oblodzonych ulicacach czy drogach - fakty ostatnich dni.

Zima tak oczekiwana przez wielu nie tylko z powodu świat czy ferii lub wspaniałych widoków, może być zdradliwa i bardzo niebezpieczna.

Przepełnione oddziały ortopedii

Pieszym trudno poruszać się na nieodśnieżonych i oblodzonych chodnikach. Osoby niepełnosprawne w tym czasie prawie w ogóle nie wychodzą z domu. Kto zatem jest odpowiedzialny w naszym kraju za prawidłowe odśnieżanie dróg i ulic, jakie przysługują nam prawa w przypadku doznania z tego powodu uszczerbku na zdrowiu?

Zima to okres częstych kontuzji i złamań przedramienia, zwichnięcia nadgarstka, skręcenia kostek u dzieci jak i osób starszych. Ordynatorzy Oddziałów Ortopedii, jak podaja media,informują, że z roku na rok zwiększa się ilość urazów z przyczyn złego lub niedokładnego odśnieżania czy oblodzenia dróg i chodników.

Kto odpowiada za drogi i chodniki?

Obowiązujące w naszym kraju prawo reguluje ten problem. Ustawa z dnia 21 marca 1985 r. o drogach publicznych (tekst jedn. Dz. U.z 2007 r. nr 19 poz.115 z pózn zm.) wskazuje jednoznacznie, że zarządca drogi wraz z chodnikami oraz infrastrukturą towarzyszącą jest odpowiedzialny za jej prawidłowe, zgodne z obowiązującymi normami utrzymanie. Ustawa stanowi, że zarządca drogi w okresie zimowym ma prawo ustawiania na gruntach przyległych do drogi zasłon przeciwśnieżnych. To zarządca drogi według prawa jest odpowiedzialny za zapewnienie w okresie zimowym bezpieczeństwa w ruchu drogowym.

W razie wypadku z winy złego utrzymania drogi pieszy, czy też kierowca pojazdu ubiegający się o uzyskanie odszkodowania, winien ustalić kto jest zarządcą odcinka drogi na którym wypadek (kolizja) miała miejsce. Czy jest to droga krajowa, wojewódzka czy też gminna. Za prawidłowe utrzymanie autostrad (z wyłączenie spółek, które budowały i eksploatują autostrady na drodze osobnego porozumienia) odpowiedzialny jest Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad, dróg krajowych - wojewoda, a dróg gminnych - burmistrz lub prezydent danego miasta.

W praktyce jednak występują też drogi nie zaliczone do przedstawionych powyżej kategorii dróg publicznych. Są to drogi leśne czy osiedlowe. Za prawidłowe utrzymanie tych dróg odpowiedzialne są podmioty zarządzające tymi terenami na których określona droga jest usytuowana. Np. na osiedlach są to spółdzielnie mieszkaniowe czy wspólnoty mieszkaniowe.

Za utrzymanie przystanków autobusowych i tramwajowych odpowiada Zarząd Transportu Miejskiego danego miasta.

Oprócz wskazanych obowiązków stanowiących o utrzymaniu dróg i autostrad ustawodawca nakazał utrzymanie w czystości przyległych do nich chodników i ciągów komunikacyjnych dla pieszych.

Jaki zatem istnieje katalog czynności wskazany w ustawie, w zakresie  obowiązków ciążących na wskazanych powyżej podmiotach, w zakresie pozbycia się śniegu, błota, lodu i innych zanieczyszczeń z chodników (wydzielonej części drogi służącej do ruchu pieszego położonej bezpośrednio przy granicy nieruchomości) w myśl  art.5 ust.4 ustawy z dnia 13 września 1996 r. o utrzymaniu w czystości i porządku w gminach Dz. U. z 2005 r. nr 236 poz. 2008 z pózn. zm. To oczywiście utrzymanie jej w stanie bezpiecznym dla jej użytkowników.

Kolejnym miejscem niebezpiecznym zimą są wejścia do sklepów, kiosków czy punktów usługowych i gastronomicznych. Za utrzymanie tych miejsc odpowiadają właściciele lub najemcy tych lokali.

Dodatkowo właściciel lub zarządca nieruchomości zobowiązany jest do usuwania nawisów śnieżnych czy też sopli lodu zwisających z dachów tych obiektów. Prawo budowlane nakazuje wykonanie tych czynności właścicielowi lub zarządcy nieruchomości.

Postępowanie odszkodowawcze

Właściciele, lub zarządcy tych obiektów za nie wykonanie ww. czynności i spowodowanie wystąpienia zagrożenia dla zdrowia, życia lub mienia odpowiadają jak za popełnienie czynu niedozwolonego ( art. 415 k.c.). Orzecznictwo  ujęte w wyroku Sądu Najwyższego z dnia 10. Czerwca 2005 r. ( sygn. akt II CK 719/04).

W praktyce zatem poszkodowany, dochodząc swoich roszczeń odszkodowawczych winien wskazać, kto ponosi winę oraz jakich dopuścił się zaniedbań.

Wnosząc o odszkodowanie z tytułu utraty uszczerbku na zdrowiu winniśmy wykonać nw. czynności :

- Ustalić fakt powstania uszczerbku na zdrowiu lub szkody w mieniu szkody np. złamanie ręki, skręcenie nogi, uszkodzenie ciała w  wyniku upadku, uszkodzenie felgi w pojeździe w wyniku wjazdu w "dziurę" na drodze, rozbicie szyby, uszkodzenie maski pojazdu itp.

- Określić czy szkoda powstała w przypadku zawinionego działania instytucji czy osoby. Oblodzony chodnik, nieodśnieżona droga publiczna, zerwanie i upadek lodu z dachu powodujący szkodę itp.

- Wskazać czy zaistniał związek przyczynowy między szkodą a działaniem lub zaniechaniem np. złamanie ręki spowodowane zaniechaniem odśnieżania śliskiego chodnika, uszkodzenie pojazdu spowodowane brakiem odśnieżania i powstanie kolein w nawierzchni itp.

W praktyce jednak liczyć się musimy z winą lub zaniedbaniem osób odpowiedzialnych za stan utrzymania drogi czy chodnika z uwzględnieniem występujących czynników przez nich niezależnych jak: intensywnych opadów śniegu, wystąpieniu dodatkowo gołoledzi itp. W takim przypadku ustawodawca zmniejszył odpowiedzialność tych osób. Jednak winny one uprzedzić korzystających z dróg czy chodników o zaistniałym niebezpieczeństwie w postaci tablicy lub znaku informującego o powstałym zagrożeniu.   

Osoby chore i cierpiące z powodu  zachowania braku równowagi, łamliwości, cukrzycy oraz epilepsji mogą mieć większe kłopoty z dochodzeniem swoich roszczeń odszkodowawczych. W praktyce mogą otrzymać umniejszone odszkodowanie.

Osoba poszkodowana może ubiegać się zatem o przyznanie odszkodowania  :

  1. Jednorazowego zadośćuczynienia pieniężnego za doznany uszczerbek na zdrowiu  (art. 445 k.c. w zw. z art. 444 kc),
  2. Zwrotu kosztów leczenia oraz wyrównania strat powstałych w mieniu np. remont pojazdu (art. 444 k.c. paragraf 1),
  3. Ubieganie się o rentę uzupełniająca z uwagi na wyrównanie różnicy dochodów poszkodowanego z uwagi na ograniczenia zdrowotne np. powstanie inwalidztwa i renty zdrowotnej ( art. 444 k.c.paragraf 2 art. 447 k.c. ),
  4. Ubieganie się o uzyskanie odszkodowania celem poprawy poszkodowanemu stanu zdrowia. Głównie związane z rehabilitacją po odbytym leczeniu specjalistycznym ( art. 444 k.c. paragraf 2.)
  5. Zwrotu kosztów zniszczonych rzeczy w wyniku wypadku czy kolizji np. odzieży, obuwia lub innych szkód majątkowych w pojeździe itp.

Wypłata  odszkodowania następuje zgodnie z ustawą z dnia 21 września 2004 r.  z tytułu obowiązkowego ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej zarządcy danej nieruchomości     ( Dz.U.nr 207,poz.2114).

Gdy nie mamy pewności kto jest odpowiedzialny za nieodśnieżony chodnik lub mamy problemy z egzekwowaniem jego uporządkowania, wystarczy bezpłatny telefon do Straży Miejskiej.

Oczywiście zdarzyć się może, że o fakcie odszkodowania lub zadośćuczynienia może zdecydować właściwy sąd.

Zrozumiałym jest, iż w czasie wypadku czy kolizji jesteśmy w szoku. Niejednokrotnie ból po powstałym urazie uniemożliwia komunikację czy zbieranie danych do odszkodowania. Ale warto, o ile istnieją takie możliwości, zebrać jak najwięcej danych, wykonać zdjęcia telefonem komórkowym, poprosić świadków o personalia. Może to w przyszłości zminimalizować trudy i nerwy związane z dochodzeniem roszczeń odszkodowawczych czego osobiście nikomu nie życzę.

Czesław Niemen - czy mnie jeszcze pamiętasz ?

Dlaczego Czesław Niemen pozostał w sercach Polaków?

Któż z nas nie pamięta z tej już starszej oraz i młodszej generacji Polaków takie przeboje muzyczne jak ''Sen o Warszawie", "Dziwny jest ten świat" czy ''Pod papugami''. Całe pokolenia Polaków śpiewało i podziwiało autora i wykonawcę tych piosenek - Czesława Niemena. Dzisiaj nie ma takiego artysty, który mógłby go zastąpić. Czesław Niemen był i pozostał artystą niepowtarzalnym i nietuzinkowym.

Czesław Niemen, jak pamiętamy, urodził się 16 lutego 1939 r. i nosił nazwisko Wydrzycki. Utalentowany muzycznie od młodych lat przybył z Kresów Wschodnich do Gdańska, gdzie uczył się grania na gitarze w szkole muzycznej. W okresie nauki występował nieraz w kabaretach grając na gitarze, śpiewał też znane piosenki.

Gdy zdecydował iż jego powołaniem jest śpiewanie i komponowanie zmienił swoje nazwisko z Wydrzycki na Niemen to z uwagi na to iż koło jego miejsca byłego zamieszkania płynęła rzeka Niemen.

W latach 60 - tych związał się ze znanym zespołem muzycznym Niebiesko - Czarni, z którymi koncertował w kraju i za granicą. Później związał się z grupą ''Akwarele", gdzie nagrał przebój "Dziwny jest ten świat", który podbił serca Polaków na festiwalu piosenki w Opolu w 1967 roku. Wykonanie tego utworu pomogło Niemenowi w zdobyciu złotej płyty w wydanym albumie pod tytułem ''Sukces''.

Stan wojenny osłabił twórczość artysty, występował wtedy rzadko m.in. na festiwalu Jazz Jamboree w Warszawie, a także za granicą w Sztokholmie i Londynie. W latach późniejszych artysta realizował swoje marzenia związane z grafiką komputerową i malarstwem. Zmarł w wyniku choroby nowotworowej w dniu 17 stycznia 2004 r. po długiej chorobie.

Pamięć o Czesławie Niemenie

Czesław Niemen, jak pamiętam ze swoich młodych lat, był dla wielu młodych zbuntowanych ludzi lat 60-tych i 70-tych nie tylko wielkim artystą o niepowtarzalnej barwie głosu, ale był też idolem godnym naśladowania dla ówczesnej młodzieży. Na topie było wtedy ubierać się jak Niemen, chodzić jak on czy też interesować się tym co interesowało wielkiego Czesława Niemena. Kilkunastoletnia młodzież nie interesowała się wtedy wcale polityką bo i po co, przy muzyce Niemena bawiliśmy się świetnie. Nie było wówczas prywatki czy dyskoteki bez jego utworów.

Czesław był wszędzie w szkole na wakacjach, na imprezach. Z Czesławem Niemenem dojrzewaliśmy, wchodziliśmy w dorosłe życie. Przy jego muzyce i zawartych w nich słowach poznawaliśmy otaczający nas świat. Przy Niemenie kochaliśmy i byliśmy kochani. To ten a nie inny artysta tamtych lat wywarł tak wielki wpływ na kształtowanie się postaw młodych ludzi w Polsce cudownych lat 60-tych i 70-tych.

Żyliśmy tak, jak on nam zaśpiewał

Wielu moich znajomych i przyjaciół do dzisiaj pamięta o tym wspaniałym artyście. Wielu podporządkowało treściom zawartym w jego utworach niemal całe swoje dorosłe życie. Dla niech Czesław Niemen był nie tylko jak twierdzą ''Wielkim artystą, ale i przewodnikiem w ich życiu aż do chwili obecnej'', przesłania zawarte w utworach artysty towarzyszą im po dzień dzisiejszy.

Dla tych osób, wymienię choćby mego przyjaciela Mirka, cudownego, wrażliwego człowieka - artystę, i wielu innym jemu podobnym, dla których twórczość Czesława Niemena otwiera serca i pobudza zmysły, ten artykuł pamięci wielkiego artysty, piosenkarza, kompozytora Czesława Niemena dedykuję.

Narodowi bohaterowie - Żołnierze Wyklęci

Wprowadzenie

"Walkę o wielką Polskę uważam za największy swój obowiązek. Wstępując w szeregi NZW, mam szczerą nieprzymuszoną w tym wolę. Wpierw zginę, aniżeli zdradzę. Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu w Trójcy Świętej Jedynemu, że wiernie będę walczył o niepodległość Polski. Rozkazu Wodza Naczelnego oraz wszystkich innych przełożonych będę słuchał i posłusznie wykonywał. Tak mi dopomóż Bóg i Ty Królowo Korony Polskiej".

Armia Podziemna Narodowe Zjednoczenie Wojskowe

Komenda Okręgu "Orzeł"

D-ca "Roj"

Taka była treść przysięgi wojskowej jaką składali polscy żołnierze wyklęci wobec swego dowódcy Mieczysława Dziemieszkiewicza ps. "Rój" bohatera narodowego dowódcy Oddziału Wyklętego, odznaczonego pośmiertnie przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego w 2007 r. Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Jerzy Zalewski reżyser i producent filmowy zrealizował głównie za społeczne środki pierwszy w historii polskiej kinematografii film fabularny poświęcony "żołnierzom wyklętym" właśnie o dowódcy takiego zgrupowania o pseudonimie "Rój".

Na okładce książki, autorstwa Szymona Nowaka "Oddziały Wyklętych" została zamieszczona na pierwszym planie fotografia postaci Mieczysława Dziemieszkiewicza ps. "Rój".

Jesteśmy Polakami i to było i jest dla całego narodu najważniejsze. Zachowanie własnej kultury, tradycji, języka, było i jest powinnością każdego kto mieni się być Polakiem.

Naród Polski, jak chyba żaden innych w swojej historii, charakteryzował  się w przeszłości i charakteryzuje się także obecnie, mimo wielu słów sprzeciwu, dużym poczuciem patriotyzmu i to nie tylko tego lokalnego ale narodowego.

O patriotyzmie i miłości do własnej ojczyzny Polaków pisano i pisze się na świecie bardzo dużo. Książki, artykuły i filmy opowiadają o tym czy jesteśmy godni swojej ojczyzny, czy jesteśmy z sobą na dobre i złe, jak walczyliśmy i walczymy o swój kraj itd.

Żołnierze wyklęci walczyli o swoją wymarzoną Polskę wolną i demokratyczną walczyli z sowieckim okupantem od 17.09.1939 r. walczyli bardzo długo, bo aż do momentu gdy Polska stała się na powrót państwem wolnym i demokratycznym.

Dzisiaj w obliczu agresywnych politycznych i militarnych działań byłego naszego okupanta ZSRR później Rosji w odniesieniu do Ukrainy i bezpośrednim zagrożeniu naszych granic, te dawne przesłania "Żołnierzy wyklętych" stają się dla nas jakże prawdziwe i bardzo bliskie.

Bohaterowie niezłomni – żołnierze wyklęci

Walczyli o lepszą i wolną Polskę, będąc konsekwentni treści złożonej przysięgi na wierność Polsce, walczyli z wrogami Polski - Niemcami Hitlerowskimi oraz oddziałami NKWD i UB.

Zdradzeni  po 1945 r. przez Stalina i jemu podległy aparat represji, rozstrzeliwani bez sądów tylko dlatego, iż należeli do AK czy NSZ, represjonowani i masowo wywożeni w głąb Rosji, ginęli po cichu - bez fanfar i pamięci.

Przez wiele lat Polski Ludowej całkowicie zapomniani, a wręcz wyszydzani i przedstawiani jako wrogowie narodu, dopiero po latach Polacy usłyszeli ich krzyk rozpaczy i docenili bohaterstwo walki.

Gdy ujawniali się po 1945 roku, byli natychmiast aresztowani i prześladowani. Ginęli w kazamatach NKWD i UB. Prawie 20 tysięcy żołnierzy AK i NSZ zostało w ten sposób wymordowanych skrytobójczo, a 250 tysięcy wywieziono do obozów pracy na terenie Rosji.

Dopiero w 2011 roku dzień 1 marca został ustanowiony świętem państwowym poświęconym żołnierzom zbrojnego podziemia antykomunistycznego. Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych jest corocznie obchodzony już w wolnej Polsce.

Głównie młode środowiska patriotycznie nastawionych Polaków, nie zapominają o żołnierzach AK, o żołnierzach wyklętych. Na portalach społecznościowych dają temu wyraz, nie tylko organizując lub uczestnicząc w organizowanych w dniu 1 marca każdego roku oficjalnych uroczystościach. Sami także, co roku, organizują marsze, przejazdy rowerowe, składanie kwiatów i zapalnie zniczy pamięci na mogiłach tych, którzy zginęli za Polskę. Jest to jedna z wielu form zachowania w pamięci bohaterów narodowych, ale także i pokazanie oraz zamanifestowania swego patriotycznego nastawienia.

Szkoda, że oprawcy tych, dla których organizowane są w dniu 1. marca każdego roku uroczyste państwowe obchody - nie są ścigani za swoje komunistyczne zbrodnie i cały czas otrzymują z budżetu państwa wysokie emerytury.

Przy bierności polityków i urzędników państwowych, wciąż w mediach można odszukać obraźliwe teksty np. pod adresem 17-letniej Danuty Siedzikówny, żołnierza niezłomnego ps. „Inka”, która została zamordowana 28 sierpnia 1946 r. przez komunistycznych oprawców. Były przypadki zbezczeszczania przez nieznanych sprawców jej pomnika, znajdującego się w krakowskim parku Jordana. Postkomuniści i lewicowe środowiska nadal nazywają „Inkę” i „żołnierzy wyklętych” bandytami, jak za czasów PRL-u, twierdząc, że to była wojna domowa, a nie antykomunistyczne powstanie. Dla nich czas PRL-u jak widać trwa nadal.

Dla środowisk patriotycznych, w moim skromnym przekonaniu, świadectwo wyklętych jest jednym z najważniejszych składników budujących tożsamość narodową – to kręgosłup narodu.

Prawda jest odkopywana

W kontekście dochodzenia do narodowej prawdy historycznej, nie tylko są prowadzone na szeroką skalę prace ekshumacyjne, między innymi w kwaterach Cmentarza Wojskowego na Warszawskich Powązkach, gdzie wydobyto już ponad i zidentyfikowano 109 polskich patriotów, ale to głównie tworzenie się patriotycznych postaw, jest elementem powstających zmian w świadomości Polaków.

W tych i innych odkrytych mogiłach, leżą zamordowani przez komunistów i wyrzucenia jak worki na śmieci do dołów,  m.in. na „Łączce”, w tajemnicy przed innymi, głównie w nocy, żołnierze wyklęci.  Grzebano ich w taki sposób, by nikt nigdy już ich nie odnalazł i by pamięć o nich zanikła na zawsze. Ten komunistyczny mord na zawsze miał pozostać tajemnicą.

Stało się inaczej, to tutaj odkopano Edmunda Smolińskiego, wybitnego chemika, porucznika AK, uczestnika Powstania Warszawskiego, żołnierza niezłomnego, który woził rozkazy i polecenia dowództwa przebywającego poza granicami kraju dla walczących oddziałów z komunistycznymi władzami w kraju. Odznaczonego Krzyżem Walecznych, torturowanego, skazanego na karę śmierci i rozstrzelanego w wieku 32 lat na Mokotowie 13 kwietnia 1950 r. Odkopano również żołnierza września 1939 r., Stanisława Łukasika ps. Ryś, kapitana AK, dowódcy partyzantki na Lubelszczyźnie, odznaczonego Orderem Virtuti Militari V klasy i Krzyżem Walecznych, zamordowanego przez komunistyczne władze w wieku 32 lat w dniu 7 marca 1949 r. By bardziej upodlić tego Polskiego bohatera i patriotę, w chwili jego zamordowania ubrano go w mundur żołnierza Wermachtu!

Przywracanie godności

Wymienieni bohaterowie antykomunistycznego podziemia, jak i wielu innych pomordowanych i zapomnianych przez lata żołnierzy walczącego podziemia, wygrywają walkę ze złem, z sowieckim totalitaryzmem. To tym właśnie pomordowanych bohaterom także zawdzięczamy wolną Polskę.

Dzisiaj, ekshumacje żołnierzy wyklętych śledzi niemal cała Polska, śledzą szczególnie ludzie młodzi, dla których pamięć o żołnierzach antykomunistycznego podziemia będzie trwać zawsze a ich życiorysy, tych którzy się nie poddali, będą inspirowały całe pokolenia.

Dlatego żołnierze niezłomni - żołnierze wyklęci, bohaterowie swego narodu, już wygrali i to nie dlatego, że politycy stanowili dzień 1 marca Narodowym Dniem Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” i nic tego procesu już nie zmieni.

Patriotyzm, walka o zachowanie własnej kultury, odrębności nasze pięknej polskiej tradycji jest obecnie równie ważne jak było kilkadziesiąt lat temu. Walka Polaków o wolność, suwerenność i własny kraj nie utraciła na znaczeniu w dobie panującej sytuacji polityczno - militarnej choćby obecnie w Ukrainie na Krymie.

A czyż słowa dawnej przysięgi cytowane w wprowadzeniu do artykułu "Walkę o Polskę uważam za największy swój obowiązek…" był i jak mniemam jest dla każdego Polaka nie tylko obowiązkiem wobec swojej ojczyzny, ale i całego polskiego narodu.

Oddając cześć, honor i pamięć bohaterom tamtych czasów walczących o Polskę, nie zaprzepaśćmy ich ideałów, myśli i pragnień jakże aktualnych i obecnie.

A przesłanie ich dziedzictwa obecnie miałoby oznaczać iż dzisiejszy nasz wróg, to ten sam co był kiedyś kilkadziesiąt lat temu, lecz w postaci jego następców z Rosji, z którym tak zajadle walczyli Żołnierze Wyklęci?

Czas pokaże i zweryfikuje czy żołnierze wyklęci, którzy ginęli w katowniach NKWD za ojczyznę nie pozostawili  swoim następcom i późniejszym pokoleniom jasnego ostrzeżenia.

Wygrali, bo są na zawsze w sercach tych, dla których dobro Polski jest dobrem najwyższym.

Chwała bohaterom.

 

"Polskie obozy zagłady" znowu na topie

Trzyczęściowa produkcja Niemiecka ''Nasze matki nasi ojcowie" została uhonorowana Złotą Kamerą w Niemczech. Dziennik z Bremy ''Wesser Kurier" napisał, że Majdanek był ''Polskim obozem zagłady". To już nie przypadek jednostkowy, a planowe działanie. Obecnie coraz częściej słyszymy w tzw. mediach zachodnich o “Polskich obozach..”
 
W wydanej w Kanadzie książce historycznej znalazł się zapis “polskie SS”, który sugeruje. że podczas II wojny światowej istniała polska formacja nazistowska. Do ambasady RP w Ottawie wpłynęły już przeprosiny autorów, a błąd wywołał lawinę krytyki wśród polskich internautów.
 
Zaplanowane działanie czy głupota ?
 
Polskie obozy koncentracyjne (Polish concentration camps) – to błędne określenie stosowane w niektórych mediach publikacjach, w tym również w opracowaniach historycznych w odniesieniu do niemieckich, nazistowskich obozów koncentracyjnych znajdujących się w granicach okupowanej od 1939 roku przez Niemców Polski, które nie tylko wyznacza położenie geograficzne tych obozów, ale sugeruje, że zakładali je i zarządzali nimi Polacy. Według niektórych poglądów sformułowanie wprowadzane jest celowo jako propaganda wymierzona w państwo polskie Spotyka się także określenia pochodne jak „polskie obozy zagłady” (ang. „Polish death camps”) lub „Polski Holocaust” (ang. Polish Holocaust), »polnische Häuser des Todes« – »Polish death houses«, »polnische Vernichtungslager«, »polnische Vernichtungslager Sobibor und Treblinka.
 
Stało się to czego można było się spodziewać od dawna po mizernej reakcji naszych władz na ciągłe ataki różnych środowisk na świecie celem zafałszowania historii II wojny światowej i wmówienie społeczeństwom świata, że obozy koncentracyjne, w których Niemcy mordowali w bestialski sposób miliony istnień ludzkich są w rzeczywistości obozami polskimi. Polonia w Niemczech jest takim postępowaniem oburzona i złożyła już stosowne protesty. A jakie kroki prawne podjął nasz MSZ ?
 
Gdy film produkcji niemieckiej "Nasze matki nasi ojcowie" ukazujący Polaków jako antysemitów otrzymywał w Niemczech prestiżową nagrodę Złote Kamery jako najlepszy film telewizyjny, twórcy tego filmu odbierając nagrodę za ten cyniczny i antypolski film ani razu nie wspomnieli o zafałszowaniu w nim historii II wojny światowej.
 
W tym samym czasie dziennik wydawany w Bremie "Weser Kurier" poinformował swoich czytelników, że na spotkaniu w jednej ze szkół z więźniarką obozu koncentracyjnego Aleksandrą Borisovą, ta miała powiedzieć iż Majdanek był cyt. "polskim obozem zagłady".
Czyżby zaplanowany i konsekwentnie przeprowadzany w historii projekt pod nazwą "Polskie Obozy Koncentracyjne", przynosi obecnie wielkie, polityczne i materialne zyski.
Był kiedyś taki plan za czasów panowania w Europie ZSRR, jak podaje literatura faku, byłego szefa zachodnioniemieckiego wywiadu Reinharda Gehlena - przypisania w mediach budowy niemieckich obozów zagłady także ówczesnej komunistycznej Polsce, plan zaakceptować miał niemiecki kanclerz Adenauer w 1953 roku.
 
Planowane  i celowe zakłamywanie historii.
 
Plan pod nazwą "Polskie obozy koncentracyjne" w zakresie zakłamanych kart historii II Wojny Światowej latami ukazywał się w zachodnich mediach przekonując społeczeństwa świata, że Polacy, w domyśle podobnie jak naziści, uczestniczyli w budowaniu obozów śmierci na terenie Polski okupowanej przez III Rzeszę.
 
O tzw."polskich obozach koncentracyjnych" pisały takie publikacje jak : Amerykański "The New York Times", "New York Dayly, News", "Los Angeles Times", izraelski "Haaretz", brytyjski "The Guardian", "The Australian", "ABC News" i "CBS News", włoski "Corriere della Sera", "La Stampa", "L'Unitá", "La Repubblica","Il Sole 24 Ore" niemieckie "Der Spiegel", "Die Welt", "Der Tagesspiegel", "Stern", "Focus", "Westdeutsche Zeitung", "Junge Welt", "Thurgauer Zeitung", "Die Zeit", "Sueddeutsche Zeitung", niemiecka agencja prasowa "dpa", niemiecki oddział Reuters,i nternetowy portal radia "Saarlaendischer Rundfunk", portal niemieckiej telewizji NTV itd.
Także w " Centrum Wiesenthala" i w dziesiątkach innych dzienników i periodyków na świecie ten temat nie był pomijany.
 
Za czasów PRL rosyjscy okupanci Europy wschodniej w tym i Polski byli żywotnie zainteresowani opluwaniem Polaków i przyczepianiem im antysemickiej łaty bo to także usprawiedliwiało ich okupację Polski.
W obecnej III RP nic nie zrobiono by temu się przeciwstawić atakom na Polskę i Polaków oraz zafałszowywania kart historii. A jak zostanie przyjęty film "Nasze matki nasi ojcowie" w Izraelu, gdzie wchodzi wkrótce na ekrany kin. Co na jego temat powiedzą w Izraelu i jak on wpłynie na stosunki między Żydami a Polakami.
 
Obozy koncentracyjne były w XX wieku nieodłącznym atrybutem zbrodniczych systemów totalitarnych. Stanowiły, obok np. wszechwładnej tajnej policji i systemu monopartyjnego, coś na na kształt ich złowrogiej wizytówki. Więziono w nich ludzi "innych" - odmiennej rasy, języka, przekonań.
 
Podczas II wojny światowej totalitaryzm zawitał niestety i do Polski . Duża część niemieckich obozów koncentracyjnych, w których życie straciły miliony Żydów i innych obywateli okupowanych krajów, powstała na jej dzisiejszym terytorium. Później wkroczyły na nie wojska sowieckie,, brunatny totalitaryzm zastępując czerwonym.
 
I co dalej?
 
Za chwilę dowiemy się, że to Polacy zaatakowali biedne Niemcy i upodloną Rosję i że to Polacy zajęli pół świata mordując grabiąc i paląc wszystko i wszystkich. Dowiemy się iż pancernik Schleswig-Holstein to Polski okręt wojenny i to on w 1939 r. zaatakował biedne bezbronne Niemcy i Madagaskar. A Polskie czołgi o nazwie "Pantera" i ''Tygrys" goniły Rosjan po stepach Ukrainy. Szaleństwo ciągle jest na topie a może czas najwyższy powiedzieć takim praktykom powiedzieć twarde DOŚĆ ! a co robi nasz kochany rząd najjaśniejszej Rzeczypospolitej chyba jednak wypoczywa w dobrobycie zielonej krainy piękna i bogactwa.
 
"Koniec świata" jak powiedział Pan Popiołek główny bohater jednego z Polskich seriali filmowych. Chyba koniec, ale rozsądku i początek ludzkiej głupoty.

Czy internet stał się sposobem na życie ?

Internet od dobrych już kilkunastu lat prawie całkowicie zdominował nasze życie. Wkracza do naszych domów, miejsc pracy, jest z nami w czasie wolnym i na wakacjach. Jakim jest więc dla nas wyzwaniem.

Internet daje właściwie nieograniczone możliwości. Człowiek za jego pomocą zmienia świat, ale także na nowo kształtuje własną osobowość. Internet to przestrzeń, w której możesz być, kim tylko zechcesz. Póki podawanie nieprawdziwych informacji na swój temat jest zabawą, nie ma niebezpieczeństwa. Groźnie robi się, jeśli zaczynasz wierzyć w wykreowany obraz siebie. Po jakimś czasie możesz już nie pamiętać, kim byłeś w „realu”. Jak na człowieka wpływa rzeczywistość wirtualna? Kiedy chaty, gry internetowe, cyberseks, pornografia i utożsamianie się z awatarami przybiera postać patologii, a kiedy można uznać wpływ Internetu za mieszczący się „w normie”?

Internet był, jest i będzie wyzwaniem nie tylko technologicznym, lecz stał się on niemal częścią naszego życia. Trudno sobie wyobrazić pracę bez znajomości obsługi komputera i internetu, dzisiaj to już standard. Internet zdominował nie tylko młodych ludzi żądnych wiedzy i nowinek technologicznych.

Ludzie starsi, których młodość przypadała na czasy, gdy komputer o wielkości pamięci dzisiejszego zegarka zajmował kilka pokoi, uczyli się obsługi komputera oraz internetu od swoich dzieci i wnucząt. Uniwersytety III wieku pomagały i pomagają tym osobom opanować nowoczesną technologię informatyczną. Wiele zalet, ale i zagrożeń niesie za sobą masowa komunikacja, jaką jest internet.

Siedząc wygodnie w ciepłym domku nie zważając na aurę możemy kontaktować się niemal z całym światem. Widzieć i rozmawiać ze znajomymi oddalonymi o tysiące kilometrów. Cała wiedza świata jest u naszych stóp. To zalety, a jakie są wady?

No cóż – tracimy anonimowość. Tekst, choć raz zapisany w internecie pozostaje w nim na zawsze. Nasz wizerunek, nasze dane zaczynają być publicznie znane. Nie zawsze i nie w każdych okolicznościach jest to korzystne dla zachowania w tajemnicy tego, co sobie życzymy.

Obsługa komputera, przekaz wiadomości w postaci tekstu, filmu czy fotografii nabiera już globalnego zasięgu. Te dane są nawet eksportowane w kosmos.

Wielu internautów, zwłaszcza tych, których dotknęło uzależnienie od Internetu, traci zdolność odróżniania rzeczywistości realnej od rzeczywistości wirtualnej. Pokonując niebieską granicę monitora, wchodzą tak mocno w wykreowany przez siebie świat, że powrót do prawdziwego życia staje się niemożliwy. Szczególnie podatni na działanie Internetu są młodzi ludzie, zafascynowani nowinkami i możliwościami technologicznymi. Zatopienie się w kolorowej rzeczywistości internetowej stanowi rodzaj odskoczni od monotonii i szarości świata zewnętrznego. W Internecie można znaleźć informacje na każdy temat, zwiedzić cały świat, nie ruszając się z domu, porozmawiać z ludźmi z całego świata, ukończyć kursy przez Internet, zrelaksować się przed dobrym filmem on-line.

To wszystko oczywiście ma pozytywny wpływ na człowieka, ale wymaga zachowania zdrowego rozsądku. Internet kształci, może rozwijać kreatywność, ułatwia naukę, dostarcza najbardziej aktualnych wiadomości, pobudza sferę emocjonalną człowieka. Z drugiej jednak strony, łatwo się zatracić w tych „pozytywach” rzeczywistości wirtualnej. Najbardziej podatna na uzależnienia od Internetu jest grupa nastolatków, którzy przeżywają okres buntu, „burzy i naporu”, którzy ze względu na zmiany hormonalne są chwiejni emocjonalnie i którzy poszukują swojego prawdziwego „Ja”, swojej tożsamości. Substytut tożsamości może oferować wówczas Internet.

A gdzie zatem nasza prywatność? Zabezpieczenie danych prawnie chronionych dotyczących osób, jak i informacji związanych z ogólnie pojętym bezpieczeństwem informatycznym. To nic innego jak wypracowane procedury związane z osobą obsługującą i posiadającą dostęp do danych chronionych, zabezpieczenie sprzętu komputerowego oraz sama świadomość użytkownika.

Wycieki i kradzieże naszych danych są bardzo niebezpieczne. Wyobraźmy sobie ujawnienie zabezpieczeń naszych kont bankowych, danych dotyczących rodziny itp. to już katastrofa. Ilość zgromadzonych danych osobowych na portalach internetowych jest ogromna, Nasza klasa, Facebook czy inne portale są zabezpieczane pod względem bezpieczeństwa fizycznego oraz teleinformatycznego lepiej niż nie jeden bank. O zabezpieczeniach, w tym elektronicznych napisano już wiele. Wiele też zrobiono. Ale akcja powoduje reakcję, hakerzy wciąż starają się obejść te zabezpieczenia.

Jak się chronić na co dzień przed utratą czy ujawnieniem danych? Najprościej stosować hasła zabezpieczające wejście do komputera. Hasła takie nie mogą identyfikować naszych imion czy nazwisk, dat urodzenia itp. Najlepiej stosować kombinacje literowo – liczbową i zmieniać ją cyklicznie w danym przez nas określonym czasie.

Minimum raz w miesiącu wykonać kopię danych na płyty CD lub pamięć zewnętrzną – są dostępne w sprzedaży. Komputer czy nośniki danych (pamięć wymienna) chronić jak karty kredytowe. Nie wolno pozostawiać komputerów w bagażnikach samochodów lub po siedzeniami. Złodzieje o tym wiedzą. Po wyjściu z samochodu zabrać je z sobą. Pod żadnym pozorem nie udostępniać niezabezpieczonych komputerów. Możemy nie tylko zostać narażeni na utratę danych, ale ich przekopiowanie i wykorzystanie np. przez zazdrosnego kolegę (koleżankę) w pracy.

Nie korzystać z nośników danych z nieznanego źródła. Możemy wprowadzić do naszego komputera wirusy niszczące dane w tym tzw. wirusy szpiegujące i przesyłające nasze dane do innego komputera. Oczywiście stosowanie legalnego i aktualizacja oprogramowani antywirusowego to standard w takim przypadku.

Minimum raz w tygodniu kontrolować całą pamięć komputera programem antywirusowym. Wykryte wirusy usuwać niezwłocznie. Należy też pamiętać o bieżącej aktualizacji posianego programu antywirusowego. Pod żadnym pozorem nie wolno stosować pirackiego oprogramowania, bo jest to karalne – może być ono też celowo infekowane wirusami trudno usuwalnymi.

Reasumując – internet i masowa komunikacja jest wyzwaniem dla konstruktorów sprzętu, oprogramowania, systemów zabezpieczeń oraz niezawodności jego obsługi. Rok to prawie technologiczna przepaść taka jest szybkość tego postępu cywilizacyjnego.

Trudno zatem żyć w świecie zdominowanym cyfrowo bez jego znajomości i zrozumienia zasad jego funkcjonowania. Tak jest to moim zdaniem wyzwanie nie tylko postępu cywilizacji, ale i socjologii, psychologii, medycyny itp.

download as a pdf file

Smoleńsk – zamach czy katastrofa ?

Na temat przyczyn katastrofy Prezydenckiego Tu 154 M w Smoleńsku dyskusje trwają od 2010  Przyczyny jej powstania podzieliły Polaków jak nigdy dotąd a emocje sięgają zenitu. To jaka była zatem prawda.

PRZYCZYNY

Na temat technicznych i organizacyjnych przyczyn tej największej katastrofy lotniczej w dziejach Polski, w której zginęło dwóch Prezydentów RP, najwybitniejsi mężowie stanu sceny politycznej oraz najważniejsi dowódcy wojskowi napisano już wiele, dwa zespoły w Polsce jeden rządowy i drugi parlamentarny wyjaśniały jej okoliczności powstania. Ukazały się dwa przeciwstawne raporty na ten temat jeden rządowy – o katastrofie drugi parlamentarny – o zamachu.

W toku prac tych zespołów emocje wielokrotnie brały górę nad zdrowym rozsądkiem. Względy polityczne tutaj głównie dominowały. Rosjanie biorący aktywny i kierowniczy udział w jej wyjaśnianiu zamiast wykonać wszystko co było w ich mocy z uwagi na to, że katastrofa miała miejsce na ich terytorium, celem wyjaśnienia okoliczności tego zdarzenia, zrobili wszystko by skłócić przy okazji samych Polaków.

DLACZEGO TUSZOWANO FAKTY?

To jak Rosjanie pokazują fakty powstania katastrofy lotniczej prezydenckiego samolotu na swoim terytorium, to jak tuszowali winę obsługi własnego lotniska, zatajali fakty związane z naprowadzaniem samolotu na lotnisko, niewłaściwie, nieprecyzyjne dokonywali identyfikacji ciał tej katastrofy co wzbudziło ogromne oburzenie rodzin ofiar itp. To Rosjanie wreszcie dokonali też zaboru, inaczej kradzieży, w majestacie swojego prawa własności rządu RP – czyli wraku samolotu Tu 154 M i to jest fakt niezaprzeczalny. Sami też zrobili zatem wszysto co w ich mocy, by nie do końca wyjaśnić przyczyny tej katastrofy oraz waśnie narodowe w Polsce podsycać. I to jak mniemam było główne zadanie naszych sąsiadów. Tak też czynią zresztą po dzień dzisiejszy.

Teatralne gesty przyjaźni i pomocy pokazywane w mediach przywódców Polski i Rosji miały się za nic gdy przyszło do konkretnej współpracy obu stron na miejscu katastrofy. Celowe niszczenie przez Rosjan części wraku w miejscu katastrofy (cięcie go na kawałki), przemieszczanie jego fragmentów, pobieżne ich zbieranie i identyfikacja, ba okradanie ciał zmarłych to fakty, które tak mocno bulwersowały opinię publiczną w Polsce.

Co jest takiego w tym wraku i czarnych skrzynkach, że nie chcą nam Rosjanie oddać i trzymają wszystko pod kluczem, normalny uczciwy kraj zapakowałby wszystko na Tiry i pozbył się kłopotu, czym rozwiałby wszystkie niedomówienia, to tak jakbym spowodował wypadek zamknął auto w garażu zrobił kilka fotek i zaniósł na policję żeby sobie prowadzili dochodzenie. A dokładne umycie wraku Tu 154M wręcz zastanawia nad przyczynami takiego działania – co chciano wtedy ukryć i dlaczego?

CO NA TO ŚWIAT I MEDIA?

Świat przygląda się tej sprawie z wyraźnym dystansem. Amerykanie by nie drażnić Rosji, bo oni pozwalają korzystać ze swoich baz i terenów w walce w Afganistanie i walk z terroryzmem; Niemcy, którym zależy na tanich surowcach z Rosji dla szybko rozwijającej się gospodarki, a dla innych bo to nie ich interes. Z tym problemem zostaliśmy sami i to podzieleni jak nigdy.

Smoleńsk koło Katynia jak zaraza znowu piła Polską krew – najwybitniejszych jej przedstawicieli – miejsce kaźni, które łączy historia cierpienia, mordu i śmierci. Dlaczego społeczeństwo, które traci po raz kolejny swoich najwybitniejszych mężów kłuci się nad ich grobami zamiast solidarnie wyjaśnić i domagać się w majestacie prawa międzynarodowego ukarania winnych. A może częściowo wina tkwi w nas samych, a „liberum veto” i dobre co moje, tkwi w nas samych.

Media informowały swego czasu, że dotarły do dokumentu o numerze 1271/AK/92/2010/11 zatytułowanego „Uwagi Akredytowanego Przedstawiciela Polski przy Międzynarodowym Komitecie Lotniczym”, z którego jednoznacznie wynika, że to strona rosyjska była powodem katastrofy prezydenckiego Tupolewa Tu 154 M w Smoleńsku. Dokument posiada datę sporządzenia na dzień 30 listopada 2010 r.

Autor dokumentu pan płk Edmund Klich zarzuca w nim bezpośrednio rosyjskim służbom kierowania lotami lotniska Smoleńsk „Północny” wyrażenie zgody na lądowanie prezydenckiego Tu 154 M w chwili, gdy taki manewr lotniczy z uwagi na warunki pogodowe nie był wręcz możliwy. Warunki panujące wówczas były wielokrotnie niższe niż minimalne dopuszczalne do lądowania dla tego typu samolotów.

Obsługa lotniska w Smoleńsku wprowadzała załogę polskiego samolotu prezydenckiego w błąd odnośnie jego położenia względem lotniska w Smoleńsku. Zbyt późno także dano komendę „Horyzont”, co w konsekwencji uniemożliwiło załodze samolotu pasażerskiego bezpieczne wprowadzenie jego do lotu poziomego nad przeszkodą.

Powyższy dokument został przekazany do komisji Jerzego Millera, która jednak nie uwzględniła jego treści w swoim raporcie końcowym, obarczając polskich pilotów odpowiedzialnością za spowodowanie tej katastrofy, nie mając praktycznie na tę okoliczność żadnych konkretnych dowodów.

Ta bulwersująca od kilku lat sprawa nie tylko podzieliła Polaków co do samej oceny i winy największej katastrofy lotniczej w dziejach kraju, w której zginęło 96 osób, w tym prezydenci RP.

Ujawniony i nie publikowany dotąd raport płk. E. Klicha akredytowanego przy rosyjskim MAK rzuca na tę katastrofę nowe światło. Dlaczego został on ukryty przed opinią publiczną?

Moim skromnym zdaniem przyczyna katastrofy w Smoleńsku ma swoje korzenie w Polsce, w kraju głębokich podziałów na tle politycznym, walki o władzę niekompetentnych fachowców, złego zarządzania wojskiem, sobiepaństwa, strona rosyjska dołożyła swoje i niewinni ludzie stracili życie.

Czy ta tragiczna w skutkach katastrofa nas Polaków czegoś nauczy i jak zwykle pokaże „że zgoda buduje a niezgoda rujnuje”. Ile potrzeba jeszcze ludzkich cierpień by to wreszcie zrozumieć, że Polska jest jedna dla jej obywateli, a nie tylko dla partii politycznych. Wierzę, że poznamy niedługo prawdziwe przyczyny tej katastrofy, a może i zamachu – czas pokaże.

Patriota w mojej rodzinie - mój bohater.

Realizując prośbę moich znajomych i moich czytelników i ja zamieszczam moje wspomnienia o moim rodzinnym bohaterze człowieku, który był moim przyjacielem, powiernikiem. To on zdecydował kim mam w życiu być to dzięki niemu nauczyłem się co oznaczają słowa BÓG- HONOR-OJCZYZNA. To dzięki niemu jak mawiał “ Żyję godnie”. Oto moje wspomnienia napisane z okazji Dnia Zmarłych gdy klękałem obok jego grobu. Zapraszam
 
Dzień zmarłych jest dniem nie tylko nostalgii ale i pamięci o zmarłych. I ja pragnę uczcić to piękne święto na swój sposób. Moi zmarli bliscy żyją już tylko w moim sercu. Pragnąc uczcić to święto i zmarłych mi drogich osób, wybrałem jedną z nich - osobę która ukształtowała moją osobowość, nauczyła mnie jak żyć godnie, jak kochać ojczyznę, jakim być człowiekiem.
Porozmawiam zatem z moim śp. dziadkiem, posłuchajcie:
 
...Pamiętasz dziadku jak trzymałeś mnie za ręce, gdy miałem kilka lat, jak mówiłeś, że jesteś taki dumny ze mnie, i że nauczysz mnie jak żyć godnie? I stało się później jak zechciałeś, ja starałem się żyć godnie. Pamiętasz dziadku jak na codziennych naszych spacerach na śluzach w Bydgoszczy opowiadałeś mi o Polsce? Mówiłeś wtedy, że trudno jest żyć dla kraju i trudno dla niego umierać. Ja wiem, że gdy byłeś młodzieńcem patrzyłeś jak rozwija się II Rzeczypospolita, jak ją kochałeś i jak pokochałeś mundur z rogatywką z orłem i koroną.
Pokazywałeś mi swoje zdjęcia oficera na koniu z szablą, zdjęcia ze ślubu z moją babcią wśród ułanów i skrzyżowanych szabel kawalerii. Jakież to było piękne i romantyczne. Później ze łzami w oczach ściskałeś w dłoni krzyż Virtuti Militari i mówiłeś mi, że w nim jest Polska i twoja krew z czasów walk by była wolna, godna i niepodległa.
 
Urodziłem się i dorastałem w czasach "mrocznych". Wiem, że wtedy byłeś prześladowany i nie mogłeś się nikomu zwierzyć ze swoich problemów, ani opowiedzieć o swoim życiu. Przekazywałeś i ofiarowałeś mi jako małemu dziecku swoje wspomnienia i swoje serce, widząc we mnie swego następcę. Dziadku, ja wtedy tak mało rozumiałem, patrzyłem na Ciebie swoimi małymi oczami jak na bohatera opowieści fantastycznej.
 
Twoje słowa wypowiedziane dawno temu o tym jak było ciężko kochać kraj, przelewać za niego krew i dla niego pracować, zrozumiałem gdy byłem już dorosły.
 
W czasach mojej młodości byłeś szykanowany i poniżany za to, że byłeś oficerem za bitwę i twoje bohaterstwo pod Krojantami i Bzurą, za AK, za walkę o wolną i niepodległą Polskę. Gdy opowiadałeś mi o Katyniu płakałeś, a ja tego nie rozumiałem. Teraz to rozumiem. Ale to Twoja wiara, gorące serce i miłość do mnie oraz długie rozmowy ze mną spowodowały, że pokazałeś jak mam żyć, kim mam być w przyszłości i jakimi wartościami mam się kierować. Zawsze byłeś przy mnie gdy Ciebie potrzebowałem. Umiałeś zainteresować mnie sobą, tym co mówiłeś i tym kim byłeś. Dla mnie byłeś bohaterem, który do zatracenia umiłował swój kraj. Walczyłeś z Niemcami i Sowietami twoja krew obmyła barykady dumnej walczącej Warszawy, byłeś nauczycielem tych których uważamy za narodowych bohaterów.
 
Uczyłeś bitewnej piosenki żołnierzy "Batalionu Parasol". Żyłeś prawm wilka walcząc w szeregach NSZ. Nad życie ukochałeś Wielką Polskę dla niej oddałeś swoje młode lata, swoją krew dla niej poświęciłeś swoje życie umierajac od odniesionych ran. Nie załamałeś się nigdy a swoje dziedzictwo przekazałeś mnie prosząc bym je przekazał innym i ja to czynię. Twoje dziedzictwo przekazuję młodych patriotom.
 
I stało się tak jak pragnąłeś. Stałem się tym, kim według ciebie miałem zostać. Nad Twoim grobem już wiele lat później dziękowałem Tobie za wszystko co dla mnie zrobiłeś. Dziadku, dałeś mi siebie, swoje serce, marzenia i pragnienia, a ja ofiarowałem je swoim synom.
 
Teraz wspominam ciebie przywołując Twój obraz w moim sercu, Twój głos, wyprostowaną sylwetkę, Twoje zdjęcia i ten krzyż Virtuti Militarii, w którym jak mówiłeś jest Twoje serce i Twoja krew. Dziadku stałeś się moim bohaterem dnia codziennego, przewodnikiem mego serca i mego życia. Zawsze czułem twoją obecność przy mnie w chwilach dla mnie trudnych i ważnych...
 
Ten artykuł poświęcam Tobie, mój kochany dziadku, Oficerowi II Rzeczypospolitej bohaterowi narodowemu, żołnierzowi AK, prawemu, godnemu i honorowemu człowiekowi, dla którego słowa: BÓG, HONOR i OJCZYZNA były najważniejsze.
 
Dla uczczenia imiennych i bezimiennych bohaterów walk o Polskę wolną, godną, niepodległą, zapalając na ich mogiłach świecę naszej pamięci przypomnijmy sobie o nich i opowiedzmy o tych czasach naszym dzieciom.

Rocznica największej katastrofy w powojennej Polsce - moje wspomnienia

15 lutego 1979 roku o godzinie 12:37 w budynku usytuowanym u zbiegu ulicy Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich (rondo Dmowskiego) zwanym ROTUNDĄ, wybuchł gaz. W tej katastrofie 49 osób poniosło śmierć, a 135 zostało rannych. Widziałem tę katastrofę. Oto moje wspomnienia z nią związane.

https://www.youtube.com/watch?v=4xsyDIASFm8

W lutym 1979 roku przebywałem na szkoleniu koło Warszawy. W dniu 15 lutego o godzinie 12.00 wychodziłem z Dworca Centralnego celem udania się do Domów Towarowych „Centrum” po zakupy. Należy pamiętać, że w tamtych czasach Domy Towarowe „Centrum” były jak na ówczesne czasy dobrze zaopatrzone. Wielu ludzi przyjeżdżało tam na zakupy.

Przechodziłem wówczas koło Pałacu Kultury i Nauki, gdy z rejonu Rotundy i Domów Towarowych „Centrum” zobaczyłem język ognia, później usłyszałem ogłuszający huk dochodzący od popularnego „Okrąglaka”, w którym mieściło się PKO. Z gmachu zaczął wydobywać się gęsty czarny dym. Pobiegłem w tym kierunku. To, co zobaczyłem przybiegając na miejsce przerosło moje najśmielsze oczekiwania. W 1979 r. byłem młodym człowiekiem, który nigdy nie widział morza krwi i poćwiartowanych ludzkich zwłok. A taki obraz wtedy zobaczyłem. Ruiny tak popularnego w Warszawie „Okrąglaka”, pełno szkła i leżących wszędzie szyb. Fragmenty okien i powbijane w części konstrukcji budynku fragmenty ludzkich ciał. Ręce ludzkie, palce, kawałki odzieży wypełnione krwawą masą - taki widok zapamiętałem. Wokół leżało pełno banknotów i dokumentów. Budynek był kompletnie zniszczony, brakowało w nim około jednej trzeciej zewnętrznej konstrukcji. Szybko na miejscu zjawiła się Milicja, przyjeżdżały na sygnale karetki pogotowia. Zgromadzeni tam ludzie chcieli pomóc uwięzionym we wraku budynku pracownikom PKO. Niestety Milicja szybko otoczyła cały rejon nie dopuszczając tam nikogo. Widziałem jak milicjanci zbierali pieniądze do worków. Jak wyciągali ludzi ociekających krwią.

Młoda lekarka chciała wyciągnąć z ruin kobietę, która prosiła o pomoc. Chwyciła ją więc za ręce i wyjęła same ręce. Później ta lekarka zemdlała.

Obok Rotundy stał autobus miejski (nie pamiętam już marki i jego numeru). W środku tego autobusu jęczeli ranni ludzie, którym kawałki szyb z okien autobusu wyciśnięte falą uderzeniową z wybuchu Rotundy poobcinały kawałki ciał. To była prawdziwa masakra. Wokół krzyki rannych, krew morze krwi i płacz. Byliśmy w szoku. Strach paraliżował wszystkich. Ktoś krzyczał by natychmiast uciekać, bo gaz znowu wybuchnie. Nigdy później nic podobnego nie widziałem.

Pamiętam, że wiele lat później spierano się o powód lub powody wybuchu tego budynku. Informacje wtedy podlegały ścisłej cenzurze i trudno było dowiedzieć się, jaka była prawdziwa wersja tych wydarzeń. Do chwili obecnej nie potwierdzono w 100 % czy był to wybuch gazu czy wybuch bomby.

Rotunda szybko została odbudowana. W 1979 roku wykonano nową jej elewację montując przyciemniane szyby. O tamtej tragedii przypomina tablica pamiątkowa usytuowana obok gmachu Rotundy w Warszawie.

Oddając hołd tym, którzy wtedy zginęli, tym, którzy zostali wówczas ranni i poszkodowani, artykuł ten w rocznicę tamtych wydarzeń poświęcam.

Czy Polska na pewno jest naszym krajem? Będzie na ostro !

Polska - nasz kraj, za który wielu oddało swoje życie, wielu ją podziwia i nieliczni nienawidzą. Jaki zatem jest nasz kraj, jacy my jesteśmy?

 

Polska - wydawało by się nasz kraj i dom wywalczony w dziejach historii krwią samych Polaków. To miejsce niemal święte i magiczne dla jego mieszkańców. Ale czy na pewno? Nie zamierzam się tutaj rozpisywać w pompatycznych słowach i o naszym kraju zamierzam przez pryzmat dekady spojrzeć z pewnego dystansu na nasz kraj i jego mieszkańców.

JACY JESTEŚMY ?

Różnorodność narodowa, kulturowa, i nawet językowa w naszym kraju została potwierdzona spisem powszechnym. Różnimy się między sobą już nie tylko zwyczajami i obyczajami, ale i sposobem samego postępowania, co jest wyrazem przywiązania do historii i kultury mieszkańców różnych rejonów naszego kraju. Inaczej też postępują Wielkopolanie, Mazowszanie Ślązacy czy też mieszkańcy Kaszub, chcąc w ten sposób zachować swoją odrębność od innych - to wiemy już od dawna. Od dawna przyzwyczailiśmy się do naszych wad i przywar tacy jesteśmy i będziemy i pewno nic tego nie zmieni. Bujna fantazja, dusza wojownika, sobie państwo z jednej strony, a z drugiej ciężka praca u podstaw, heroizm niespotykany nigdzie dotąd w Europie, dar poświęcenia swego życia dla kraju i narodu. Na ten temat napisano już wiele, wielu wybitnych ludzi nauki oraz samych Polaków wypowiedziało się na ten temat.

Jesteśmy dużym, szybko rozwijającym się krajem w środku Europy, krajem który pokazał światu, że można bez przelewu krwi obalać mury komunizmu zmieniając całkowicie gospodarkę, styl bycia i życia. Jesteśmy krajem, który wydał najwybitniejszych mężów stanu - przypomnę choćby osobę świętego polskiego Papieża JP II, którego jak żył cały naród go uwielbiał, jak zmarł zaczęto go opluwać.

DLACZEGO STALIŚMY SIĘ MAŁOSTKOWI A POLAK STAŁ SIĘ WROGIEM DLA POLAKA

Polityka to"sprzedajna dziwka" popsuła nasz naród i kraj tak twierdzi coraz częściej wielu zwykłych normalnych ludzi w Polsce. To polityka, pęd do władzy i pieniędzy doprowadził do pęknięcia w naszym narodzie. Partykularne interesy partii politycznych i różnych grup społecznych ich powiązania finansowe i zależności pod przykryciem nieraz "brudnej polityki" podzieliły i tak zróżnicowane nasze umęczone społeczeństwo.

Przyszłością każdego narodu jest młodzież tak było jest i będzie to nie tylko prawa biologi i ekonomi ale i zdrowego rozsądku. Tak jest na całym świecie. A w naszym kraju? W opinii władz wypowiadanych jeszcze rok temu w mediach wynikało,że nasza młodzież stała się "wrogiem narodowym". Organy ścigania mają obowiązek tych ludzi zamykać za kraty, potępiać pałować itp. Zagłębiłem się i spojrzałem na ten problem z perspektywy innych narodów. Żadne władze żadnego państwa nie "przeklęły" swojej młodzieży, a trudna starały się w normalny sposób resocjalizować, a w Polsce NIE. Taki to obraz przyszłości naszego narodu wypuściliśmy w świat - bandytów kiboli latających z nożami - cudowny narodowy marketing ale chyba głupoty.

Młody człowiek w każdym innym państwie, lecz nie w Polsce otoczony jest opieką socjalną, stwarza mu się możliwości godziwej pracy i płacy, rozwoju zawodowego np. Niemcy, Austria choćby Rosja, a u nas? U nas szykowane są na naszą młodzież pałki policyjne i więzienia - wiadomo przyszłość narodu. Jaka przyszłość taki naród - szkoda słów.

Młodzi ludzie w Polsce wielokrotnie nie widząc żadnych perspektyw dla siebie i swoich rodzin w tym dzieci masowo z kraju uciekają za pracą i chlebem za przyszłością. Ci co zostają skupiają się wokół siebie w klubach sportowych by sobie wzajemnie pomagać. Frustracja i brak perspektyw doprowadza nieraz do agresji i mamy już gotowe widowisko. Polak bandyta, Polak kibol! Krzyczał do niedawna rząd krzyczą media. A ja pytam czy ktoś w ostatnim okresie czasu słyszał by rząd czy politycy bronili poniżanych, bitych, wyszydzanych i maltretowanych obywateli naszego kraju - chyba NIE. Jak np. Litwini niszczyli samochody naszych obywateli i krzyczeli "Polska kurwa" w czasie, gdy kibice poznańskiego Lecha śpiewali hymn narodowy, powtarzam hymn narodowy - to gdzie był nasz MSZ. Jak Radwańską w Izraelu wyzywano od najgorszych MSZ zasnął ba uciekł w popłochu. Chcecie przykładów proszę bardzo :

Gdy tak niedawno jeszcze po meczu w Wilnie pobito 16-latka, bo... rozmawiał po polsku. 16-letni Daniel Cz., uczeń polskiego Gimnazjum im. Jana Pawła II w Wilnie został dotkliwie pobity za to, że rozmawiał po polsku. Policja nie udziela informacji w sprawie pobicia Daniela wszczęto dochodzenie. Do pobicia jednak doszło na tle narodowościowym. Po zakończeniu w piątek zabawy w Domu Polskim, jak pamiętamy, około 22.30, kilku chłopców czekało na zewnątrz, aż przyjadą rodzice i ich zabiorą. Obok przechodziła grupa, która usłyszawszy, że chłopcy rozmawiają po polsku, rzuciła hasło "przeki" (obraźliwe określenie Polaków) i przeszła do ataku. Wszyscy przyznają, że ostatnio młodzież polska w Wilnie unika używania języka polskiego w miejscach publicznych, m.in. w transporcie miejskim, by nie narażać się na obraźliwe repliki widziałęm takie przykłady osobiście. A nasz MSZ? Zasnął.

Jak cudzoziemiec daje w Polsce w miejscu publicznym w papę napastowanej przez niego Polce (przypadek Gdyński) - to im wolno a co, jak chcemy się bronić - to nie wolno rasizm, zwyrodnienie – jakie pytam się zwyrodnienie ? w samoobronie. Dziki Kraj - jak mawiał jeden ze znanych aktorów w znanym filmie.

Gdy młodzież patriotycznie nastawiona pragnie pokazać jak kocha swój kraj – to według jeszcze tak niedawno rządzących - to bandyci, jak bandyci napadają, grabią i mordują to po jakimś czasie okazuje się, że są niewinni, a cały naród zapłaci im odszkodowanie - To nie choroba to głupota.

Jak ginie demokratycznie wybrany Prezydent RP z małżonką i kwiatem dowódców wojskowych oraz najwybitniejszych Polaków - to do tej pory nie ustalono tak naprawdę przyczyn tej katastrofy. Przepraszam usłyszałem, że mamy do d... pilotów, a ponoć jak to ktoś znany niedawno powiedział "piloci Polscy nawet polecą na drzwiach od stodoły" - nie polecieli zginęli zostawiając najbliższych pewno jak myślę przez głupotę, niekompetencję, brak profesjonalizmu  ludzi polityki i innych odpowiedzialnych za takie operacje i bezpieczeństwo lotnicze w tym bezpieczeństwo głowy państwa. Ta sytuacja dzieli i nie ma co się dziwić.

W normalnym państwie, gdy zostaje zabity Szef Policji cały kraj szuka zabójcy tak długo póki nie zostanie złapany i osądzony i to przykładnie. Tak się powinno to odbyć. A u nas? Polityka jak dziwka górą. Bandyta złapany... o sorry pomyłka. Śmiech, śmiech i poniżenie nie polityków ale nasz wszystkich i sprawności państwa.

Młodzi Polacy pracy dostać nie mogą, bo wybaczcie ale "dziadkom" przedłuża się wiek do emerytury w nieskończoność. I jest dobrze urzędnik jak pan niczym wojewoda  - nie podskoczysz mu i nie pogadasz. Myślenie, działanie takich urzędników na pewno nie idzie z postępem, do niedawna w wielu biurach i urzędach myszka do komputera kojarzyła się tym ludziom z białym zwierzątkiem z ogonem. A młody - to wróg! Ale polityka i kasa oraz układy i układziki to najważniejsze dobro.

Kryzys w kraju widać i czuć, ludzie chodzą po śmietnikach za jedzeniem, dzieci chodzą głodne do szkół, bezrobocie aż piszczy, służba zdrowia leży i kwiczy z głupoty dostanie się do specjalisty tak - ale po śmierci a nam się wciska kit o zielonej wyspie. Pewno, że zielona, gdyż porosła głupotą. Jak w tym przysłowiu "uderz w stół, a nożyce się odezwą" po publikacji tego artykułu sami się przekonamy czy autor miał rację. Zapraszam państwa zatem do nieskrępowanej dyskusji.

I CO DALEJ ?

Jak wreszcie naród nie powie DOŚĆ, to ostatni młody Polak, który stąd ucieknie, będzie  już pracował w Niemczech, a ostatni starzec zgasi w tym kraju światło nadziei i zapali światło głupoty.

 

 

 

NFZ - ale jak to przeżyć ?

Narodowy Fundusz Zdrowia funkcjonuje już od 2004 r. jest płatnikiem, za nasze składki, świadczeń zdrowotnych. System okazał się niestety chory na chorobę nieuleczalną.

Co to jest i jak działa NFZ?

Na temat Narodowego Funduszu Zdrowia napisano już wiele publikacji, media niemal codziennie wypowiadają się na temat funkcjonowania tego systemu ochrony naszego zdrowia.

Każdy pracujący i niepracujący (emeryt, rencista) Polak płaci składki dożywotnio na NFZ w skali całego kraju to już są duże sumy pieniędzy. I co za taką kasę otrzymujemy my jako zwykli pacjenci. Odpowiedz, jak pokazuje życie, jest proste płacimy za złoto, a otrzymujemy złom. Polski system ochrony zdrowia jak był chory tak chory został, a choroba powiększa się bez możliwości jej wyleczenia.

Pieniądze odprowadzane w ramach obowiązkowych składek od społeczeństwa powinny trafić do kasy państwowej na zabezpieczenie naszego zdrowia i co się zatem z nimi dzieje? Odpowiedź na to pytanie zaprezentuję pytaniami: czy ktoś widział biurowiec NFZ  odróżniający się od innych bogactwem jego wyposażenia czy wyglądu? Czy ktoś widział jak urzędnicy NFZ jeżdżą środkami komunikacji miejskiej przy załatwianiu spraw służbowych w danej miejscowości. Czy ktoś widział wynagrodzenie pracowników NFZ poniżej średniej krajowej? Widział, ale nie w Polsce! Dlaczego fundacja Jerzego Owsiaka, za kolejne nasze pieniądze, musi kupować sprzęt i wyposażenie medyczne dla NFZ byśmy nie poumierali (bo oni tego nie porwą na inne cele)? Potrójny podatek? To ile właściwie realnie płacimy na NFZ czy ktoś to policzył?

Co NFZ oferuje w zamian?

Za ciężko zarobione i wyrywane jako podatek prawie 40 proc. (jak zliczymy wszystko) z naszych uposażeń, sum pieniędzy na nasze zdrowie otrzymujemy:

1. Gigantyczne kolejki do lekarza rodzinnego (tygodniowe lub dwutygodniowe  wcześniejsze wyprzedzające zapisy), gratuluję czekać z temperaturą, bólem itp. przez ten okres czasu. Zapisy do specjalisty ze wskazania lekarza rodzinnego - to już terminy "jak z kosmosu" z wyprzedzeniem roku gwarantujące na wstępie diagnozę oczywistą - pacjent może nie dożyć takiej wizyty u lekarza. A ja dopowiem - na bank nie dożyje nie ma szans, chyba że zapłaci po raz kolejny za tę samą czynności i pójdzie prywatnie - wtedy ma szansę, ale czy ma kasę?

2. Pobyt szpitalny to już nie komedia ani farsa - to czyste szaleństwo. Zanim dostaniemy się do szpitala na zabieg, to czas oczekiwania na przyjęcie wręcz wyklucza przeżycie, nie mówiąc  już o wyzdrowieniu. Jak się uda termin skrócić to jak trafienie w milion w Totolotku. Chyba, że prywatnie, a proszę - to od ręki. Mały kredycik w banku i przeżyjesz ale zbankrutujesz, inaczej operacja się udała, lecz pacjent nie wytrzymał roku czekania.

3. Badania specjalistyczne to jak lot w kosmos. Chętni są  - rakiety brak. Proponuję zapisać się na tomograf komputerowy czy rezonans magnetyczny - termin za rok! W tym roku oczywiście TAK ale za kasę. Po roku takie badania już niepotrzebne, bo pacjenta zabraknie. Ale statystyki się poprawią i NFZ jest potrzebne. Ważniejsze papierki od człowieka.

4. Sanatorium to już w czystej postaci kabaret, zanim chętny na taki wyjazd przebrnie przez biurokratyczne sito, bieganie z papierkami po ulicach (trzeba mieć końskie zdrowie), kiedy upora się z proszeniem prawie na kolanach urzędników to z łaski dostanie i na wyjazd sił już nie starczy. A sanatorium nie jest całkowicie darmowe. A jak wyglądają takie obiekty, w co się wyposażone wszyscy wiemy. Bezpieczniej zostać w domciu.

5. Świadczenia zdrowotne za granicą, to jesteśmy już w Białorusi. Na dowód osobisty możemy podróżować po niemal całej Europie, ale jak chcemy pójść do dentysty np. w Niemczech potrzebny jest dodatkowy papier - europejska karta ubezpieczenia zdrowotnego. Stoimy zatem w kolejnej długiej kolejce wypełniamy dodatkowe papierki. Aż wyjazdu się odechciewa kompletnie, a może taniej będzie prywatnie?

Propozycja

Niech państwo nasze kochane obliczy ile daniny od nas złupiło przez te wszystkie lata na państwową ochronę zdrowia i te kasę nam odda wprowadzając prywatne świadczenia zdrowotne. Wtedy się ubezpieczymy jak na zachodzie Europy, i będziemy faktycznie leczeni bez kolejek w czystych i pachnących przychodniach i szpitalach. A kasa, która nam jeszcze zostanie po takiej operacji na pewno starczy na godne życie do jego zakończenia. Tylko urzędnicy zbankrutują, ale to już inna bajka.

Historia jednego działa i ludzkich pasji

Styczeń 1945 r., wieś Grzegorzewo niedaleko Koła. Niemieckie działo pancerne Sturmgeschütz IV (StuG IV, SdKfz 167) uciekając przed Rosjanami wpada do rzeki i tonie. Jaki koniec temu zdarzeniu napisała historia? Zimna, styczniowa noc 1945 r., dwa niemieckie działa pancerne STuG IV z 1 Pułku Niszczycieli Czołgów z Dywizji Grenadierów Pancernych „Brandenburg” uciekają przed rosyjskimi wojskami.

Jadą po nasypie kolejowym w kierunku wioski Grzegorzewo od strony Kutna. Jeden z wozów bojowych zjeżdża z nasypu kolejowego i udaje się w kierunku południowym. Gdy pojazd wjeżdża na zamarzniętą rzeczkę, lód pęka i działo tonie.

Dwóch członków załogi wyskakuje z pojazdu i ucieka do pobliskiej wioski. Tam znajdują ich i rozstrzeliwują. Wiosną 1945 r. z wraku pojazdu wypływają dwa ciała pozostałych członków załogi działa. Po dystynkcjach na mundurach można było stwierdzić, że walczyli oni w rejonie Krymu w Rosji w 1941 i 1942 r.

Działo próbowano wydobyć bezskutecznie w 1950 r. W 2006 r. kustosz Muzeum Broni Pancernej, Pan Ogrodniczuk z Poznania postanowił działo wydobyć. Przygotowania trwały latami. Gromadzono niezbędne środki finansowe, wokół projektu powstała grupa pasjonatów celem jego wydobycia i późniejszej rekonstrukcji.

Ogromnym wysiłkiem ludzkim przy wykorzystaniu sprzętu ciężkiego, nurków i strażaków oraz pojazdów wojskowych w 2008 r. dobrze zachowane działo Sturmgeschütz IV wyciągnięto z rzeki Rgilewki w gminie Grzegorzew.

Po wydobyciu pojazdu odnaleziono i zidentyfikowano jego dane po rzeczach załogi. Były to fajki, pióra wieczne i sztućce. Na jednej z zapalniczek odczytano nazwisko dowódcy pojazdu.

Zdecydowano wtedy, że pojazd zostanie odrestaurowany i przywrócony do pierwotnego stanu technicznego. Działo miało jeździć i strzelać.

Wiele wysiłku wymagało sprowadzenie oryginalnych części z całego świata i ogrom pracy kosztowało odtworzenie pojazdu. Serce działa – jego silnik, odtworzył Pan Jerzy Kunys, który na co dzień naprawia silniki w swoim poznańskim warsztacie, przez kilka miesięcy wytrwałej pracy przywrócił ważący tonę 300-konny silnik Maybacha do życia.

Całość pojazdu odtworzono część po części z wielkim pietyzmem. Zapaleńcy, miłośnicy militariów za własne środki, kosztem własnego czasu i umiejętności dokonali tego, czego nikt na świecie nie wykonał.

STuG IV odtworzony w Poznaniu jest jedynym tego typu obiektem sprawnym technicznie na świecie. Działo można oglądać w Muzeum Broni Pancernej Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych w Poznaniu. Perełka wśród kolekcjonerów jeździ i strzela z działa uświetniając obchody rocznicowe czy odtwarzając scenografie militarne z czasów II wojny światowej.

Tej niesamowitej historii, jedynej w swoim rodzaju, przyglądałem się osobiście fotografując ten pojazd. Jest ona niesamowita ogromem pracy wielu ludzi przez wiele dni, tygodni i lat. Niesamowitość polega też na wspólnym wysiłku ludzkim opartym na pasji i zainteresowaniach. Pasjonaci uczestniczący w tym programie są dumni nie tylko ze swojego dzieła (jedynego obecnie na świecie), ale i z tego, że dokonali czegoś, co było przez wielu okrzyknięte jako niemożliwe do wykonania.

Pasja wielu ludzi, wzajemne ich zrozumienie, wspólne zainteresowania oraz wspólny wysiłek jak pokazano na tym przykładzie potrafi ludzi łączyć nie tylko na czas realizacji określonego projektu. Według mnie właśnie tak wygląda prawdziwy sukces pracy wielu ludzi.

Oddał swoje życie dla innego - żołnierskie braterstwo krwi

Rodzice żołnierza amerykańskiego, który oddal swoje młode życie, by żyć mógł ktoś inny, są dumni z bohaterskiego czynu syna ratującego życie polskiemu żołnierzowi.

Amazon w Polsce to niewolnicza praca czy kariera zawodowa ?

Amazon to największa sieć sprzedaży wysyłkowej - za jej pośrednictwem można kupić nie tylko książki, lecz również muzykę, filmy, odzież, biżuterię i oprogramowanie komputerowe. A jakie tam panują warunki pracy i awansu przeczytajcie sami.

Amazon - to amerykańska od 1994 księgarnia wysyłkowa, później sieć korporacyjna usytuowana w USA i innych krajach specjalizująca się w internetowej sprzedaży wysyłkowej.

Wysokość zarobków to jest jedyna pozytywna wiadomość

W Amazonie, jak podają media, zatrudniony tam pracownik może zarobić 12,5 złotych brutto za godzinę pracy, natomiast w Poznaniu  wyjątkowo 13 zł/h. Miesięcznie można zarobić 2100 - 2200 zł brutto. Osoby zatrudnione w magazynie pracują 4 dni w tygodniu. Pracownicy mogą liczyć na atrakcyjne pakiety socjalne np: obiad za złotówkę, czy darmowy dojazd do miejsca pracy.

Każdy z pracowników ma trzy przerwy w ciągu dnia pracy. Dwie 15-minutowe oraz jedną półgodzinną przeznaczoną przede wszystkim na obiad. W systemie dwuzmianowym pierwsza startuje o godz. 6-6.30. rano i 18-18.30. Każda zmiana trwa 10,5 godziny.

Łącznie Amazon zatrudnia w Polsce we Wrocławiu, Poznaniu już prawie 6 tys. pracowników stałych oraz 9 tys. pracowników tymczasowych, głównie w sezonie przedświątecznym. Rekrutacja do Amazona trwa cały czas. Poszukiwani są głównie managerowie, analitycy biznesowi, osoby do działu kadr, logistycznego i IT. Zachęca się młodych ludzi lepszymi zarobkami niż konkurencja, darmowym posiłkiem czy dojazdem do pracy na koszt pracodawcy ale to już koniec pozytywnych stron tego zatrudnienia. A jak wygląda prawda oraz sama praca w Amazonie, o czym alarmują nas media ?

A miało być tak pięknie, po amerykańsku a jest?

Media alarmują w Amazonie pracujesz jak robot twoją pracą kieruje zamontowany na stanowisku skaner, który pokazuje gdzie masz podejść co wykonać i w jakim czasie i tak przez 10 godzin szalonej pracy 26 sekund na czynność, 18,7 sekund na dotarcie do stanowiska itp. Twój szef ciebie obserwuje i liczy czas jak się nie wyrabiasz, masz wiadomość na skanerze "szybciej , szybciej pracuj...". Pakujesz nieskończona ilość paczek jak robot na tempa. Tempo raz masz wyliczone do sekundy - żadnych przerw na poprawę rękawic czy odzieży- praca, praca, praca i czas bo kierownik patrzy i notuje! Polecenia od twego szefa mogą spływać na twój skaner nawet co 33 sekund- i tak przez 10 godzin - o czym opowiada były pracownik Amazona we Wrocławiu a jego niesamowita opowieść przeczytacie w Gazecie Wyborczej/Artykuły z dnia 03.12.2014 r.

Nie rozróżnisz dnia od nocy

Pracujesz na tempa które dyktuje twój osobisty skaner, pracujesz jak robot bo pod dyktando robota. Pracujesz 10 godzin dziennie przez cztery dni w tygodniu, od niedzieli do środy, lub od środy do niedzieli. Mimo, że przepracowałeś swoje 40 godzin jesteś tak zmęczony po tygodniu pracy iż ten jeden wolny dzień przesypiasz cały.

Pracę zazwyczaj zaczynasz o 6.00 wiec o 5.00 pobudka gdy dojeżdżasz spoza miasta gdzie jest Amazon wstajesz wcześniej, a transport zakładowy z dworca wyjeżdża już przed 5.00 pracujesz do 16.30 w domu jesteś, gdy dojeżdżasz, około 18.00. Nocna zmiana zaczyna się od 18.00 do 5.30 dnia następnego. Do wnętrza tego giganta magazynowego nie dociera światło słoneczne pracujesz przez 10 godzin jak automat przy sztucznym oświetleniu nie wiedząc czy to noc czy dzień. Nadgodziny są dobrowolne ale teoretycznie motywacja polega na wymuszaniu przez zespół i jednostkę by w takim systemie nadgodzin pracować. Nie pójdziesz do domu gdy koledzy pracują! A szef to wykorzysta na bank.

Nie byłeś w wojsku to w Amazonie poczujesz co to dyscyplina

Rano rozpoczynasz dzień pracy od apelu - patrz wojsko i nie tylko! Kilka minut zebrania lider czyta cele do wykonania, przypomina wczorajsze wyniki, gani tych najgorszych. Grupa 100 pracowników ma spakować 150 tys. paczek. Po apelu stajesz się cyfrą na ekranie menedżera on widzi wszystko i pogania, pogania- szybciej, szybciej! Nie ocenia ciebie twój szef a komputer. Premia! Hahah jest obłożona takimi obostrzeniami, że mało kto ją widzi.

Byś nie opuszczał pracy na miejscu dostajesz posiłek. Kiełbasa i ziemniaki szybko znikają w twoich ustach trzeba się spieszyć czas ucieka spożywasz go szybko w ciągu pół godziny, masz także przerwy 2 razy po 15 min w tym przerwę na śniadanie. I to wszystko na 10 godzin pracy fizycznej na tempa. Żle pracujesz nie wyrabiasz się w  czasie to szybkie zwolnienie nikt tutaj się nie patyczkuje pracownik to robot nie człowiek.

Wypłaty realizuje firma zewnętrza różnie też bywa z jej terminowością, jak podają media. Paski z wypłaty dostajesz pocztą. Rozliczasz się w cyklu 3 miesięcznym tj. np. wyrobiłeś w listopadzie 130 godzin, grudniu 150, a w październiku 200 twoja średnia wyniesie 160 godzin nie przekraczasz limitów to dostaniesz pół wypłaty w jednym miesiącu w drugim całą w trzecim większą ale rachunki za prąd, gaz, telefon płacisz co miesiąc to jak - zaciągać kredyt na poczet pensji! Bajka.

Pracujesz jak automat skaner patrzy mierzy i liczy jak się nie wyrabiasz zastępuje ciebie natychmiast ktoś inny. Masz pakować szybko, jeszcze szybciej. Z nikim nie zamienisz słowa bo czas ciebie goni, ludzie mijają ciebie są ich setki a ty nie znasz nikogo jak na dworcu w czasie świąt. Walczysz do ostatniej sekundy pracy by paczka wyjechała twój szef ciebie zbajeruje twierdząc, że na tę paczkę czeka chore dziecko ale czy to prawda? No właśnie.

Masz swoją Amerykę, ale czy to szczyt marzeń?

W październiku br. w pięciu filiach Amazona w Niemczech pracę przerwało 1750 osób na znak protestu co do zbyt krótkich terminów realizacji zadań oraz złą organizację pracy, z wrocławskiego Amazona usytuowanego na Bielanach w tym czasie zaczęli zwalniać się pracownicy i to po miesiącu od otwarcia tego zakładu, podobnie jest w Poznaniu.

Czy zatem taka niewolnicza praca jest szczytem marzeń na "zielonej wyspie dobrobytu made in Poland". To wspaniale iż rząd RP stworzył warunki pracy i rozwiązał problem bezrobocia dla młodych! ale w jaki sposób? Już z kraju, jak podają media, wyemigrowały miliony najlepszych specjalistów i wyjeżdżają kolejni by nigdy nie powrócić do zielonej wyspy  niewolniczej pracy za miskę strawy i darmowy dojazd. Żenada i wstyd!

Amazony czekają i kuszą ale czym to idź i przekonaj się sam a może to być jedyne w swoim rodzaju i jakże ciekawe doświadczenie w twoim życiu.

A co państwo na to.

Rosja ograbiła Polskę na 54 miliardy dolarów - poznaj tę prawdę

Tysiące sztuk bydła, maszyny z urządzeniami przemysłowymi, setki składów kolejowych pędzących w głąb ZSRR. Taki obrazek był widokiem codziennym w 1945 r – 1950 r.
 
Przeczytajcie jak nas ograbiono.
 
Wszelkie zdobycze wojenne to własność ZSRR.
 
10 stycznia 1945 r. Rada Komisarzy Ludowych ZSRR wydała rozporządzenie, na mocy którego prawnie sankcjonowano grabież na niespotykaną skalę majątku stanowiącego tzw. zdobycz wojenną. Na realizację grabieży nie trzeba było długo czekać.
Gregorij Żukow meldował Stalinowi w 1945r. o zdobyciu przez Armię Czerwoną kompletnie wyposażonych fabryk znajdujących się w takich miejscowościach jak : Łódź, Bydgoszcz, Radom, Gliwice i wielu innych miejscowościach, wyzwalanych przez Armię Czerwoną, ale także i Wojsko Polskie.
 
Stalin wówczas nakazał demontowanie wszelkich urządzeń przemysłowych, znajdujących się w fabrykach i zakładach na terenie wyzwalanej Polski, powołując do tego celu, na wniosek Żukowa, Komitet Specjalny.
 
Decyzja Stalina skutkowała tym, że żołnierze rosyjscy zachowywali się na terenie Polski jak na podbitym terytorium grabiąc i rabując po drodze wszystko, co tylko stanowiło jakąkolwiek wartość.
 
Grabiono skutecznie i to prawie do zera majątki ziemskie, dwory, magazyny, sklepy, maszyny rolnicze, artykuły spożywcze, paliwo, paszę, bydło i inne przedmioty ,które udało się ukraść. Opornych Polaków broniących swego mienia po prostu zabijano lub aresztowano i wysyłano setkami na Sybir.
 
Ponieważ grabieże rozwijały się bardzo szybko na niespotykaną dotąd skalę dlatego też celem ich planowego działania Sowieci powołali tzw. bataliony robocze liczące około 50 osób, które tworzyły np. poganiaczy bydła czy mobilne transporty do wywozu zrabowanego z terenu Polski mienia. Powołano łącznie 500 takich batalionów.
 
Jak Armia Czerwona wyzwalała Polski węgiel
 
Teren Górnego Śląska wybitnie przypadł do gustu złodziejom i szabrownikom Armii Czerwonej. Tylko pomiędzy 1 kwietniem a 1 czerwcem 1945 r., jak podają źródła, wywieziono w głąb Rosji 975 tys. ton ukradzionego węgla, który wówczas był surowcem na wskroś strategicznym. Po 1 czerwca 1945 r. pod nadzorem radzieckim codziennie wywożono do Rosji węgiel łącznie wywieziono go w ilości 26 tys. ton. Polskie rodziny głodne przymierały wówczas z zimna i braku opału.
 
Szybko i planowo zdemontowano hutę w Gliwicach gdzie wywieziono urządzenia walcowni rur. Demontowano skrupulatnie wyposażenie Polskich elektrowni głównie w Miechowicach, Zabrzu, Zdziszowicach, Mikulczycach, Blachowni Śląskiej i Chełmsku Śląskim. W domach polskich oczywiście z tego powodu zabrakło prądu.
 
Nie oszczędzono wyposażenia zakładów i fabryk w Dąbrowie Górniczej,, Chorzowie, Siemianowicach, Poznaniu, Bydgoszczy, Grudziądzu, Toruniu, Oświęcimiu i wielu innych Polskich miastach gdzie tylko weszła Armia Czerwona wyzwolicieli i grabieżców oraz złodziei.
Łupiono Polskie miasta.
 
W samej tylko Bydgoszczy, jak podaje prasa, wywieziono wyposażenie 30 dużych zakładów przemysłowych oraz 250 jednostek pływających zagarniętych z Kanału Bydgoskiego.
W Toruniu na 46 wagonów kolejowych załadowano wyposażenie młynów w wyniku czego w mieście zabrakło chleba. Ukradziono nawet śmieciarki z miejskich zakładów oczyszczania miasta.
 
Szczególne znaczenie Sowieci przywiązywali do kradzieży wyposażenia zakładów paliw syntetycznych. Do ZSRR wyjechało z terenu Polski prawie 10 tys. wagonów wyładowanych takimi urządzeniami. Z samych tylko Polic z usytuowanych tam zakładów Rosjanie zrabowali ich wyposażenie i załadowali je na 14 tys. wagonów wywożąc w głąb Rosji.
 
Rozbierano i wywożono stacje transformatorowe, parowozownie, wagonownie, brali wszystko co stanowiło jakakolwiek wartość jak np. zakłady naprawcze , warsztaty. Wywieziono 5500 km linii kolejowych dla porównania w Polsce w 2010 r. długość linii kolejowych wynosiła 22046 km.
 
Rolnictwo zostało złupione doszczętnie.
 
Wyzwoliciele spod znaku sierpa i młota szczególnie upodobali sobie jednak Polskie rolnictwo, które łupiono bez opamiętania. Tylko do 1 września 1945 r., jak podają źródła, zarekwirowano i wywieziono do Rosji 506 tys. sztuk bydła,114 tys. sztuk owiec, 206 tys. sztuk koni.
 
Wywieziono ponad 72 tys. ton cukru, 14 tys. ton zboża i to tylko z powiatu toruńskiego, 20 tys.ton ziemniaków, 100 tys. ton słoniny, 25 tys. ton mięsa.
 
Wyzwoliciele kradli ubrania, buty, radia, zegarki, rowery, zestawy stołowe a nawet gwoździe. Tych, którzy bronili swego mienia zabijano lub zsyłano na Sybir.
 
Czerwonoarmiści kradli także poza planowo np. w październiku 1945 r. pijani żołnierze radzieccy rabowali stragany odbywającego się targu. Gdy chłopi stawiali opór zostali zaatakowani granatami i seriami z broni maszynowej – takie przypadki zdarzały się nagminnie. Polskich żołnierzy tzw Kościuszkowców, którzy stawali w obronie łupionych chłopów rozstrzeliwano na miejscu lub degradowano i wsadzano do więzienia na wiele lat.
Tylko w 1948 r. z terenów Polski, sowieci wywieźli do Rosji 239 tys. wagonów zrabowanych rzeczy.
 
Na jaką kwotę okradli Polskę Sowieci
 
W 1946 r. była to już kwota 667 mln. dolarów, szkody powstałe z tytułu wandalizmu żołnierzy Rosyjskich w czasie dokonywania rabunków wyniosły ponad 292.5 mln. dolarów co łącznie w przeliczeniu na dzisiejszą wartość, jak podają dostępne źródła, daje nam niebagatelną kwotę ponad 54 miliardy dolarów nie licząc odsetek.
 
Nic dziwnego, iż po „takim wyzwoleniu” w Polsce po 1945 r. zagościł głód a przemysł potrzebował ponad 50 lat by odzyskać to co wyzwoliciele ukradli. Znane były powszechne przypadki umierania głodową śmiercią głównie sierot i małych dzieci, gdyż żywność ukradli Rosjanie.
 
Paradoksem niech będzie fakt, że właśnie tę zrabowaną z Polski żywność Rosja nam wysyłała jako ich pomoc dla odbudowy naszego kraju. Podobnie było w przypadku maszyn i urządzeń do fabryk i zakładów - oczywistsze za taką pomoc co musieliśmy „wyzwolicielom” słono płacić – ale to już temat na inny artykuł.
 
Źródło :
1. Małgorzata Barwicka – Łupy wojenne, Polska Zbrojna 27 czerwiec 2014,
2. bogdan Musiał - Wojna Stalina. 1939-1945, Terror, grabież, demontaże Wydawnictwo Zysk 2012,
3.Krzysztof Błażejewski – Największy rabunek w dziejach Pomorza i Kujaw,Express Bydgoski 17 czerwca 2005,
4. Joanna Leszczyńska – Znienawidzona Armia Czerwona w Łodzi,dziennik Łódzki, 26 luty 2012.

Polski Kodeks Moralności Obywatelskiej – dla zdrajców ojczyzny tylko śmierć

Dlaczego powstał Kodeks Moralności Obywatelskiej?

Departament Sprawiedliwości Delegatury Rządu na Kraj w 1941 roku (tak podają dostępne źródła), opracował zbiór norm moralnych i prawnych dla mieszkańców okupowanej Polski. Kodeks w swoim założeniu miał wyraźnie precyzować granice prawne i etyczne, których Polakowi przekraczać nie było wolno.

Kodeks miał być także wyraźnym sygnałem, iż mimo okupacji Niemieckiej istnieją autorytety, których wyrazicielem są nie tylko wartości moralne, ale również istnieje siła  w ich egzekwowaniu.

Kodeks zawierał 25 punktów podzielonych na działy. Każdy z nich odnosił się do innej kategorii przestępstw, za które groziła określona kara.

Przestrzeganie tego Kodeksu, było wyznacznikiem bycia Polakiem.

Za złamanie Kodeksu Moralności Obywatelskiej groziła tylko jedna kara

Kodeks głównie w dziale pierwszym przewidywał wyliczenie najcięższych zbrodni, jakie Polak mógł popełnić w stosunku do swego narodu. Za jego popełnienie groziła tylko jedna kara - kara śmierci. A były to zbrodnie polegające na:

1. zapieraniu się własnego narodu,

2. czynnemu współdziałaniu z wrogiem w walce skierowanej przeciwko Państwu i Narodowi Polskiemu oraz jego sprzymierzeńcom,

3. donosicielstwu na swoich rodaków,

4. nieudzielaniu schronienia do okazania pomocy osobie ściganej przez wroga z powodu jego służby dla Państwa i Narodu Polskiego,

5. działaniu w celu osłabienia ducha obronnego Narodu Polskiego w podejmowaniu działań mogących tego ducha osłabić.

Drugi dział Kodeksu, odnosił się niejako z przestępstwami jakich Polak mógł dopuścić się w związku z przynależnością do Narodu Polskiego, a były to m.in. przestępstwa:

1. służenie bez przymusu wrogowi,

2. udzielanie pomocy i działanie w interesie państwa w czasie służby u wroga,

3. zachowanie bierności w czasie walki z wrogiem,

4. wykorzystanie zarządzeń wroga i bezkarność w ich stosowaniu, celem osiągnięcia własnej korzyści, ze szkodą dla Państwa i Narodu Polskiego.

Dział trzeci Kodeksu obejmował przestępstwa przeciwko moralności obywatelskiej.
Karą za ich niestosowanie było wyłączenie ze społeczności polskiej, czyli niemożliwość piastowania jakichkolwiek funkcji w tym państwowych czy samorządowych oraz społecznych. A były to przestępstwa polegające na:

1. utrzymywaniu z wrogiem zażyłych znajomości lub stosunków miłosnych,

2. ośmieszanie i krytykowanie publiczne wobec wroga prawa i obyczaje Narodu Polskiego

3. używanie przemocy dla uzyskania korzyści majątkowej wobec przymusowego położenia innej osoby w zakresie wykorzystania zarządzeń wroga lub groźby zwrócenia się do wroga,

4. „Tylko świnie siedzą w szwabskim kinie”, takie hasło najlepiej odzwierciedla zapis Kodeksu o dobrowolnym uczestnictwie w widowiskach teatralnych, kinowych i innych organizowanych przez wroga,

5. odmowie udzielenia pomocy rodakom poszkodowanym, skutkiem działalności wroga w przypadku posiadania dostatecznych środków materialnych,

6. zabieranie pracy innym, odmowa pomocy i pomagania w nędzy innym rodakom w przypadku posiadania wystarczających środków do życia,

7. uczęszczaniu do Kasyna Gry i innych zakładów prowadzonych przez wroga,

8. wyrażaniu zadowolenia i pochwały z powodu jakiegokolwiek zarządzenia wroga,

9. wyrzucaniu pieniędzy dla dogodzenia sobie, widząc wokół ludzką nędzę,

10. udawaniu Niemca dla korzyści,

11. rozpijaniu się i zapominaniu o ciążącym obowiązku zachowania godnej moralnej postawy,

12. krzykliwe i niewłaściwe zachowanie się w miejscach i lokalach publicznych.

 

Wnioski

W moim skromnym przekonaniu Kodeks odkurzyć i NATYCHMIAST zastosować z zamianą kary śmierci na inną wybraną przez Polaków w referendum.

 

Źródło :

1. Więzy pamięci niepodległej Polski, praca zbiorowa, Znak Horyzont, 2014.

2. Grzegorz Górski, Administracja Polski Podziemnej w latach 1939-1945, Studium historyczno-prawne,Fundacja Inicjatyw Lokalnych „Pomerania” 1995.

3. Tomasz Szarotka, Okupacyjnej Warszawy dzień powszedni, Czytelnik 1988.

 

Czy Polska mogła zbudować własną bombę atomową?

Pod koniec lat 1970. Polska posiadała zaawansowany program, w wyniku którego istniała realna możliwość zbudowania bomby atomowej.

POCZĄTKI POLSKIEGO PROGRAMU ATOMOWEGO

Pod koniec lat 1970. istniał program jądrowy PRL. Realizowany był przez placówki naukowe, w tym Wojskową Akademię Techniczną Był on na takim etapie zaawansowania, że wkrótce Polska mogła posiadać własną bombę atomową. Głównym konstruktorem i pomysłodawca tego programu był profesor Sylwester Damazy Kaliski – rektor komendant Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie, który w ciągu zaledwie 6 lat, dołączył Polskę do ekskluzywnego klubu państw, prowadzących badania nad kontrolowaną fuzją termojądrową.

5 sierpnia 1978 r. w niewyjaśnionych okolicznościach ginie on w wypadku samochodowym między Bobolicami, a Koszalinem. Niebieski Fiat 132 Mirafiori na warszawskich numerach rejestracyjnych skręca nagle w prawo, przejeżdża przez płytki rów, ścina drewniany slup linii telefonicznej, niewielką sosnę i zatrzymuje się na kolejnym drzewie. Z rozbitego auta ratownicy wyciągają 53-letniego kierowcę z ciężkim urazem głowy oraz towarzyszącą mu kobietę. Sześć tygodni później, nie odzyskawszy przytomności, mężczyzna umiera w warszawskim szpitalu wojskowym.

CZY POLSKA MOGŁA BYĆ POTĘGĄ ATOMOWĄ?

Mając 42 lata, Sylwester Damazy Kaliski został rektorem komendantem Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie. Profesorem WAT jest już od 9 lat, generałem – od roku. Jego błyskawiczna kariera nie ma sobie równych. Kaliski to nie tylko wybitny teoretyk w wielu dziedzinach, ale i praktyk o niespożytej energii i nieco awanturniczym charakterze. Jego nową naukową pasją, jak podają dostępne źródła, stały się nowatorskie wówczas eksperymenty z kontrolowaną fuzją (syntezą) termojądrową. Prowadziło je w tym czasie jedynie pięć państw – USA, ZSRR, Francja, Niemcy i Japonia. Do tego klubu Kaliski postanowił dopisać Polskę.

Badania nad fuzją termojądrową, jak podają źródła, trwały od wielu lat. W USA i ZSRR używano do tego niebywale drogich instalacji zwanych Tokamak i Stellara – tor, jednak do sukcesu, czyli połączenia lekkich jąder atomowych i uwolnienia w ten sposób energii, droga była wciąż daleka. Jeszcze bardziej odległą przyszłością wydawało się przeprowadzenie tzw. eksperymentu krytycznego, w którym ilość energii wyzwolonej w wyniku kontrolowanej fuzji będzie równa energii zużytej do jej przeprowadzenia. Nie przejmując się tym, Kaliski rozpoczął podobne badania, zaczynając od zera.

Badania nad kontrolowaną syntezą termojądrową oficjalnie miały charakter pokojowy – skutki fuzji niekontrolowanej były w końcu znane od wybuchu i pierwszej amerykańskiej bomby wodorowej na atolu Eniwetok w listopadzie 1952 r. Celem fuzji kontrolowanej było stworzenie źródła taniej, czystej i praktycznie niewyczerpanej energii. Kaliski prowadził więc swoje badania w sposób całkowicie jawny, publikując ich wyniki nie tylko w specjalistycznych czasopismach w kraju i za granicą, ale także w książkach własnego autorstwa. Pierwsze teoretyczne publikacje na ten temat ukazały się w 1969 r., a już kilka miesięcy później na WAT rozpoczęły się eksperymenty nad syntezą laserową. Lasery były w tym czasie technologicznym „krzykiem mody”, umożliwiającym wprowadzenie badań nad syntezą termojądrową na zupełnie nowy poziom. Dzięki nim stało się możliwe podgrzanie plazmy, w której miała zajść reakcja, do wielu milionów stopni w czasie zaledwie kilku nanosekund. Jednak aby to osiągnąć, potrzebne były drogie lasery o wielkiej mocy. PRL nie było stać na taki zakup.

POLSKA BROŃ ATOMOWA

Kaliski, jak podają źródła, postanowił więc wynaleźć tańszy sposób na przeprowadzenie syntezy termojądrowej. Istotą jego koncepcji stał się układ typu „focus-laser”, w którym gaz był podgrzewany do bardzo wysokiej temperatury za pomocą silnych wyładowań elektrycznych, a dopiero wtedy „ostrzeliwany” promieniami lasera, dzięki czemu jego moc mogła być znacznie mniejsza. Była to oryginalna, polska koncepcja. Skonstruowaniem odpowiedniego lasera zajął się zespół Zbigniewa Puzewicza, specjalisty z WAT. Już w połowie lat 1960. Puzewicz budował lasery wykorzystywane w systemach kierowania ogniem czołgów, systemach ostrzegania oraz naprowadzania rakiet. „Focusem” zajęli się specjaliści z Instytutu Badań Jądrowych w Świerku.

Pierwszy, udany eksperyment mikrosyntezy termojądrowej przeprowadził Związek Radziecki. W warunkach laboratoryjnych, osiągnięto temperaturę niemal jak na Słońcu – 10 mln kelwinów – której towarzyszyło silne promieniowanie neutronowe. Wkrótce, to samo udało się Amerykanom, a następnie Francuzom, Niemcom i Japończykom. Jednak w tych krajach badania prowadzono od lat 1950., przeznaczano na nie ogromne środki. Tym większe było zaskoczenie naukowców na całym świecie, kiedy w kwietniu 1973 r. Polska ogłosiła, że jako szóste państwo dokonała kontrolowanej mikrosyntezy termojądrowej. „Eksperyment Focus”, przeprowadzony zaledwie 6 lat po rozpoczęciu przez Kaliskiego pierwszych teoretycznych przygotowań, otwierał przed nim drogę do światowej sławy. I doskonale wpisywał się także w nową epokę w dziejach PRL.

Wyniki badań Kaliskiego i jego zespołu z początku lat 1970. były w większości jawne i publikowane w czasopismach, o tyle wiele eksperymentów jednak, przeprowadzone eksperymenty naukowe po 1975 r. zostało utajnione. W tym czasie profesor był również pilnie obserwowany przez wojskowy kontrwywiad. Nad czym wówczas pracował? Już w 1974 r. na Wojskowej Akademii Technicznej powstała koncepcja, by zamiast wyładowań elektrycznych w układzie „focus-laser” do podgrzania i koncentracji plazmy wykorzystać materiały wybuchowe. Początkowo myślano o nich jako o sposobie na tzw. wybuchową prekompresję, umożliwiającą obniżenie mocy lasera niezbędnego do zapoczątkowania syntezy termojądrowej nawet o 50 proc., prof. Kaliski doszedł jednak do wniosku, że być może laser w ogóle nie będzie potrzebny. A to oznaczało wejście badań na zupełnie nowy etap.

POLSKA BOMBA MIAŁA BYĆ O WIELE TAŃSZA

Kaliski nieźle, jak wiadomo z dostępnych źródeł, znał się na materiałach wybuchowych. Jako ekspert od budownictwa, niejednokrotnie badał skutki fali uderzeniowej na konstrukcje naziemne i podziemne, za co otrzymał nawet nagrodę ministra obrony narodowej. Wykorzystał tę wiedzę przy szukaniu taniego sposobu na uzyskanie syntezy termojądrowej, analizując techniki kumulacji fali i uderzeniowej w układzie zamkniętym. Opracowany w latach 1975-1977 w Instytucie Fizyki Plazmy i Laserowej Mikro- syntezy stożkowy układ kumulacyjny umożliwił osiągnięcie ciśnienia 40 mln atmosfer – najwyższego, jakie udało się kiedykolwiek uzyskać w ciele stałym przy użyciu materiałów wybuchowych. Kaliski doszedł do wniosku, że jest w stanie wywołać syntezę termojądrową wyłącznie za pomocą klasycznej eksplozji – 1000 razy taniej niż z użyciem lasera. Przeprowadzone eksperymenty potwierdziły jego przypuszczenia. W 1977 r. Polska stała się zatem pierwszym na świecie krajem, któremu udało się przeprowadzić fuzję termojądrową za pomocą czystego, nieatomowego wybuchu. Oznaczało to, że teoretycznie można zbudować bombę wodorową, nie dysponując wcześniej bombą atomową, spełniającą dotychczas przy wybuchu rolę zapalnika. Przy czym bomba ta byłaby o wiele tańsza i „czystsza”, ponieważ w wyniku jej eksplozji nie powstawałby radioaktywny uranowy lub plutonowy opad. Również posiadanie tych pierwiastków, a także technologii ich wzbogacania, nie było potrzebne do stworzenia broni masowego rażenia. Deuter i tryt niezbędne do fuzji termojądrowej są stosunkowo łatwe do uzyskania (deuter jest m.in. składnikiem wody morskiej). Wiadomo nawet, jak taka bomba mogłaby wyglądać – przypominałaby złączone podstawami stożki wypełnione silnym materiałem wybuchowym, w których środku znajdowałby się niewielki pojemnik z deuterem lub trytem.

CZY W BIESZCZADACH MIAŁA ODBYĆ SIĘ PRÓBA ATOMOWA?

Kaliski był częstym i chętnie przyjmowanym gościem Edwarda Gierka. Potwierdzają to były szef sekretariatu PRL-owskiego przywódcy Jerzy Waszczuk, a także Czesław Kiszczak, szef wywiadu wojskowego w latach siedemdziesiątych. Temat polskiej broni termojądrowej cały czas tkwił w głowie I sekretarza, umiejętnie podsycany kolejnymi nowinkami, przynoszonymi przez rektora Wojskowej Akademii Technicznej – człowieka o wielkiej sile przekonywania oraz ogromnej charyzmie. Czy była to tylko gra mająca na celu zdobycie większych środków na eksperymenty naukowe prowadzone na wojskowej uczelni, czy też Kaliski i Gierek naprawdę wierzyli, że Polska wkrótce może mieć własną bombę termojądrową?

O tym, że wierzył w to Gierek, ma świadczyć pytanie, które pierwszy sekretarz zadał Bogdanowi Neyowi, profesorowi PAN i specjaliście od geodezji inżynieryjnej: „Czy możliwe byłoby przeprowadzenie próbnego wybuchu, np. w Bieszczadach, w taki sposób, by nie dowiedzieli się o nim towarzysze radzieccy?”. Prof. Puzewicz, który pośrednio potwierdził tę wersję, zastrzegł jednak, że nie mogło być w ogóle mowy o próbnej eksplozji bomby wodorowej, a co najwyżej zdetonowaniu ładunku wybuchowo-termojądrowego większego, niż było to możliwe w warunkach laboratoryjnych. Chociaż do takiej próby nigdy nie doszło, a prace nad wybuchową syntezą termojądrową nie wyszły poza eksperymenty przeprowadzane w Instytucie, historia „polskiej bomby wodorowej” obrosła przez lata legendą. Jej zwolennicy podają nawet miejsce planowanej próbnej eksplozji – szyb wywiercony na bezludnych terenach na północ od szosy łączącej Lesko i Ustrzyki Dolne. Potwierdzeniem mają być tajemnicze badania geologiczne, prowadzone tam pod koniec lat 1970. pod pretekstem poszukiwań ropy i gazu.

Tyle tylko, że podziemnego wybuchu, tuż przy granicy ze Związkiem Radzieckim, według zgodnych opinii ekspertów – w żaden sposób nie dałoby się ukryć przed okiem „wielkiego brata”. A posiadanie nawet kilku bomb termojądrowych nie oznaczało jeszcze uniezależnienia od Moskwy, która miała ich tysiące. Gen. Kiszczak uważał, że na własny program nuklearny Polski zwyczajnie nie było wówczas stać. Również sam Gierek nigdy nie potwierdził, że Polska miała takie plany. Jednak informację, że Kaliski mógł zginąć ponieważ był bliski skonstruowania nowej broni, ujawnił niedługo przed śmiercią Piotr Jaroszewicz, premier PRL w czasach Gierka.

DLACZEGO MUSIAŁ ZGINĄĆ KALISKI?

„Mam pewność, że generał Kaliski nie zginął przypadkowo, że zadziałał mechanizm powiązań handlowo-wywiadowczych” – powiedział Jaroszewicz w wywiadzie udzielonym Januszowi Rolickiemu, na początku lat 1990. Nic więcej nie chciał dodać. Co oznaczały te słowa? Sam Jaroszewicz został brutalnie zamordowany w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1992 r. w swoim domu w Aninie. Sprawców zbrodni nie wykryto, nie ustalono też jej motywów. Słowa „system powiązań handlowo-wywiadowczych” wskazują na ludzi ze służb PRL, którzy brali udział w kupowaniu nowoczesnych technologii, omijając amerykańskie embargo. A jeśli pracowali na dwie strony? Czy możliwe, że zaoferowali służbom innego kraju wykradzenie i sprzedaż opracowanych przez Kaliskiego technologii? A może on sam to zaproponował? Czy też służby wywiadowcze któregoś z mocarstw stwierdziły, że polskie badania zaszły za daleko i zagrażają kruchej równowadze sił w podzielonym przez zimną wojnę świecie? Profesor-generał był przecież nie tylko teoretykiem i autorem przełomowych eksperymentów, ale też posiadaczem patentów z wielu dziedzin (od budownictwa po system wzmacniania ultra – i hiperdźwięków w półprzewodnikach, wykorzystywany m.in. w telewizji).

Profesor Kaliski doskonale wiedział, w jaki sposób przełożyć teorię na praktykę. Jego utajnione szkice i opisy mogły być gotowym schematem konstrukcji, ale właśnie, czego? Ponieważ prowadzone badania łączyły wiedzę z różnych dziedzin, ewentualnych odpowiedzi może być wiele. Pierwsza zakłada, że chodziło jednak o schemat nowej taniej broni masowego rażenia. Uruchamianej za pomocą zwykłego materiału wybuchowego bomby wodorowej lub neutronowej, czyli takiej, która przy stosunkowo małej sile eksplozji emituje śmiercionośne promieniowanie, zabijające ludzi w promieniu kilku kilometrów. Bomby neutronowe, ale odpalane za pomocą ładunku atomowego, pod koniec lat 70. miały tylko USA, jednak w latach 1980. broń taką uzyskały też ZSRR, Francja i Chiny. Czy konstruktorzy z tych krajów korzystali z technologii podobnej do tej, jaką opracował prof. Kaliski? Nie wiadomo.

Druga odpowiedź jest taka, że być może jednak chodziło o broń konwencjonalną, ale o wyjątkowo dużej sile rażenia. Ubocznym skutkiem badań nad wybuchową syntezą termojądrową było bowiem wynalezienie nowych technik kumulacji fali uderzeniowej w układach cylindrycznych, które idealnie nadają się do zastosowania w pociskach, służących do przebijania grubych stalowych pancerzy czołgów czy stalowo-betonowych umocnień. Mogło też chodzić o broń o charakterze defensywnym, np. system obrony przeciwrakietowej, wykorzystujący zarówno lasery, jak i antyrakiety wyposażone w ładunki kumulacyjne. Plany budowy takiej broni zostały ogłoszone przez prezydenta USA Ronalda Reagana w ramach Inicjatywy Obrony Strategicznej SDI w 1983 r., pięć lat po śmierci generała Kaliskiego. A jeśli żadna z tych odpowiedzi nie jest prawdziwa, żadna superbroń nie została opracowana, a śmierć Kaliskiego była rezultatem zwykłego nieszczęśliwego wypadku?

Ostatni taki eksperyment przeprowadzono w Warszawie w 1981 r. Do dziś zresztą nie udało się nikomu podgrzać plazmy w taki sposób, by uzyskać stabilne, trwałe źródło energii: pierwszy termojądrowy reaktor wciąż jest na etapie projektu. Przekroczenie eksperymentu krytycznego, czyli uzyskanie z syntezy większej ilości energii, niż została zużyta do jej wywołania, udało się przeprowadzić amerykańskim naukowcom z Kalifornii dopiero w lutym tego roku. Może więc badania prowadzone przez profesora Kaliskiego nie miały sensu i były wyłącznie wynikiem jego próżności? Czy może, gdyby żył, znaleźlibyśmy się w awangardzie krajów, zajmujących się energią termojądrową zarówno na płaszczyźnie cywilnej, jak i wojskowej? Odpowiedzi na te pytania już nie poznamy. Na pocieszenie zostaje nam fakt, że 40 lat temu, przez krótki czas, dzięki jednemu człowiekowi, Polska była w naukowej elicie krajów, zajmujących się najtrudniejszymi zagadnieniami fizyki i miała w tej dziedzinie swoje własne, oryginalne osiągnięcia.

 

Zabijano ich masowo za marzenia o wolnej Polsce

1 Marca obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. NKWD i Urząd Bezpieczeństwa zabijał ich w okrutny sposób za to, że mieli marzenia i pragnęli ojczyzny wolnej i niepodległej. Wielkopolska była wówczas też miejscem walki o demokratyczną Polskę.

Ustawą z dnia 3 lutego 2011 r. Sejm RP ustanowił Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych ( Dz.U.Nr 32 poz. 160 z 2011 r).

RYS HISTORYCZNY.

Od roku 1943 Dowództwo AK obawiając się wejścia wojsk sowieckich na teren Polski rozpoczęło organizowanie struktur wojskowo–cywilnych mających za zadanie samoobronę i podtrzymanie morale społeczeństwa polskiego w przypadku okupacji przez ZSRR. Organizacja przygotowania opierała się głównie o ugrupowania partyzanckie wywodzące się z AK działające pod szyldem „Wolności i Niezawisłości„ zwanej potocznie WiN. Do 1945 r. oddziały te liczyły już około 25-30 tys. żołnierzy.

NKWD i bezpieka walczyła z tymi jednostkami od samego początku zajęcia terenów Polski przez Armię Czerwoną. Pod pozorem ujawnienia działalności konspiracyjnej i zdania broni oraz amnestii w 1945 r. aresztowano łącznie około 50 tys. żołnierzy podziemia głównie AK i WiN. Taktykę masowych aresztowań powtórzono w 1947 r. aresztując w kazamatach kolejnych 76.774 żołnierzy podziemia. W wyniku aresztowań NKWD wymordowało od razu 20 tys. żołnierzy. Wielu też wywieziono na wschód ZSRR do łagrów na teren Syberii.

ŻOŁNIERZE WYKLĘCI W WIELKOPOLSCE.

Po zakończeniu II wojny światowej partyzanci WiN i AK działający na terenie Wielkopolski przeprowadzili ponad 20 udanych akcji bojowych wymierzonych w NKWD oraz żołnierzy Urzędu Bezpieczeństwa. Na terenie Wielkopolski po 1945 r. istniały zorganizowane zbrojnie 64 oddziały kilkunasto- lub kilkudziesięcioosobowe. Największa organizacja zbrojna na terenie Wielkopolski liczyła wówczas około 6 tys. żołnierzy. Była to zorganizowana pod nazwą „Wielkopolska Samodzielna Grupa Ochotnicza Warta” zwana potocznie WSGO. Grupa bojowa posiadała w swoich strukturach organizacyjnych siedem inspektoratów terytorialnych i podległych im oddziałów bojowych.

Oddziały wchodzące w skład WSGO były dobrze zorganizowane i uzbrojone. W czasie działań bojowych na terenie Wielkopolski „Żołnierze Wyklęci” rozbili ponad 160 posterunków milicji, przeprowadzili ataki na siedziby NKWD i Powiatowych Urzędów Bezpieczeństwa między innymi w m. Kępno, Krotoszyn, Ostrów Wielkopolski. Atakowano też więzienia w Szamotułach i Kożminie. W trakcie akcji bojowych doszło to 40 potyczek i 2 bitew z jednostkami UB i Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego wspieranych przez żołnierzy NKWD oraz Armii Czerwonej. Działalność antykomunistyczna w Wielkopolsce opierała się nie tylko o walkę zbrojną, ale i o uświadomienie ludności Wielkopolski o zamiarach ZSRR wobec zaanektowanych krajów. Były to pogadanki, wykłady, pisano i kolportowano ulotki i gazetki. Spotykano się i tłumaczono, pokazywano przykłady zbrodniczej działalności NKWD na ziemiach polskich itp.

W składzie jednostek bojowych jak i strukturach cywilnych pełniły służbę także kobiety – partyzantki. Były łączniczkami, sanitariuszkami walcząc o Polskę wolną. Chciały żyć w wolnym demokratycznym ukochanym przez siebie kraju. Należały do nich m in : Helena Motykówna ps. „Dziunia”, Irena Tomaszkiewicz ps. „Danka”, Janina Bodnar ps. „Wanda Zduńska” oraz wiele innych katowanych, bitych i torturowanych w kazamatach NKWD czy UB na terenie Wielkopolski. Wiele z nich zakatowano na śmierć, wiele rozstrzelano jak np. 20-letnią ciężarną Helenę Motyllkównę ps. „Dziuńka”, która w chwili śmierci, jak relacjonował świadek tego wydarzenia ks. Jan Skiba, wydała okrzyk: mamo!!! Członkowie plutonu egzekucyjnego byli pijani, nie zabili Dziuni tylko ją zranili. Ta ciężarna i ranna partyzantka z bólu prosiła o dobicie…

Niemniej okrutny okazał się los dowódców i żołnierzy organizacji zbrojnych działających na terenie Wielkopolski. Oto kilka przykładów zamordowanych żołnierzy bez osądzenia i prawomocnego wyroku sądu:

ppor. Zygmunt Borostowski ps. Bora – dowódca oddziału działającego w ramach WSGO w powiecie krotoszyńskim i jarocińskim. Zabity po zatrzymaniu przez UB w 1946 r.

por. Jan Kempiński ps. Błysk – dowódca Ostrowskiego Inspektoratu WSGO najaktywniejszego oddziału partyzanckiego w Wielkopolsce. Rozstrzelany w 1946 r.

ppłk Andrzej Rzewuski ps. Hańcza – ostatni dowódca Okręgu Poznań AK, później Szef Wielkopolskiej Samodzielnej Grupy Ochotniczej „Warta”, bestialsko torturowany wielokrotnie postrzelony w czasie przesłuchań przez NKWD i UB, popełnił samobójstwo w celi więziennej.

kpt. Czesław Macek ps. Spirytus – dowódca oddziału w powiecie ostrowskim, zamordowany przez funkcjonariuszy UB w celi więziennej.

Ginęli torturowani i mordowani w kazamatach NKWD czy UB żołnierze starsi i młodzież – 15-17 latkowie, którzy mieli wówczas marzenia o wolnej Polsce. Ginęli od ran, tortur i kul swoich oprawców. Oddali swoje młode życie dla ukochanej ojczyzny. Niejednokrotnie do chwili obecnej nieznane są miejsca ich pochówku.

OSOBISTA DYGRESJA.

Przez wiele lat „wyklęci” żołnierze swej ojczyzny byli zapomniani przez wielu, pamiętani tylko przez nielicznych. W Polsce wolnej i demokratycznej doczekali się dopiero należnej im czci.

Polacy walczyli na wielu frontach przelewając swoją krew za ukochaną ojczyznę. Walczyli na wszystkich frontach II wojny światowej, na morzu, powietrzu i lądzie, w mundurach i bez mundurów, walczyli mając głęboko w pamięci dwie daty swoich krzywd tj. napadu Niemców i ZSRR na swój kraj ojczysty w 1939 r. Walczyli i ginęli, by Polska była wielka dumna i demokratyczna. Ich walka i marzenia nie zakończyły się w 1945 roku. Walczyli przez wiele lat później zbrojnie, walczyli słowem i bronią w 1956 r w Poznaniu, w 1970 i 1980 r na wybrzeżu aż do całkowitego wyzwolenia i demokratyzacji ojczyzny.

Za bohaterstwo, ogromny patriotyzm i przelaną krew dla nas wszystkich CZEŚĆ ICH PAMIĘCI.

download as a pdf file

Jeńcy niemieccy wojnę przeżyli, jeńcy sowieccy zostali wymordowani - to był Katyń

Wiele już napisano, wiele też wyjaśniono na temat zbrodni Katyńskiej zbrodni, która wciąż jest raną na sercu polskiego narodu. Dlaczego mordowano jeńców. Oto jeszcze jedna z wielu autentycznych historii opowiedzianych przez świadków tamtych wydarzeń.
 
Są krzywdy, których narody zapomnieć nie mogą, są zbrodnie, których w żaden sposób przemilczeć nie można. W czasie II wojny światowej oraz bezposrednio po jej zakończeniu Sowiecka Rosja wymordowała kwiat narodu polskiego, zamordowano w sposób okrutny przedstawicieli inteligencji, kadrę oficerską Wojska Polskiego, funkcjonariuszy policji, urzędników państwowych itp. Była to próba eksterminacji narodu. Różnie też w przyszłości mogły by potoczyć się losy Rzeczypospolitej po 1939 r. gdyby ci zamordowani nadal żyli.
 
Dlaczego zbrodnie sowieckie?
 
Z wykonanych przeze mnie podręcznych notatek jako uczestnika takich spotkań na śluzach przy ul. Nakielskiej w Bydgoszczy, wyłania się też obraz wielkich przeżyć i tragedii osobistych tych ludzi z czasów wojny. Odnalazłem też fragmenty zapisanych opowiadań o niewoli żołnierzy Polskich i walk od 17 września 1939 r. Z opowiadań tych oficerów II RP uczestników kampanii wrześniowej, a głównie przyjaciela mego dziadka - rotmistrza Waldemara W. walczącego z sowieckim agresorem w 1939 r. (nie podaję nazwiska na prośbę rodziny Pana rotmistrza), który powiedział: "Jeńcy niemieccy wojnę przeżyli, jeńcy sowieccy zostali wymordowani - to był Katyń, Starobielsk, Kozielsk".
 
Wspomnienia Pana Rotmistrza - "Początki agresji sowieckiej na Polskę. Zabijali, bo mścili się na Polakach, sprawiało im to przyjemność, zabijali by grabić".
 
Niedzielne słoneczne przedpołudnie pod koniec sierpnia 1972 r. na śluzach w Bydgoszczy spotyka się jak zawsze kilku przyjaciół, oficerów II RP by powspominać czasy walki, honoru i ojczyzny. Wśród nich jest też i Pan Rotmistrz W.
 
Oto zapisane relacje i cytaty wypowiedzi bez mego osobistego komentarza.
 
"Waldek a pamiętasz napad sowietów 17.09.1939 r. - tak Janek pamiętam dobrze - odpowiada Rotmistrz i nagle posmutniał - tak pamiętam ależ czerwonym łupnia daliśmy w czasie obrony Wilna mimo słabego dowodzenia, we wrześniu 39 roku, jak bohatersko w tym czasie bił się nasz Korpus Ochrony Pogranicza, Samodzielna Grupa Operacyjna Polesie w której służyłem i Brygada Kawalerii Wołkowysk, ta rezerwowa - tak ta rezerwowa wymordowana przez sowietów".
 
"Sowieci jak wiecie mścili się okrutnie za swoje klęski, własnie koło Wilna pokazali co potrafią jak rozstrzelali naszych żołnierzy i harcerzy wziętych do niewoli mszcząc się za lanie jakie dostali w Grodnie. Właściwie to sowieci na poczatku jeńcow nie brali - od razu ich rozstrzeliwali, taki mieli prikaz. Mój oddział otoczył i rozbroił 55 sowietów i gdy wydzieleni żołnierze prowadzili ich do dowództwa zostali zaatakowani przez sowietów i natychmiast rostrzelani, wszyscy byli rozstrzelani jeńcy i nasi - kulą w tył głowy. Tacy oni byli - swoich bo się poddali i naszych, bo wrogowie. To była dzicz, rzadko umieli czytać, a pisać wcale, chcieli tylko grabić i łupić, a komisarze polityczni tak im wpajali by grabili i zabijali kułaków, bo to klasowi wrogowie, więc to czynili bardzo często i chętnie".
"Pamietacie głośną historię jak sowieci pod Spoćkami zamordowali podstępnie dowódcę Okręgu Korpusu Nr III w Grodnie gen. Jozefa Olszynę - Wilczyńskiego, który przecież miasto poddał. Oni nie respektowali żadnych konwencji międzynarodowych czy obietnic swego dowództwa, tam decydowali czerwoni komisarze i kaci Berii. Zamordowali go z chęci samego zabicia bo spodobał im się mundur generała. Później go obwozili na taczance i się cieszyli jak dzieci".
 
"Pamiętam w W Grodnie wybiliśmy im 19 czołgów i 3 samochody pancerne oni w zamian nie brali jeńców rozstrzeliwując naszych zbiorowo gdzie popadło żołnierzy, harcerzy, kobiety i dzieci kogo złapali zabijali jak zwierzęta. Łącznie sowieci wzięli do niewoli 250 tys. naszych w tym 18 tys. oficerów. W walkach zginęło około 3 tys. Polskich żołnierzy, a 10 tys. było rannych. Rannych nie leczono ich, przeważnie zabijano".
"Miałem szczęście, zostałem otoczony jak się przebijaliśmy w kierunku centralnej Polski w lasach w nocy otoczył nas nieznany nam oddział konnicy sowietów i byliśmy w niewoli, mieliśmy wtedy dużo szczęścia dowódca tego oddziału był zakochany we wnuczce zesłańca z Polski i dlatego nas nie rozstrzelano od razu. Wiecie zaprowadzono nas do stodoły na skraju lasu tam był taki schowek na narzędzia i przez niego udało się nam zbiec do lasu. Pozostali tylko ranni i chorzy było tam 12 żołnierzy. Rano chcieliśmy odbić naszych jak ich będą przewozić do szpitala. Rano przybył konny oddział, ich dowódca zastrzelił kilku swoich i podpalił stodołę nasi spłonęli żywcem krzycząc niesamowicie. Te krzyki słyszę jeszcze dzisiaj".
 
"Waldek i jak ci się udało? Jak przeżyłeś? Błąkaliśmy się po lasach przez wiele dni, jedliśmy co popadło, lecz mieliśmy szczęście, bóg nam zgotował los łaskawy, odnaleziony wóz aprowizacyjny wyładowany bronią amunicją i konserwami dawało to nam poczucie bezpieczeństwa. Zdecydowlismy się walczyć do końca. Atakowaliśmy sowietów tych - morderców jak tylko mogliśmy, dostali wtedy porządnego łupnia nie spodziewli się, że Polacy będą jeszcze walczyć. Dopadli nas jednak w takim wąwozie i tam zrobił się kocioł niesamowity, bo w tym czasie spotkaliśmy szpicę Wermachtu, a ruski pomylili się i zaczeli do nich strzelać, doszło do wymiany ognia. Poddaliśmy się Niemcom. Ruski zaczęli domagać i grozić Niemcom by oddali nas właśnie im. Uratował nas przypadek. Mój żołnierz był mieszkańcem Wolnego Miasta Gdańska i to zgłosił Niemcom - ci nas już nie oddali ruskim i dlatego żyję. Pamiętam jak dowódca tego sowieckiego oddziału w geście wściekłości do Niemców krzyczał - my i tak ich pozabijamy wszystkich - wszystkich".
 
Przeżyli tylko ci, którzy uciekli lub dostali się do niemieckiej niewoli.
 
"Waldek - ale kilku naszym dało się uciec i przeżyć z tego piekła? Ciekawością jest fakt, że ambasada Niemiec wyciągnęła 47 naszych oficerów z obozów przejściowych w tym griazowieckiego przed ich wymordowaniem, mieli oni jakieś koligacje rodzinne. Pozostali uratowani - 440 to byli konfidenci NKWD i zdrajcy Polski".
 
"Powiem Wam Panowie tak, że wyście walczyli z Niemcami z wrogiem, a my z Sowietami z mordercami i bandytami - taka to była różnica. Ruski i NKWD mścili się za lanie pod Warszawą, byli przygotowani by nas wymordować wszystkich, im więcej tym lepiej. Kłamali od samego poczatku, że Kozielsk, Katyń czy Starobielsk to obozy jenieckie i to obozy przejściowe. To nie były obozy - to były miejsca mordów. Tak zaplanowali i tak czynili skutecznie i planowo".
 
Pamięć
 
"Panowie oficerowie - za pamięć o pomordowanych naszych towarzyszach walki z września 39 r. za pomordowanych przez sowieckich bandytów za Staśka z Grudziądza, za Tadeusza z Wilna, za Romka z Grodna i wielu innych: Cześć ich pamięci".
Wstali z ławki i w ciszy powtarzali "Cześć ich pamięci".
 
Dlaczego?
Przez wiele lat aż do dzisiaj słyszę tę opowieść straszną, towarzyszyła ona w moim życiu zawsze, nie zawsze mogłem ją opowiedzieć obawiając się o bezpieczeństwo własne i jak i swojej rodziny. Dzisiaj to pierwszy raz czynię by zachować ją w pamięci oddając w ten sposób cześć bestialsko pomordowanym żołnierzom, bohaterom Polski.
 
Cześć ich pamięci!
 

"Rotmistrz Witold Pilecki 1901-1948" to książka o narodowym bohaterze

Moja fascynacja Rotmistrzem  Witoldem Pileckim.

Moja fascynacja Rotmistrzem Witoldem Pileckim zaczęła się kilka lat temu, po wielu publikacjach prasowych o jego walce i poświęceniu swego życia dla ojczyzny. Przyznam szczerze, że tak mnie zaintrygował ów tytuł rotmistrza oraz jego bohateskie dokonania przywołujące na myśl ułanów - że zacząłem szukać o nim książki. Książkę taką po wielu trudach kupiłem, przeczytałem i mam zaszczyt ją Państwu przedstawić.

Autorem książki "Rotmistrz Witold Pilecki 1901-1948" jest Wiesław Jan Wysocki ur.1950 r. prof. dr hab. historyk, wykładowca historii najnowszej na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, prezes Fundacji Poległych i Pomordowanych na Wschodzie, przewodniczący Rady Fundacji Żołnierzy Wyklętych, Rady Muzealnej Muzeum Wojska Polskiego, Komisji Historycznej i Pamięci Narodowej przy Zarządzie Głównym Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej.

Kilka słów o samej książce.

Książka "Rotmistrz Pilecki 1901-1948" autorstwa Wiesława Jana Wysockiego posiada łącznie 231 stron druku wraz z załączonymi fotografiami i kserokopiami dokumentów. Autor książkę dedykował ją "Zofii z Pileckich Optułkiewicz córce Rotmistrza dla którego była GENERAŁOWĄ - niestrudzonej w zabiegach o dobre imię Ojca".

Książka wydana została w 2013 r. miękkiej oprawie przez bibliotekę Armii Krajowej i oficynę wydawniczą RYTM Sp.z oo ul Wolska w Warszawie. Cena książki to 24.99 zł.

Wstęp  do książki został poświęcony postaci głównego jej bohatera Rotmistrza Witolda Pileckiego  jego etosu rycerza kresowego, obywatela ziemskiego, oficera kawalerii polskiej dobrowolnego więźnia KL Auschwitz i bohatera podziemia antykomunistycznego " żołnierza wyklętego" weterana zmagań  z totalitaryzmem i komunizmem.

Autor w tej publikacji  wnikliwie zbadał losy Witolda Pileckiego. Bardzo dokładnie opisuje on w niej pobyt bohatera w Auschwitz i działalność konspiracyjną. Momentami udaje się też pokazać Witolda – człowieka, mężczyznę, męża, ojca, przyjaciela.

Jednak po przeczytaniu tej książki zrozumiałam kim był Witold Pilecki. Człowiek, który w całości poświęcił się dla ojczyzny. Na ochotnika poszedł do Auschwitz w celu zgłębienia struktury obozu także okazywania pomocy więżniom na każdym kroku. Dokonał brawurowej ucieczki  z obozu a następnie brał czynny udział w Powstaniu Warszawskim.

Autor zestawia także losy rodziny Pileckich z działaniami podczas II wojny światowej. Całość dopełniają zdjęcia, które pomagają zobrazować odbiorcy rzeczywistość kilkadziesiąt lat temu.

Dlaczego ta książka fascynuje i pobudza.

Autor  książki przybliża nam losy bohatera, zaczynając od jego wczesnych lat młodości, pozwalając dzięki temu zrozumieć motywy, które kierowały tym odważnym człowiekiem w latach wojny. Jest to próba oddania hołdu człowiekowi, który dobrowolnie dał się złapać Niemcom w ulicznej łapance i zamknąć w Auschwitz. Nie zrobił tego bez celowo, chciał stworzyć tajną organizację wewnątrz obozu dla pomocy więźniom oraz tworzenia raportów dla polskich władz na zachodzie.

Udało się  naszemu bohaterowi stworzyć bardzo skuteczną siatkę pomocy, znacząco utrudniając Niemcom ich zadania. Był człowiekiem na tyle przebiegłym, że stworzył system w którym poszczególne grupy nie wiedziały o swoim istnieniu, dzięki czemu zapobiegł dekonspiracji. Uciekł z obozu, aby osobiście próbować wpłynąć na komendanta AK co do powstania w Auschwitz i uwolnieniu jeńców. Pomimo usilnych prób, nic nie wskórał, przekazywał jednak w dalszym ciągu meldunki dla Aliantów- określane mianem przesadzonych. Nie wyrzekł się swojej odwagi i wartości w trakcie Powstania Warszawskiego, gdzie świetnie dowodził i bardzo troszczył się o swoich podkomendnych. I właśnie bohater tego kalibru został skazany na karę śmierci i zastrzelony kulą w tył głowy przez Urząd Bezpieczeństwa PRL.

Rotmistrz Witold Pilecki dla komunistycznych władz stał się bardzo niewygodnym obywatelem, zbyt wiele wiedział o niektórych wysoko postawionych działaczach komunistycznych władz, a jego proces został bardzo nagłośniony ku przestrodze byłych żołnierzy AK.

Książka napisana została bardzo prostym, ale zarazem trafnym językiem. Po tylu latach wielu ludzi próbuje przywrócić dobre imię tego żarliwego patrioty i autorytetu dla młodzieży. Nie wyrzekł się żadnego ze swoich ideałów do ostatnich dni, dopiero pod groźbą wiszącą dla jego rodziny podpisał protokoły zeznań, poprzedzony kilkoma miesiącami tortur gorszymi niż w Auschwitz.

Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że Witold Pilecki to ochotnik Auschwitz, który w obozie organizował ruch oporu i posyłał światu raporty o tym, co tak naprawdę dzieje się za kratami obozu koncentracyjnego. Przez całe życie walczył za Ojczyznę. Najpierw z bolszewikami jako młody chłopak, potem w II wojnie światowej, w kampanii wrześniowej, w Powstaniu Warszawskim, był też oficerem armii Andersa, nie poddał się również po wojnie, bo marzył o wolnej Polsce, a nie Polsce tylko z pozoru suwerennej, a w rzeczywistości okupowanej przez rosyjskich komunistów, gnębionej przez NKWD i UB. Za Ojczyznę oddał w końcu życie, ta niby wolna ojczyzna mu je brutalnie odebrała.

Jedna myśl mnie prześladuje. Jak to się stało, że nie usłyszałam o Pileckim w szkole na lekcji historii? Przecież gdy bywałem na wycieczkach w Auschwitz nigdy nikt nie zająknął się, że była taka postać jak bohaterski Witold Pilecki.

Jako osoba obdarzona zmysłem artystycznym, Pilecki musiał być wrażliwy i odczuwać więcej niż przeciętny człowiek. A mimo to, nie zawahał się przed żadnym poświęceniem, walką aż do zwycięstwa, był dzielnym i oddanym żołnierzem.

Postawa głównego bohatera tej książki fascynuje mnie osobiście dlatego iż przypomina moje tradycje rodzinne, bohaterskich walk i zmagań oficerów – kawalerzystów II RP pod Krojantami i Bzurą później w AK w walce o Polskę wolną i niezależną.

Uważam iż każdy Polak i każda Polka powinny przeczytać tę książkę o bohaterskim Polaku i jego etosie walk o wolną Polskę.

https://www.youtube.com/watch?v=Y6YzQErrSe4

 

 

Nie zapominajmy o zwyczajnych i niezwykłych bohaterach.

Porządkując rodzinne dokumenty natrafiłem na ocalałe pamiętniki mego dziadka z 1939 r. Na pożółkłych kartkach zapisane zostały atramentem i ołówkiem czyny zapomnianych już bohaterskich żołnierzy którzy oddali swoje życie dla Polski.  Pod datą 5.09.1939 r. widniał zapis cyt. „Plut. Karaszewski zatrzymał samotnie szpicę pancerną wroga – należy zapamiętać” Postanowiłem ustalić kim był osoba zapisana w wojennych pamiętnikach i co takiego niezwykłego dokonał Plutonowy Stefan Karaszewski. A oto wynik moich ustaleń.

Tło zdarzenia historycznego.

W dniu 5 września 1939 r.  -  tak zaczyna się ta niezwykła historia zwykłego chłopaka, który w lesie koło wsi Kosów zatrzymał samotnie natarcie 60 Niemieckich czołgów oddając przy tym własne życie za Polskę. Jedni powiedzą i cóż to takiego? Inni zastanowią się przez chwilę, wielu nawet nie zwróci na ten fakt uwagi. To wydarzenie jest tak nieprawdopodobne i niezwykłe iż wydaje się być wręcz fizycznie niewykonalne.  A jednak to prawdziwa historia zwyczajnego i niezwykłego polskiego żołnierza - bohatera.

Pamiętnego 5 września 1939  niemieckie oddziały, w tym pancerne, nacierały na  ziemię piotrkowską posuwając się w kierunku Warszawy. Czołgi, piechota zmotoryzowana i lotnictwo z wściekłością uderzają na słabo osadzone linie broniących się oddziałów polskich. Na drodze pędzących niemieckich czołgów staje samotnie plutonowy Stefan Karaszewski r. 1915 mieszkaniec Tomaszowa Mazowieckiego, żołnierz 85 Pułku Strzelców z 19 Dywizji Piechoty wchodzącego w skład Armii Prusy.

W czasie wybuchu II wojny światowej w dniu 1 września 85 Pułk Strzelców Wileńskich zostaje ostrzelany prze lotnictwo niemieckie. Pułk broni się prowadząc ciężkie walki z Niemcami. W dniach 3-4 września 1939 r. pod Piotrkowem Trybunalskim  pułk powstrzymuje  w zaciętych bojach parcie sił Niemieckich na Warszawę. Zostaje rozbity przez przeważające siły Niemieckie. W dniu 5 września 1939 r.  o godzinie 14.30 w okolicy wsi Kosów 10 km od Piotrkowa Trybunalskiego stanowiska Polskiej  wycofującej się obrony atakują czołgi wroga. Do Polskich linii obronnych zbliża się około 60 czołgów PzKpfw z 1 Dywizji Pancernej XVI korpusu Armii generała Waltera von Reichenau po przerwaniu linii frontu już w dniu 4.09.1939 r. 

Wobec  ewidentnej groźby okrążenia pułku broniącego się na wyznaczonych rubieżach podpułkownik Jan Kruk-Śmigla decyduje  samotnie o natychmiastowym wycofaniu się poza zagrożony rejon ataku czołgów. Żołnierze rozkaz wykonali. Wszyscy z wyjątkiem jednego. Walkę z wrogiem podejmuje samotny i ranny Polski żołnierz plutonowy Stefan Karaszewski.

Jako jedyny obrońca odpiera atak czołgów. Zakopane na rubieży obronnej przez żołnierzy Polskich miny rwą gąsienice i niszczą pancerze niemieckich czołgów. Strzelając z karabinu maszynowego  wz.30 osłania on samotnie odwrót swego pułku. W heroicznej walce, będąc rannym i okrążonym,  ostrzeliwuje sześć zniszczonych przez miny oraz kilka następnych uszkodzonych granatami, w sposób uniemożliwiający prowadzenie  przez nich dalszej walki, przez samotnego obrońcę, niemieckich czołgów,.

Okrążony  przez wroga z braku amunicji i odniesionych ran wysadza siebie granatem, ponosząc śmierć na miejscu. W dniu 10 września 1939 r. miał przejść do rezerwy, 5 września ofiarował swoje młode życie Polsce.

Tyle tej bohaterskiej opowieści o niezwykłym żołnierzu, który się niemieckim pancerzom nie kłaniał.

Gdzie został pochowany ten samotny Polski bohater?

Mieszkańcy pobliskich wsi Kosowa i Moszczenicy pochowali poszarpane ciało bohaterskiego Polskiego żołnierza obok przejazdu kolejowego – tam gdzie bohatersko zginął. W tym miejscu do dnia dzisiejszego istnieje kamień upamiętniający tę śmierć. Ciało plutonowego zostało następnie przeniesione i pochowane na cmentarzu w Moszczenicy.

Pośmiertnie został odznaczony, po wielu latach zapomnienia, już w Polsce demokratycznej  w 2010 r. Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Dlaczego nie pamiętamy o bohaterach ?

Łatwo  dzisiaj jest siebie wzajemnie potępiać, opluwać i wyszydzać, łatwo oceniać innych samemu nie dając przykładu tak dzisiaj wygląda nasze współczesne „ Polskie piekło”. Nie wolno jednak zapominać o tych co własną krwią zapłacili za to by była Polska. By Polacy mieli swój własny dom. Nie wolno nam nigdy  zapominać o Polakach – bohaterach zwyczajnych i niezwykłych takich jak śp. plut. Stefan Karaszewski.

Cześć ich pamięci.

 

 

 

 

 

 

Zbrodniarz, który osobiście wymordował ponad siedem tysięcy polskich oficerów, był Rosjaninem

3 kwietnia 1940 roku wyruszył pierwszy transport jeńców kierowanych na egzekucję do Katynia. Obchodziliśmy w 2015 r. kolejną rocznicę tej zbrodni. Do największych zbrodniarzy i katów Polskich oficerów należał Wasilij Błochin.

Kim był sowiecki zbrodniarz wszechczasów?

Wielu katów, którzy mordowali ludność polską na terenach zajętych przez wojska sowieckie we wrześniu 1939 r., nigdy nie zostało osądzonych. Mordowano nie tylko inteligencję, lekarzy, nauczycieli czy oficerów lub policjantów - mordowano kobiety i dzieci w sposób, którego okrucieństw nie sposób jest opisać.

Do największych zbrodniarzy tamtego okresu czasu należał komunista, radziecki aparatczyk, Wasilij Błochin (ur. 1895 zm. 3.02.1955). Był on Rosjaninem, wysokim funkcjonariuszem NKWD, jak podają dostępne źródła, przez blisko 30 lat zawodowo zajmował się głównie mordowaniem ludzi na zlecenie.

Źródła dostępne podają, iż w okresie od 1926 roku do 1953 własnoręcznie wymordował - co udokumentowano -  osobiście, ze szczególnym okrucieństwem, nawet do 50 tys. osób.

Zabijał, gdyż sprawiało mu to ogromną osobistą przyjemność. Gdy w 1940 Stalin i Beria wydali rozkaz o wymordowaniu polskich oficerów, przebywających w sowieckiej niewoli, zgłosił się on osobiście i na polecenie Stalina wyjechał na czele plutonu egzekucyjnego do Kalinina (dzisiejszego Tweru), by wykonywać wyroki śmierci na polskich oficerach, internowanych we wrześniu 1939 r.

Ten rosyjski zbrodniarz  był jednym z głównych organizatorów i wykonawców mordów na wziętych do niewoli polskich oficerach, stojąc na czele specjalnie do tego powołanej przez Stalina i Berię grupy operacyjnej. Kierował osobiście i bezpośrednio egzekucjami na polskich oficerach z obozu filtracyjno-represyjnego w Ostaszkowie, wykonując osobiście wiele tych wyroków. Egzekucje oficerów polskich rozpoczął już od 5 kwietnia 1940 przy ul. Sowieckiej 2 w Kalininie. Ofiary jego mordu chowane były głównie w wykopanych rowach w Miednoje na terenie letniska. Jak podają źródła, nie mógł się doczekać, kiedy będzie strzelał w tył głowy polskich oficerów. Po dokonywanych zbrodniach, cieszył się z tego, co zrobił, pijąc wódkę. Opowiadał wówczas ze szczegółami i swoją dumą mordercy, jak po strzale w tył głowy, z zabijanych ludzi tryskał mózg z krwią oraz kawałkami czaszki. Właśnie dlatego polecał on głowę katowanych Polaków obwiązywać szmatami. Innych jego wypowiedzi, jakie można przeczytać w dostępnych źródłach, nie przytoczę, gdyż są zbyt drastyczne.

W jaki sposób mordował Polaków?

Ten kat katów przygotowywał się starannie do dokonywania zbrodni, posiadał specjalny, zaprojektowany przez siebie ubiór, w postaci skórzanych pilotki, długiego fartucha i rękawic aż po łokcie. Tak ubrany, jak rzeźnik, by krew pomordowanych go nie ochlapała, rozstrzeliwał z przyjemnością, jak podają źródła oficerów polskich. Bił rekordy zabijania strzałem w tył głowy.

Do piwnicy budynku NKWD, gdzie rozstrzeliwał Polaków (głównie z niemieckiego Waltera, bo ten się nie przegrzewał), jak ponoć sam twierdził, sprowadzano w ciągu jednego dnia nawet do 250 osób. Bilans tamtej wiosny dla ekipy pod wodzą Błochina to 6311 rozstrzelanych Polaków.

Za dokonane zbrodnie na Polskim narodzie otrzymał zaszczyty i wyróżnienia.

Błochin - morderca i kat bestialsko zamordowanych polskich jeńców wojennych, jako szef plutonu egzekucyjnego z Łubianki, otrzymał z ZSRR za dokonywanie tych zbrodni na Polakach w ciągu swojego życia wiele nagród państwowych wyróżnień i pochwał.

Związek Radziecki, a konkretnie sam Józef Stalin, szczególnie cenił tego kata Polaków za umiejętności i wydajność w mordowaniu ludzi z zimną krwią. Mordował mężczyzn, mordował kobiety, mordował dzieci, nie mając nigdy wyrzutów sumienia. Mordował, bo to lubił. Gdy pod koniec lat 30. kolejna fala czystek zmiotła większość jego kolegów i byłego szefa NKWD, Nikołaja Jeżowa, Błochin ocalał, by dalej zabijać na rozkaz Stalina.

Kat nigdy nie stanął za swoje zbrodnie ludobójstwa przed trybunałem międzynarodowym. Nie był też sądzony jak zbrodniarze hitlerowscy za swoje zbrodnie, ma on wszakże na koncie nie tylko polskich oficerów z Miednoje, ale także wielu "wrogów narodu" – marszałka Michaiła Tuchaczewskiego czy Nikołaja Jeżowa. Szacuje się, że rozstrzelał osobiście nawet około 50 tysięcy osób w Związku Radzieckim, tak zwanych "wrogów ludu". Nazywano go gwiazdorem zbrodni albo rodzynkiem stalinowskich zbrodni. Ostatniej zbrodni dokonał już w 1953 r.

Ironią losu jest to, że Błochin spoczywa (nie jako jedyny z katów NKWD) na moskiewskim Cmentarzu Dońskim, niedaleko grobów ofiar represji.

Pamiętać należy zawsze!

Zbrodnie ludobójstwa dokonane przez Niemcy hitlerowskie, zostały przez społeczeństwo międzynarodowe rozliczone, a winni ich dokonania zostali przykładnie ukarani. Dlaczego zatem zbrodnie Stalina i jego katów - jak opisanego Błochina - którzy nigdy nie stanęli przed wymiarem sprawiedliwości, nie zostały dotąd rozliczone? 

Pamięć o tych bestialsko pomordowanych Polakach przez NKWD, o ich katach – zbrodniarzach ludobójcach, którzy tego dokonali - musi trwać zawsze. Jesteśmy to winni tym Polkom i Polakom, zamordowanym przez sowieckich siepaczy. Zbrodnie dotychczas nierozliczone muszą zostać ukarane i napiętnowane na arenie międzynarodowej.

Chwała i wieczna pamięć o pomordowanych w bestialski sposób przez stalinowskich oprawców Polakach z lat 1939 -1956.

Cześć ich pamięci!

Najwięksi bohaterowie Rzeczypospolitej - Polscy ułani. Chwała i pamięć.

Zamiast wstępu

https://www.youtube.com/watch?v=OiHj2zFtIb4#t=187

Wiele było zwycięstw i heroicznej walki żołnierza Polskiego we wrześniu 1939 r. To nie tylko obrona Westerplatte, Warszawy czy Helu. To także bitwy, potyczki spotkaniowe, walki w powietrzu i na morzu. To był wielki patriotyzm i walka o to, co dla żołnierza II RP było najcenniejsze, o Polskę. Już od 1 września 1939 r. żołnierz Polski – kawalerzysta, włożył ogromny wysiłek i bezprzykładne bohaterstwo w zatrzymaniu prących oddziałów pancernym Wermachtu.

Jak Polska kawaleria zatrzymała niemiecką 4 Dywizję Pancerną – wspomnienia uczestników walk

Przeglądając w czasie prowadzonego remontu rodzinne pamiątki, natrafiłem na moje notatki pisane w latach 70 tych XX wieku, w czasie spotkań na śluzach w Bydgoszczy oficerów II RP i ich osobistych wspomnień czasów wojny.

Jako nastolatek uczestniczyłem z moim dziadkiem – ułanem, oficerem II RP, w takich spotkaniach i wspomnieniach bohaterskich żołnierzach obrońcach Polski, których już dzisiaj nie ma, ale pozostały po nich takie oto wspomnienia. Oto jedno z nich.

Sierpień 1972 r. na śluzach w Bydgoszczy jak zwykle w niedzielne przedpołudnie spotykają się przyjaciele lat wojny – to oficerowie kawalerzyści którzy kończyli razem Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu tuż przed wybuchem II wojny światowej. Oto ich wspomnienia.

Rotmistrz o imieniu Tadeusz.

„ Pamiętacie dwudniowy bój pod Mokrą i Ostrowami z niemiecką 4 Dywizją Pancerną i nasze spektakularne szarże w działaniach zaporowych i opóźniających to był majstersztyk naszych działań i totalny szok dla Niemców. To nasza Wołyńska Brygada Kawalerii odpierała już 1 września 1939 r. natarcia Niemców i ich czołgów na Polskę i to już od godziny 8.00 rano gdy zostaliśmy zaatakowani i w walce zniszczyliśmy pierwsze cztery szkopskie czołgi. To nasze działka ppanc tak ich kosiły. Pamiętacie !”

Janek – mój dziadek rotmistrz kawalerii.

„Drugie i trzecie natarcie Niemców na nasze pozycje, jak ja pamiętam, to była chyba godzina 10.00 wtedy to już Niemcy stracili dwanaście swoich czołgów i nie pomogła im nawałnica artyleryjska i naloty swoich bombowców.

Byliśmy dobrze schowani i zamaskowani. Konie daleko od linii ataku. Niemcy jednak nie dawali za wygraną bardzo chcieli nas pobić. Ponowili ataki a główne uderzenie skierowali celem opanowania drogi w wyrwie leśnej w kierunku Mokra III. Nasza artyleria zdezorganizowała jednak atak Niemców mimo to udało im się uderzyć na tyły naszego 4 szwadronu i wyszli na stanowiska baterii dywizjonu.

Nasz pociąg pancerny, jak pamiętacie dokładnie i skutecznie wówczas ostrzeliwał atakujących Niemców. Zdziesiątkował ich celnymi salwami z dział i karabinów maszynowych. Wtedy to 3.szwadron 12 pułku we wspaniałym ataku w szarży wsparty 21 dyonem panc. odrzucił Niemców z naszych pozycji zadając im duże straty.

O 12.15 czołgi 4DPanc ponownie zaatakowały ponownie nasze pozycie na przesmyku między lasami a Mokrą III na stanowiska obronne IV szwadronu por Karola Kantora. Wdarło się tam o ile pamiętam około 100 szkopskich czołgów. Ułani wycofali się a na czołgi uderzyły pociski 12 pułk i 2 dak. W ogniu armat ppanc atak niemiecki załamał się. Wówczas ułani zaatakowali Niemiecką piechotę roznosili ich szablami i na lancach. Jak Niemcy byli wtedy przerażeni jak uciekali i wielu się poddawało. Wiem brałem udział w tej szarży pamiętam ją do dzisiaj !

Rotmistrz kawalerii – imienia niestety nie zapisałem.

„Janek – pamiętasz jak około 15.00 Niemcy znowu zaatakowali lotnictwem i artylerią a myśmy dalej siekli szkopską piechotę ! Ale gdy Niemieckie czołgi kolejny raz zaatakowały próbując oskrzydlania naszych pozycji na kierunku Rębielc Królewskich to dowódca 21 pułku ppłk Rostowo de Suski wycofał się na drugą linię oporu. Wówczas to 2 Pułk Strzelców Konnych zatrzymał te Niemieckie czołgi, które rażone pociskami przeciwpancernymi musiały się wycofać, wiele z nich paliło się na naszych przedpolach.”

Janek – rotmistrz kawalerii.

„ Pokazaliśmy wtedy Panowie i to już w dniu 1 września w pierwszych godzinach walki tym butnym Niemcom wpatrzonym w swoją potęgę, pokazaliśmy pod Mokrą jacy jesteśmy, jak potrafimy walczyć i ginąć, pokazaliśmy także, że kawaleria to nie tylko konie i lance oraz szable ale to artyleria i piechota. Męstwo naszych żołnierzy sprawne dowodzenie i zwyciężyliśmy wydawało by się potęgę nie do zdobycia.

To my ułani zmusiliśmy pancerne zagony Niemców o wycofanie się z kierunku ataku na Warszawę. To my ułani wraz z piechotą i artylerią zatrzymaliśmy na polu walki 100 czołgów nieprzyjaciela. Przez wiele lat to właśnie bolszewicy i komuniści sw Polsce nie dopuszczali te informacje dla narodu, okłamywali społeczeństwo twierdząc iż kawaleria szablami walczyła z pancerzami czołgów – to było kłamstwo !! tak jak kłamstwem było pokazanie, że to Niemcy wymordowali naszych oficerów w Katyniu !! Chwała bohaterom spod Mokrej – chwała kawalerzystom poległym za Polskę !”

Wtedy wstali, przybrali postawę „Na baczność” i dumnie spoglądali w ciszy przed siebie.

Cóż na zakończenie mogę jedynie dodać tylko od siebie:

Chwała Polskim żołnierzom spod Mokrej, Chwała bohaterskim Polskim Ułanom – Chwała i pamięć!

 

Walka, miłość, braterstwo i patriotyzm. Chwała bohaterom.

Ta historia jest prawdziwa i zdarzyła się naprawdę. Pragnę ją przekazać by pozostała w sercach tych, którzy czując się patriotami swego kraju nie zapominają o jej obrońcach.

Wprowadzenie

Budynek Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej przy ul. Zielnej 37, znany wszystkim warszawiakom jako budynek PAST'y, w okresie międzywojennym był drugim po budynku dzisiejszego hotelu Warszawa, pod względem wysokości budynkiem w Warszawie. Wybudowany z przeznaczeniem na pomieszczenie centrali telefonicznej o znaczeniu nie tylko miejscowym, lecz również ogólno-krajowym, posiadał specjalnie silną konstrukcję i odpowiednio wysokie pomieszczenia przystosowane do zamieszczenia w nich urządzeń centrali telefonicznej obsługującej połączenia abonentów warszawskich, połączenia międzymiastowe i międzynarodowe. Wysokością górował nad całą północno-zachodnią dzielnicą Warszawy.

W czasie okupacji, Niemcy w sposób szczególny zabezpieczyli ten obiekt, traktując go jako obiekt o znaczeniu strategicznym, gdyż przez tę centralę przechodziły wszystkie połączenia telefoniczne Berlina z okupacyjnymi władzami tak zwanego Generalnego Gubernatorstwa jak i z całym frontem wschodnim. Wejścia do budynku chronił specjalnie wybudowany betonowy bunkier, a wewnątrz budynku przebywała stale dobrze uzbrojona, choć nieliczna załoga, wzmocniona po wybuchu Powstania do blisko 160 żołnierzy dowodzonych przez doświadczonych oficerów SS.

W dniu wybuchu Powstania, budynek PASTy znalazł się w rejonie działania batalionu „Kiliński”. W dniach od 1 do 3 sierpnia prowadzone były sporadyczne akcje, ostrzeliwanie i obserwacja załogi PAST'y.

W nocy z 3 na 4 sierpnia z inicjatywy dowódcy I Obwodu ppłk Radwana przeprowadzony miał zostać pierwszy atak na ten ufortyfikowany i mocno broniony przez Niemców obiekt.

Studenci w mundurach

W szeregach atakujących gmach Pasty żołnierzy AK byli przedwojenni studenci różnych uczelni a w czasie okupacji w Warszawie uczęszczali do tzw. „Tajne Podchorążówki” gdzie studenci poznawali tajniki walki i dowodzenia w przyszłości mieli zasilić kadrę oficerska AK.

Brali oni czynny w działaniach bojowych ucząc się żołnierskiego rzemiosła w AK dowodząc pododdziałami bojowymi w konspiracji.

Wybuch Powstania Warszawskiego tak jak i innych zastał ich w miejscach koncentracji z przydzielonymi już wcześniej zadaniami bojowymi.

Historia podchorążego Zbigniewa

Jeden z takich dowódców odcinka bojowego, który miał brać udział w ataku na Pastę o prawdziwym imieniu Zbyszek oczekiwał z podwładnymi na rozkaz ataku.

Była noc, Niemcy przestali strzelać, a Zbyszek dowiedział się od swojej łączniczki, że jego narzeczona, Wanda, jest z innym oddziałem obok jego stanowiska bojowego. Wykorzystując, że wszyscy spali po prostu „ urwał się do narzeczonej”. Gdy zaczęło świtać, podchorąży Zbyszek wracał do swoich podkomendnych, gdy wartownik zatrzymał go, prosząc o hasło.

Powstańcy mieli wówczas na sobie Niemieckie panterki, Niemieckie hełmy i broń niemiecka, więc ostre zachowanie wartownika nie mogło nikogo dziwić. Zbigniew hasło podał, ale nie zgadzało się one z obecnym, które wymieniono o północy, o czym zakochany podchorąży wiedzieć nie mógł.

Sprawa zaczynała być groźna, gdy wartownik zamierzał oddać serię w kierunku domniemanego Niemca, ten z rozpaczy i strachu krzyknął „Nie strzelaj, to ja, biedny student”! Wartownik i przybyli żołnierze AK ryknęli ze śmiechu. Niemcy tak by nie mogli powiedzieć, u nich studenci nie byli biedni.

Cóż, rano w czasie apelu, podchorąży Zbigniew, by wyjaśnić dowódcy cała sprawę …zaprosił go i oddział na ślub.

Dalsze losy podchorążego Zbigniewa

Po zdobyciu gmachu PASTy odbył się cichy, skromny ślub podchorążego Zbigniewa z narzeczoną Wandą. Były powstańcze pieśni i wybuchy Niemieckich pocisków, były łzy szczęścia i miłości.

On, ranny powstaniec warszawski, przeżył, uciekł z Niemieckiej niewoli wstępując w szeregi 1 Armii Wojska Polskiego z którą doszedł do Berlina. Poszukiwał cały czas dostępnymi metodami swojej żony Wandy, niestety nikt nic o niej nie wiedział - ponoć była ranna pod koniec Powstania.

Awansowany na oficera, następnie został skierowany do walki jak to wówczas nazywano z „bandami”. Gdy w ataku na oddział NSZ gdzieś w lasach i jego otoczeniu okazało się niechybnie, iż ci których wziął do niewoli są jego towarzyszami walki z Powstania Warszawskiego a ich sanitariuszką jest jego żona Wanda. Nie zastanawiał się długo - przechodzi wraz z całym swoim oddziałem w szeregi NSZ.

Przez dwa lata walczy z UB i NKWD,  stając się żołnierzem Niezłomnym – Wilkiem. Cudem wraz z żoną uniknął wyroku śmierci, uciekając z zastawionych pułapek, udaje im się przy pomocy zakonspirowanej siatki AK uciec z kraju przez Czechy do Austrii stamtąd do Stanów Zjednoczonych. W latach 70 tych XX wieku przyjeżdżają do Polski, pod zmienionym nazwiskiem do chorego swego dowódcy z Powstania Warszawskiego i opowiadają wówczas jemu swoje losy - opowiadają je mojemu dziadkowi.

Poznałem jako młody chłopak wówczas tę niesamowitą historię walki o Polskę wolną i demokratyczną, poznałem wówczas wspaniałe losy Polskich bohaterów - Żołnierzy Niezłomnych – Wilków.

Nie żyją już wszyscy bohaterowie tego opowiadania, została po nich ta historia, moja pamięć i przelana krew za Polskę.

Chwała im, chwała bohaterom!

 

Polski emeryt będzie jadł ze śmietnika a emigrant będzie opływał w luksusach. Prawda czy mit ?

Na śniadanie trzy jogurty z truskawkami oraz ciasto drożdżowe z kremem czekoladowym, na drugie śniadanie: winogrona, banany lub jabłka do wyboru. W południe kanapki z wędzonym serem, przybrane papryką, sałatą i odrobiną rzodkiewki. Oto przykładowy posiłek z… kontenera.

Od pewnego czasu wokół kontenera na śmieci, usytuowanego na osiedlu gdzie mieszkam, pojawiał się czysto i schludnie ubrany pan w średnim wieku, prosząc o otwarcie (wejście do śmietnika jest zamykane na klucz). Otworzyłem i zadałem pytanie:

– Czego tutaj szukasz: butelek, puszek?

– Dobrego śniadanka – odpowiedział.

– Jak to śniadanka? – zapytałem – Tutaj w śmietniku? W tych kontenerach?

Odpowiedź była zaskakująca. Roman – tak ma na imię mój rozmówca, twierdzi, że w kontenerach jest tyle żywności, iż sam nie jest w stanie jej przejeść. Rano owsianka bez cukru, jogurty, ciasto ze śliwkami lub sernik, banany, mango lub jabłka, i to te nie pryskane, świeże mleczko lub kanapki z serkiem i szyneczką, to dieta jaką codziennie spożywa mój rozmówca.

Obiad to przeważnie pulpety z puszki w sosie pomidorowym, oczywiście dużo warzyw ze świeżą sałatą i ogórkiem oraz pomidorami, świeży chleb lub bułeczki, pieczywko białe lub ciemne do woli, popijamy to colą, fantą lub wodą mineralną. Warzywa są przeważnie fabrycznie zapakowane w folii, podobnie jak i gotowe kanapki.

– Przepraszam, a takie pyszności to dają gdzie?

– W kontenerze odpowiada mój rozmówca.

– Jak to w kontenerze, nie rozumiem – odpowiadam zaskoczony.

– To proste – od zaplecza przy każdym markecie czy sklepie stoją kontenery, gdzie wyrzuca się przeterminowaną żywność, to przeterminowanie wynosi 2 – 3 dni maksymalnie. Jedzenia tam „na tony” twierdzi mój rozmówca.

– Zobacz pan w tym śmietniku, w reklamówkach gotowe świeże kanapki – pokazuje, faktycznie są – a tutaj pomidory w nietkniętym opakowaniu, a tutaj widzi pan chleb, dotknij pan świeży czy czerstwy?

– Świeży – stwierdzam. SZOK!

– Panie ja przejechałem w lecie 2014 r. pół Europy – Hiszpania, Włochy, Austria, Szwecja za darmochę przytyłem przy tym ponad 5 kilo. Żywiłem się z kontenerów jak tutaj, a podróżowałem stopem. Tylko trzeba być schludnie ubranym. Każdy kierowca weźmie. Z kontenerów mam ponadto 3 nowiutkie garnitury i to jakiej marki, a reszta, a jakie buciki. Ciuchy były lekko np. podprute, to je naprawiłem i są jak nowe, a buty szewc mi zrobił – naprawił za darmo i dostał ode mnie za tą pracę scyzoryk dobrej marki (szwajcarski) z kontenera oczywiście.

Faktycznie mój rozmówca na zabiedzonego nie wygląda.

– Powiem panu więcej – zwierza się mój rozmówca. – Nie piję i nie palę, jestem abstynentem, nie jestem menelem czy żulem, ot proza życia.

– Co się zatem stało? – pytam z zaciekawieniem pana Romana.

– Jeden dzień zmienił moje życie – opowiada. – Byłem, jestem nauczycielem chemii, kilka lat temu żona z córką wracała od teściowej do domu, była zima, ślisko – ja leżałem chory. Powiadomiła mnie policja, że nie żyją i od tego czasu tak żyję, z pokorą żyję.

– A gdzie pan mieszka?

– Różnie – odpowiada – na pewno nie w melinach, mam pieniądze zarobione z kontenerów. Sprzedaję elektronikę – laptopy i wyrzucone na śmieci różne inne rzeczy AGD itp. mam odbiorów stałych w różnych miastach.

– Kontener to nie śmietnik. Tutaj masz – opowiada mój rozmówca – posegregowane odpadki, a jedzenie jest wieszane w siatkach lub koszach – jak w Niemczech. Wielokrotnie wyrzucana jest dobra żywność w firmowych opakowaniach z etykietami i cenami.

– Najsmaczniejsze posiłki jadłem z kontenera w Poznaniu, a był to jak pamiętam wyrzucony, oryginalnie zapakowany duży sernik z pysznymi truskawkami – pycha, zajadałem się tym cały dzień. Na Śląsku były to usmażone kluski ze skwarkami – pycha. W Austrii jadłem cudowny strudel z jabłkami.

– Ludzie pytają mnie czy jestem freeganinem czyli taką osobą, która nie kupuje pożywienia i odwraca się od konsumpcji i całego tego kupowania by żyć, bo to szacunek dla środowiska, cudzej pracy i niechęć do marnowania żywności, zważywszy iż miliard ludzi chodzi głodnych, ale ja nie jestem wegetarianem, więc nie jestem freeganinem. Słyszał pan o tym? – pyta mnie mój nieznajomy. Nie słyszałem.

Za to jak przyjadą emigranci z Syrii to dostaną mieszkania za darmo, jedzenie i jeszcze kieszonkowe a ja pracowałem ciężko dla Polski przez całe życie i jem na śmietniku. Szok Panie szok i niedowierzanie jak Polska mogła nas biednych z nie swojej winy tak poniżyć – za co pytam się za co – prawie krzyczał mój rozmówca i łży pociekły mu po policzku....

– A jutro gdzie pan będzie? – pytam nieznajomego.

Popatrzył na mnie i posmutniał i cicho odpowiedział – jutro mija rocznica śmierci mojej córki i żony, i jest to rocznica mojej śmierci.

Długo w milczeniu obserwowałem, jak mój rozmówca odchodził przygarbiony życiem, gdzieś daleko do swego nowego świata zapomnienia.

Zakończenia i podsumowania artykułu nie będzie, pozostanie pokora nad trudami i bólem życia.

Jak Dawid z Goliatem - ORP Piorun kontra pancernik Bismarck

26 maja 1941 r. rozpoczął się nierówny bój artyleryjski pomiędzy ORP ”Piorun” a pancernikiem Niemieckim „Bismarck”. Była to walka Dawida z Goliatem.

Bohaterowie wydarzeń

ORP „Piorun” to były brytyjski niszczyciel 4 listopada 1940 r,. przekazany Polskiej Marynarce Wojennej, w zamian za stratę ORP „ Grom”. Brytyjska nazwa okrętu, (HMS „Nerissa”) honorowała indyjską księżniczkę. Polska nazwa (ORP „Piorun”) wpisywała się w tradycję nadawania niszczycielom nazw, związanych ze zjawiskami atmosferycznymi. Stanowiła też nawiązanie do nazwy utraconego ORP „Grom”. „Piorun” należał do jednego z najnowocześniejszych typów brytyjskich niszczycieli. Przy długości 108,65 m szerokości 10,85 m i zanurzeniu 3,5 m uzbrojony był w 6 dział 120 mm i 1 działo 102 mm, 4 działka 40mm, 8 wkm 12,7mm,. Załoga liczyła 220 marynarzy.

Pancernik „ Bismarck” to niemiecki pancernik zwodowany, o długości 251 m, szerokości 36 m, zanurzeniu 10 m, uzbrojeniu: 8 dział 380 mm, 12 dział 150mm,16 dział 105 mm, 16 dział 37 mm, 20 dział 20 mm. Załoga liczyła 108 oficerów i 2400 marynarzy.

Spotkanie i walka

26 maja 1941 r., w odległości prawie 20 tys. Metrów, pancernik „Bismarck” zaczyna ostrzeliwać z dział 380mm ORP „ Piorun”, który natychmiast odpowiada ze wszystkich dział głównych 120 mm. Mały, polski kontrtorpedowiec zaczyna walkę z największym wówczas pancernikiem świata. Walka trwa ponad godzinę. Jedna salwa burtowa OR  „ Piorun” waży 132 kg, a Bismarcka z górą 8 tys kg.

Gdy marynarz obserwator na ORP "Piorun", mat Edward Dolecki, przed dziobem swego okrętu zobaczył sylwetkę Bismarcka, krzyknął z zaskoczeniem „Ale stodoła!” Wówczas, w kierunku Polskiego okrętu, z rykiem nadleciała  pierwsza salwa burtowa z dział 150mm" Bismarcka", wzbijać wokół "Pioruna" fontanny wody. Dowódca "Pioruna", nie namyślając się, długo krzyknął - „ Trzy salwy na cześć Polski – pal”. Druga i trzecia salwa okazały się skuteczne i pociski dział głównych Pioruna dosięgły Bismarcka.

ORP „Piorun” wykorzystując szybkość i manewrowość, a przy wykorzystaniu zasłon dymnych, unikał skutecznie ognia dział głównych 380 Bismarcka, które to w oka mgnieniu mogły go natychmiast zatopić, Słupy wody z wybuchu pocisków przewyższały maszty kontrtorpedowca - taka to była siła ognia.

Tak rozpoczyna się opowieść, którą zapamiętałem z ust bohaterów i uczestników tamtych zdarzeń, opowiedziana przez nich  samych w 1969 r., w Gdyni, w moim rodzinnym domu.

Dowodził wówczas tym bohaterskim okrętem, jak wspominali marynarze, oficerowie Marynarki Wojennej, komandor Eugeniusz Pławski, który jednak po wojnie nie zdecydował się powrócić do kraju. Pięknie o tym fakcie pisał Jerzy Pertek w swojej książce „Wielkie dni małej floty”.

Determinacja marynarzy polskich nie miała sobie równych

Dowiedziałem się wówczas rzeczy bezprecedensowej, prawie nie do uwierzenia. Jak to Komandor Pławski, dowódca ORP „Piorun”, po utracie kontaktu z Bismarckiem, szukał go ponad dwie godziny, celem wykonania AKAKU TORPEDOWEGO! Niestety bezskutecznie, głównie z uwagi na ograniczony zapas paliwa w zbiornikach polskiego kontrtorpedowca. Oficer nawigacyjny, Pioruna Michałowicz, robił wszystko, by odnaleźć w mroku i deszczu Bismarcka i naprowadzić Pioruna na atak torpedowy – determinacja w tym działaniu była ogromna. Może chodziło o pomszczenie obrońców Westerplatte czy katowanej przez Niemców Warszawy? To Piorun wówczas ścigał Bismarcka. Jednak awaria radaru na okręcie i brak widoczności oraz kurczące się zapasy paliwa przerwały ten nocny pościg.

Determinacja walki polskich marynarzy z przeciwnikiem, który przewyższał ich wielokrotnie, była nieopisana i niespotykana. „To nie było szaleństwo” jak wspominali świadkowie tych wydarzeń. To było, jak mówili „pragnienie zemsty i rewanżu za śmierć i upokorzenie narodu”.

Chwała bohaterskim marynarzom !

Odbudowujemy Armię Krajową

Armia zawodowa i NSR nie wystarczą do obrony kraju

Siły i środki Wojska Polskiego, jak twierdzą specjalisci sztuki wojskowej i wojennej, nie zatrzymają dywizji pancernych Rosji uderzających na nasz kraj z kierunku Kaliningradu i Białorusi, a może nawet od strony Ukrainy. Stosunek sił jest po wielokroć na korzyść agresora. Wielu teoretyków i strategów opracowuje już dzisiaj koncepcje obrony naszych granic.

Jedna z wielu takich koncepcji zakłada powołanie przy wykorzystaniu doświadczenia walk AK z czasów II wojny światowej Polskiej Gwardii Narodowej.

W skład tworzonych już oddziałów PGW wchodzą byli i obecni żołnierze zawodowi, policji, straży pożarnej, miejskiej którzy juz szkolą i dalej będą szkolić i organizować na terenie poszczególnych województw tzw. Ochotniczych Oddziałów Wojskowych nie mylić z NSR przygotowujących się głownie do walk i działań partyzanckich.

Organizatorzy tych oddziałów wzorują się na sprawdzonych już organizacyjnie powstawaniu takich oddziałów nazywanych inaczej  Gwardia Narodową.

Z szacunków, jakie podają media, w Polsce już dzisiaj na terenie kraju działa od 600 do 800 tys. osób zorganizowanych w różnych organizacjach paramilitarnych.

Organizują się oddziały paramilitarne na wzór partyzanckich  byłej AK.

Powstaje nowa organizacja, której patronują w komitecie honorowym nw. osoby: płk rez. prof. AON dr hab. Józef Marczak, por rez. prof. dr hab. n. wojskowych Romuald Szeremietiew.

Prezes Stowarzyszenia Obrona Narodowa pl Grzegorz Matysiak na swoim forum internetowym http://obronanarodowa.pl./  apeluje o jak najszybsze odbudowanie Armii Krajowej w ramach idei Obrony Terytorialnej RP.

Stowarzyszenie Obrona Narodowa.pl ma na celu, jak czytamy w statucie tej organizacji, przygotowanie młodzieży i obywateli RP do służby w powszechnej, ochotniczej Obronie Terytorialnej oraz rezerwowych Siłach Zbrojnych RP. Stowarzyszenie, jak czytamy dalej, prowadzi szkolenia, wykłady i ćwiczenia dla chętnych z zakresu wojskowego specjalistycznego szkolenia obrony i walki z wykorzystaniem działań partyzanckich na zapleczu wroga.

Szkolenia prowadzone są wieloetapowo teoretyczne i praktyczne w ramach działań poligonowych na wzór szkoleń wojskowych w tym jednostek specjalnych. Prowadzący te szkolenia posiadają do ich kierowania niezbędna wiedzę i umiejętności nabyte np. w czasie pełnienia zawodowej służby wojskowej w tym w jednostkach specjalnych np. Grom itp.

Itak w Planie takiego szkolenia jego pomysłodawcy i organizatorzy realizują zaplanowane szkolenia z zakresu:

- Kursu unitarnego,

- Kursu piechoty,

- Kursu walki w mieście,

- Ćwiczenie Kompani w...

- Weekend zawiadowców

 oraz wiele innych działań w tym organizowanych konferencji naukowych np. na temat "Wykorzystanie doświadczeń AK podczas akcji „Burza” w planowaniu działań nieregularnych OT". itp.

Zorganizowane na wzór wojskowy oddziały posiadają swoje barwy oraz godła, które można zobaczyć na przywołanej stronie stowarzyszenia Obrona Narodowa.pl.

Wielu internautów, jak sądzę, czytając ten artykuł uśmiechnie się z politowaniem ale to są ci, którym los Polski jest obojętny ponieważ oni swoje serce zostawili daleko w Rosji.

Dla prawdziwych patriotów Polaków, którym nie jest obojętny los swojej ojczyzny, sama taka inicjatywa, jak zorientowałem się w komentarzach internautów, podoba się, ba - nawet ją popierają.

I dobrze, że tak sie dzieje, że Polacy dostrzegają zagrozenie i się do niego w porę przygotowują, bo jak wiemy z historii, dobrze zorganizowane oddziały partyzanckie były w przyszłości w czasie II wojny światowej zwycięskie i wyzwalały one z powodzeniem regiony i kraje Europy a dzisiaj, jeżeli takowe powstają, są  poważnym elementem odstraszania potencjalnego agresora dla naszego kraju w tym glównie Rosję.

Młodzi ludzie, patrioci chętni to takiego działania niech faktycznie lepiej wykorzystują swoją energię na poligonach i ćwiczeniach ucząc się w sposób zorganizowany przy wykorzystaniu dyscypliny wojskowej form i metod walki w tym obrony swojej ojczyzny - dla pożytku nas wszystkich.

W czasie gdy jednostki pancerno - zmotoryzowane Rosji uderzają na Ukrainę a na granicy z Polską szkolą się doborowe jednostki Rosyjskie, to czas pomyśleć o obronie Polski.

Ministerstwo Obrony Narodowej, jak podają media, w tym roku planuje przeszkolenie 7 tys. rezerwistów, którzy posiadają przydziały mobilizacyjne do jednostek pierwszorzutowych i wyposażonych w nowy sprzęt wojskowy. W 2016 r. to będzie liczba 11 tys. rezerwistów. Ćwiczenia potrwają do czterech tygodni w zależności od zapoznawanego sprzętu wojskowego.

Oprócz zaplanowanych działań kierowanych przez MON z ramach Planów Strategicznych na wypadek "W" sami Polacy przejawiają szereg społecznych  inicjatyw związanych z przygotowaniem do odparcia ewentualnego agresora - tzw " zielonych ludzików" czyli jednostek specjalnych wojsk Rosji, które mogą wkroczyć z Kaliningradu na tereny przygraniczne.

Są to między innymi, jak podają media, działania :

1. W Białymstoku powoli realizuje się, jako inicjatywa społeczna, powołanie dobrowolne w ramach prywatnych przedsięwzięć za prywatne środki 5 tys. Gwardii Narodowej uzbrojonej w broń lekką i wyrzutnie rakietowe typu Stinger. Sfinansowanie tych działań planują dokonać tamtejsi biznesmeni przy wsparciu władz lokalnych. 

2. Planuje i powoli realizuje  odbudowanie wojennych struktur Armii Krajowej na bazie jej tradycji i organizacji. Armia Krajowa była jak wiadomo największą na świecie świetnie zorganizowaną i przeszkoloną i bardzo skuteczną w walce podziemną organizacją zbrojną skupiająca w swoich szeregach ludzi kompetentnych.

Działania AK były nowatorskie i przynosiły w czasie II wojny światowej zamierzony skutek w postaci choćby działań  partyzanckich. Obecnie samorzutnie w kraju powstają na wzór takich oddziałów AK oddziały młodych ludzi, którzy przechodzą wojskowe szkolenia organizowane przez byłych komandosów i żołnierzy zawodowych WP.

Planowa akcja odbudowy struktur AK odbywa się już w Stowarzyszeniach Strzeleckich takich jak np. "Strzelec" czy "Sokół". Stowarzyszenie "Obrona Narodowa" posiada w swoich szeregach już ponad 300 instruktorów przygotowująca młodzież i obywateli RP do Powszechnej Obrony Terytorialnej w Rezerwowych Siłach Zbrojnych RP w różnych formacjach mundurowych i państwowych.

Oprócz działań planowych i realizowanych przez nasze Siły Zbrojne i NATO na wypadek wojny i agresji Rosji na terytorium Polski lub innych członków paktu NATO  do odparcia ataku na polskie ziemie przygotowuje się polskie społeczeństwo, gdyż jak wiadomo historia nauczyła nas, że pokój nie trwa wiecznie.  Zakusy agresywnej Rosji są znane powszechnie i demonstrowane obecnie na terytorium wschodniej Ukrainy.

Tworzenie jak nazywają specjaliści Armii Narodowej - Ochotniczej na wzór Armii Krajowej jest rozwiązaniem dodatkowym w całym katalogu spraw obronnych naszego kraju. Tylko sprawne nowocześnie wyposażone Polskie Siły Zbrojne w sojuszu z NATO i Stanami Zjednoczonymi mogą powstrzymać Rosję od ewentualnej agresji na nasze terytorium alekażdy wariant prowadzący do organizacji obrony kraju winien, moim zdaniem, być brany pod uwagę.

Profesor Józef Marczak z Akademii Obrony Narodowej - specjalista w dziedzinie Obrony Narodowej wraz zespołem ekspertów przygotował do natychmiastowego wdrożenia koncepcję tworzenia w każdej gminie ochotniczych pododdziałów w sile kompanii - 100 osób ( w sołectwie 5-15 żołnierzy), co daje prawie 2749 kompanii w kraju na bazie których powstanie Armii Ochotniczej min 500 tysięcznej to tylko kwestia czasu. Jest to głownie lekka piechota wyposażona w karabinki krajowej produkcji i granatniki oraz lekkie wyrzutnie rakietowe wraz z karabinami ppanc. Armia ta nazywałaby się Armią Krajową lub Armią Ochotniczą WP.

Żołnierz Polski już wielokrotnie udowodnił na frontach wielu wojen, że potrafi walczyć z silniejszym przeciwnikiem w obronie swojej ojczyzny zadając agresorowi straty aż do zwycięstwa.

 

Warszawskie dzieci pójdziemy w bój.

Powstanie Warszawskie. Ileż to już na ten temat napisano, nakręcono filmów, pokazano dokumentów, ale wciąż nas fascynują opowiadania o najmłodszych, którzy walczyli o godną i wolną Polskę na barykadach Warszawy. Posłuchajcie.

https://www.youtube.com/watch?v=kXYTWUyE8WQ

Koniec lat 60 tych XX wieku był okresem nie tylko rodzącego się w kraju robotniczego buntu na tle ekonomicznym, ale i budzącej się coraz bardziej świadomości Polaków co do własnej narodowej wartości.

1 sierpnia 1969 r., jak każdego roku dla mnie był normalnym wakacyjnym dniem, gdzie po uroczystych obchodach święta 22 lipca (Narodowe Święto Odrodzenia Polski – najważniejsze polskie święto w okresie Polski Ludowej) nic się zdarzyć już nie mogło. A jednak. To co przeżyłem wówczas, na zawsze postało w moim sercu i mojej pamięci.

Spotkanie po latach

W dniu 1 sierpnia, zamiast jak zwykle w słoneczny wakacyjny dzień przebywać z kolegami na basenie w Bydgoszczy, zostałem zabrany przez mego dziadka – rotmistrza RP, oficera AK, Żołnierza Wyklętego na tajemnicze spotkanie gdzieś poza miasto.

Willa pod Bydgoszczą jakich w tej okolicy było wiele, w ogrodzie siedzący szczupli, wyprostowani (dla mnie wówczas starsi) panowie, witający się po żołniersku. Tak odbyło się kolejne spotkanie po latach tych co walczyli i przelewali krew za Polskę, którzy w czasach Polski Ludowej i dominacji ZSRR, byli szykanowani, siedzieli w ubeckich kazamatach i musieli się ukrywać niemal przez całe swoje powojenne życie. Nazywano ich także „Wilkami”.

Powstanie pozwoliło podnieść się im z kolan

Siedziałem wówczas dumny pośród tych bohaterskich żołnierzy i słuchałem z zapartym tchem opowieści, które zapamiętałem do chwili obecnej. Opowiadań o walce z znienawidzonym okupantem Niemieckim i Sowieckim, o Polsce, o tych co ginęli z opaską biało czerwoną, o tym jak Warszawa upokorzona i upodlona po 4 latach niewoli podnosiła się z kolan, jak prostowała się dumna i walcząca.

Ci co walczyli w te sierpniowe dni 1944 r,. mieli wówczas po naście lat. Były tam też dzieci i młode dziewczyny. Byli żołnierze września 1939 r., kolejarze, strażacy, tramwajarze i zwykły, warszawski lud.

Dla sponiewieranej przez Niemców ludności Warszawy, przez Gestapo, przez łapanki, Palmiry, nie miała większego znaczenia polityka tych, którzy bezpiecznie w cieniu swoich gabinetów z suto zastawionymi stołach nie bardzo wiedzieli co to jest wojna.

Młodzi bohaterowie tamtych czasów, najlepsi z najlepszych synów i córek swego narodu, bojowników i żołnierzy, powiedzieli okupantowi  1 sierpnia 1944 r. stanowcze NIE. Powiedzieli to w umęczonej i sponiewieranej, ale dumnej stolicy kraju, w Warszawie.

Wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia

Opowiadali wówczas, w tym pięknym ogrodzie, na spotkaniu po latach, ci, co walczyli na barykadach Warszawy. Opowiadali o żołnierzach AK i innych ugrupowań, mieszkańcach Warszawy, którzy ginęli w sierpniowe dni walki na barykadach tego bohaterskiego miasta. Oto opowieść o jednym z takich zwykłych, szarych, najmłodszych mieszkańców walczącej o wolność Warszawy.

„Jeżyk” inaczej Jurek – bohater tej opowieści - miał wówczas, jak sam twierdził w rozmowie z powstańcami utrzymującymi barykadę gdzieś na Powiślu - 14 lat. Myśmy uważali ze ma 12 lat -twierdzili ci, co o tej historii opowiadali. Jeżyk był synem warszawskiego kolejarza – tak opowiadał jeden z dowódców bronionego odcinka. Przygarnęliśmy go przestraszonego i głodnego, ukrywającego się w zburzonym domu. Został z nami. Dostał stary karabin z jednym nabojem, gdyż bardzo o to prosił. Nad ranem Niemcy przypuścili atak na nasze pozycje, uderzając na broniony odcinek z trzech stron i zdobyli by ten odcinek, który otworzył by im drogę do serca Warszawy - gdyby nie nagłe i niespodziewane serie z broni maszynowej na ich tyły. Tak rozpoczyna się ta niesamowita i prawdziwa historia walki i śmierci małego bohatera Powstańca Warszawy.

Niemcy wycofali się w popłochu, tracąc wielu zabitych. Wówczas ujrzeliśmy ciężko rannego „Jeżyka” z karabinem maszynowym w dłoniach, który przedarł się przez wąskie otwory w piwniczych oknach zrujnowanych wokół barykady domów i skonał po chwili na rękach naszej sanitariuszki - kontynuowali swoją opowieść.

Okazało się, że gdy oddział był zajęty walką z nacierającymi Niemcami, on, szczupły chłopiec przedarł się przez malutkie otwory okienne w piwnicach okolicznych domów na tyły atakujących Niemców i doszedł niepostrzeżenie do stanowiska niemieckiego gniazda karabinu maszynowego, którego obsługa poległa w wyniku wybuchu powstańczego granatu. Karabin obrócił w stronę atakujących Niemców, zasypując ich gradem pocisków, sam będąc rannym od kuli snajpera niemieckiego.

Gdy „Jeżyk” umierał na rękach Powstańców, ucałował zanim zasnął biało czerwoną opaskę ze znakiem Polski Walczącej. Został on pochowany z honorami wojskowymi gdzieś na placu między zrujnowanymi budynkami a na grobie  i na wbitym drewnianym krzyżu powstańcy wyryli napis "Jeżyk - żołnierz bohaterskiej Warszawy, żył lat 14".

Wówczas przerwali opowieść i wstali z miejsc - ci oficerowie II RP, bohaterscy obrońcy Polski, bohaterowie spod Krojant, Bzury walk o Monte Cassino, w milczeniu tak stali przez chwilę, a jeden z nich powiedział „Chwała najmłodszym bohaterom obrońcom Polski” . I wówczas temu bohaterowi, rotmistrzowi kawalerii, odznaczonemu za wybitne bohaterstwo na polu walki, kawalerowi orderu Virtuti Militari, łza pociekła po policzku.

Po cóż spierać się, czy Powstanie Warszawskie politycznie miało rację istnienia – to nie ma żadnego znaczenia, gdyż było one wyrazem woli narodu i czynów takich bohaterskich, młodych bojowników Polski, jak żołnierz o pseudonimie „Jeżyk”.

Pamiętajcie o tym na zawsze.

Wieczna chwała tym bohaterom!

 

Zdradzeni, walczyli do końca, ginęli za Polskę.

Godzina „W”

W sierpniu 2016 będziemy jak co roku uroczyście obchodzić kolejną rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego i jej rozpoczęcie, czyli godzinę „W”. Był to zwykły, a jednak niezwykły dzień  - 1 sierpnia 1944 roku w Warszawie. W ten dzień o 17.00 2015 r. zatrzymajmy się tam, gdzie będziemy, by w sygnale syren na minutę oddać cześć tym co wówczas ginęli za Polskę.

Polsko, umieram dla ciebie

Umierali Powstańcy Warszawscy w  te słoneczne sierpniowe dni 1944 r. na barykadach umęczonej bohaterskiej Warszawy z karabinem w rękach, umierali pod ścianami straceń od kul okupanta także zwykli mieszkańcy Warszawy, umierały dzieci, żołnierze, kobiety umierali za wolność - za chwilę utęsknionej wolności.

Ginęli za Polskę i nie myśleli  wówczas o „wielkiej polityce” o tym co zrobi Stalin a co sprzymierzeni. Walczyli, bo mieli już dość poniżania, łapanek, tortur, mieli dość Gestapo i Palmir. Polacy to dumny naród dumny i wówczas 1 sierpnia 1944 roku o godzinie 17.00 ten naród pokazał na co jest go stać i powstał z kolan.

Warszawa walczy, Warszawa jest wolna ! Takie były początki

Przypomnę, iż już 25 lipca 1944 r. Komenda Główna Armii Krajowej wydała rozkaz gotowości do powstania i zaczęła zabiegać o wsparcie akcji zbrojnej przez wojska alianckie. Brytyjczycy odrzucili tę prośbę motywując iż „Warszawa znajduje się w sowieckiej strefie okupacyjnej”

Gdy pod koniec lipca 1944 r. sowieckie czołgi dotarły na obrzeża Warszawskiej Prag,i podjęto decyzję o wybuchu Powstania Warszawskiego określając na dzień 1 sierpnia 1944 r. na godzinę 17.00.

50 tysięcy słabo uzbrojonych powstańców dysponujących zaledwie 6 tys. sztuk broni palnej z amunicją na 3 dni walki stanęło naprzeciw Niemieckiej potęgi.

Uderzyli Powstańcy na znienawidzonego wroga z furią i siłą znaną tylko Polakom, uderzyli i wygrywali w pierwsze dni heroicznej walki. Komendant Powstania generał Chruściel (Monter) był dumny ze swoich żołnierzy z mieszkańców stolicy, którzy wspierali walczących Powstańców oraz wspierających ich mieszkańców stolicy. Prawie wszędzie w pierwszych dniach powstania w mieście powiewały biało czerwone flagi. Czuło się wolność i zwycięstwo. Panowała radość i duma. Warszawa wstała z kolan.

Od 3 sierpnia 1944 r. bezskutecznie premier rządu RP na uchodźstwie zabiegał o pomoc dla powstańców u samego Stalina - ten nie reagował na  te prośby. Ten kat Polski i Polaków, morderca z Katynia, zaprzysiągł zemstę dla Polskiego narodu za lanie jakie dostał pod murami Warszawy w latach 20 tych XX wieku.

Polscy lotnicy i ochotnicy od dnia 4 sierpnia 1944 r. startują z lotnisk sprzymierzonych lecąc przez całą Europę by zrzucać zaopatrzenie dla walczącej stolicy.

Zdradzeni walczyli samotnie i umierali godnie

Zdradzeni przez polityczne cele, którym zależało bardziej, by Stalin jak najszybciej zdobył Berlin niż udzielił pomocy Powstańcom, walczyli i ginęli samotnie Bohaterscy Powstańcy Warszawy.

Walczyli z determinacją, znaną tylko żołnierzowi Polskiemu, we krwi mieli geny przodków spod Grunwaldu, atakującą husarię, walki powstańcze o narodowe wyzwolenie spod zaborów, Obronę Warszawy przed nawałą bolszewicką. Walczyli z determinacją, nie znaną nikomu i nigdzie. Do legend przeszły ataki z butelkami benzyny na czołgi z „gołymi rękami” na Niemców by zdobyć broń i walczyć. Walczył i ginął lud stolicy . Nieprzyjaciel początkowo zaskoczony determinacją przejął jednak strategiczną inicjatywę posiadając w swoich zasobach lotnictwo, broń pancerną, artylerię. Mordując dla zastraszenia masowo niewinną ludność Ochoty, Woli czy Śródmieścia.

Stojące po drugiej stronie Wisły Polskie oddziały wbrew zaleceniom z Moskwy chcąc pomóc swoim rodakom i ludności Warszawy przedarły się przez Wisłę do walczącej stolicy dokonały tego głównie pododdziały 3 DP 1 Armii WP  i ginęły z Powstańcami.

Za ten czyn pomocy dla powstańców 30 września 1944 r. Stalin osobiście podpisał rozkaz zdymisjonowania Berlinga, a w dniu 4 października 1944 r. gen. Z. Berling został zdjęty ze stanowiska dowódcy 1 armii WP.

13 sierpnia 1944 roku Stalin i władze ZSRR potępiły Powstanie Warszawskie i odmówiły lotów zaopatrzeniowych samolotów brytyjskich i amerykańskich z zaopatrzeniem dla Warszawy, odmówiły one także samolotom alianckim lądowania na swoich lotniskach.

Powstańcy walcząc samotnie zabili 10 tys. Niemców, 9 tys raniąc. W walkach ginie 10 tys. Powstańców, 5 tys. zostaje rannych. Do niewoli dostaje się około 16 tys. żołnierzy Powstania. Zginęło od 15- -200 tys. cywilnej ludności Warszawy.

63 Dni Chwały

Dla patriotów Polskich dnia tej walki zawsze były 63 Dniami Chwały gdzie wykuwały się na barykadach Warszawy początki walki o Polskę niezależną i wolną.

To tam, według patriotów, budziła się na nowo chęć dalszej walki o pełne wyzwolenie kraju, pragnęli zerwać do końca okowy zniewolenia Niemieckiego i Sowieckiego.  Żołnierze AK, którzy podjęli tę walkę po zakończeniu Powstania Warszawskiego później nazwani „Wyklętymi” czy „Wilkami” stali się współczesnymi bohaterami swojej ojczyzny. Bohaterami takimi jak Pilecki, Inka i wielu innych bohaterami z warszawskich barykad i walk z sowiecką niewolą.

Dla innych, dla których socjalizm czy komunizm był zawsze drogą ich życia, to są także i „Resortowe Dzieci” Powstanie Warszawskie było, jak powtarzają za Stalinem, „Niepotrzebną daniną krwi ,źle zorganizowanym i nieprzemyślanym zrywem nikomu niepotrzebnym”

Życie zweryfikowało kto miał rację w ocenach Powstania Warszawskiego. Zweryfikowała to także Polska patriotyczna młodzież, która głośno i wyraźnie zaczyna decydować o swoim domu o Polsce o czym można przekonać się czytając portale internetowe. To Powstańcy Warszawy, Żołnierze Niezłomni – Wyklęci, według nich walczyli i umierali na biało czerwonych sztandarach za WOLNĄ POLSKĘ. To oni zostali bohaterami swego narodu, bohaterami młodego pokolenia Polaków. Nic nie zmieni już ich postaw, nawet narzekania tych, co tak pokochali PRL i ZSRR.

Wieczna chwała bohaterom - Powstańcom Warszawy !

 

Rosja ograbiła Polskę na 54 miliardy dolarów - poznaj tę prawdę.

Tysiące sztuk bydła, maszyny z urządzeniami przemysłowymi, setki składów kolejowych pędzących w głąb ZSRR. Taki obrazek był widokiem codziennym w 1945 r – 1950 r. Przeczytajcie jak nas ograbiono.

Wszelkie zdobycze wojenne to własność ZSRR

10 stycznia 1945 r. Rada Komisarzy Ludowych ZSRR wydała rozporządzenie, na mocy którego prawnie sankcjonowano grabież na niespotykaną skalę majątku stanowiącego tzw. zdobycz wojenną. Na realizację grabieży nie trzeba było długo czekać.

Gregorij Żukow meldował Stalinowi w 1945r. o zdobyciu przez Armię Czerwoną kompletnie wyposażonych fabryk znajdujących się w takich miejscowościach jak : Łódź, Bydgoszcz, Radom, Gliwice i wielu innych miejscowościach, wyzwalanych przez Armię Czerwoną, ale także i Wojsko Polskie.

Stalin wówczas nakazał demontowanie wszelkich urządzeń przemysłowych, znajdujących się w fabrykach i zakładach na terenie wyzwalanej Polski, powołując do tego celu, na wniosek Żukowa, Komitet Specjalny.

Decyzja Stalina skutkowała tym, że żołnierze rosyjscy zachowywali się na terenie Polski jak na podbitym terytorium grabiąc i rabując po drodze wszystko, co tylko stanowiło jakąkolwiek wartość.

Grabiono skutecznie i to prawie do zera majątki ziemskie, dwory, magazyny, sklepy, maszyny rolnicze, artykuły spożywcze, paliwo, paszę, bydło i inne przedmioty ,które udało się ukraść. Opornych Polaków broniących swego mienia po prostu zabijano lub aresztowano i wysyłano setkami na Sybir.

Ponieważ grabieże rozwijały się bardzo szybko na niespotykaną dotąd skalę dlatego też celem  ich planowego działania Sowieci powołali tzw. bataliony robocze liczące około 50 osób, które tworzyły np. poganiaczy bydła czy mobilne transporty do wywozu zrabowanego z terenu Polski mienia. Powołano łącznie 500 takich batalionów.

Jak Armia Czerwona wyzwalała Polski węgiel

Teren Górnego Śląska wybitnie przypadł do gustu złodziejom i szabrownikom Armii Czerwonej. Tylko pomiędzy 1 kwietniem a 1 czerwcem 1945 r., jak podają źródła, wywieziono w głąb Rosji 975 tys. ton ukradzionego węgla, który wówczas był surowcem na wskroś strategicznym. Po 1 czerwca 1945 r. pod nadzorem radzieckim codziennie wywożono do Rosji węgiel łącznie wywieziono go w ilości 26 tys. ton. Polskie rodziny głodne przymierały wówczas z zimna i braku opału.

Szybko i planowo zdemontowano hutę w Gliwicach gdzie wywieziono urządzenia walcowni rur. Demontowano skrupulatnie wyposażenie Polskich elektrowni głównie w Miechowicach, Zabrzu, Zdziszowicach, Mikulczycach, Blachowni Śląskiej i Chełmsku Śląskim. W domach polskich oczywiście z tego powodu zabrakło prądu.

Nie oszczędzono wyposażenia zakładów i fabryk w Dąbrowie Górniczej,, Chorzowie, Siemianowicach, Poznaniu, Bydgoszczy, Grudziądzu, Toruniu, Oświęcimiu i wielu innych Polskich miastach gdzie tylko weszła  Armia Czerwona wyzwolicieli i grabieżców oraz złodziei.

Łupiono Polskie miasta

W samej tylko Bydgoszczy, jak podaje prasa, wywieziono wyposażenie 30 dużych zakładów przemysłowych oraz 250 jednostek pływających zagarniętych z Kanału Bydgoskiego.

W Toruniu na 46 wagonów kolejowych załadowano wyposażenie młynów w wyniku czego w mieście zabrakło chleba. Ukradziono nawet śmieciarki z miejskich zakładów oczyszczania miasta.

Szczególne znaczenie Sowieci przywiązywali do kradzieży wyposażenia zakładów paliw syntetycznych. Do ZSRR wyjechało z terenu Polski prawie 10 tys. wagonów wyładowanych takimi urządzeniami. Z samych tylko Polic z usytuowanych tam zakładów Rosjanie zrabowali ich wyposażenie i załadowali je na 14 tys. wagonów wywożąc w głąb Rosji.

Nie oszczędzono nawet Polskich kolei

Rozbierano i wywożono stacje transformatorowe, parowozownie, wagonownie, brali wszystko co stanowiło jakakolwiek wartość jak np. zakłady naprawcze , warsztaty. Wywieziono 5500 km linii kolejowych dla porównania w Polsce w 2010 r. długość linii kolejowych wynosiła 22046 km.

Rolnictwo zostało złupione doszczętnie

Wyzwoliciele spod znaku sierpa i młota szczególnie upodobali sobie jednak Polskie rolnictwo, które łupiono bez opamiętania. Tylko do 1 września 1945 r., jak podają źródła, zarekwirowano i wywieziono do Rosji 506 tys. sztuk bydła,114 tys. sztuk owiec, 206 tys. sztuk koni.

Wywieziono ponad 72 tys. ton cukru, 14 tys. ton zboża i to tylko z powiatu toruńskiego, 20 tys.ton ziemniaków, 100 tys. ton słoniny, 25 tys. ton mięsa.

Wyzwoliciele kradli ubrania, buty, radia, zegarki, rowery, zestawy stołowe a nawet gwoździe. Tych, którzy bronili swego mienia zabijano lub zsyłano na Sybir.

Czerwonoarmiści kradli także poza planowo np. w październiku 1945 r. pijani żołnierze radzieccy rabowali stragany odbywającego się targu. Gdy chłopi stawiali opór zostali zaatakowani granatami i seriami z broni maszynowej – takie przypadki zdarzały się nagminnie. Polskich żołnierzy tzw Kościuszkowców, którzy stawali w obronie łupionych chłopów rozstrzeliwano  na miejscu lub degradowano i wsadzano do więzienia na wiele lat.

Tylko w 1948 r. z terenów Polski, sowieci wywieźli do Rosji 239 tys. wagonów zrabowanych rzeczy.

Na jaką kwotę okradli Polskę Sowieci

W 1946 r. była to już kwota 667 mln. dolarów, szkody powstałe z tytułu wandalizmu żołnierzy Rosyjskich w czasie dokonywania rabunków wyniosły ponad 292.5 mln. dolarów co łącznie w przeliczeniu na dzisiejszą wartość, jak podają dostępne źródła, daje nam niebagatelną kwotę ponad 54 miliardy dolarów nie licząc odsetek.

Nic dziwnego, iż po „takim wyzwoleniu” w Polsce po 1945 r. zagościł głód a przemysł potrzebował ponad 50 lat by odzyskać to co wyzwoliciele ukradli. Znane były powszechne przypadki umierania głodową śmiercią głównie sierot i małych dzieci, gdyż żywność ukradli Rosjanie.

Paradoksem niech będzie fakt, że właśnie tę zrabowaną z Polski żywność Rosja nam wysyłała jako ich pomoc dla odbudowy naszego kraju. Podobnie było w przypadku maszyn i urządzeń do fabryk i zakładów - oczywistsze za taką pomoc co musieliśmy „wyzwolicielom” słono płacić – ale to już temat na inny artykuł.

 

Źródło :

1. Małgorzata Barwicka – Łupy wojenne, Polska Zbrojna 27 czerwiec 2014,

2. bogdan Musiał - Wojna Stalina. 1939-1945, Terror, grabież, demontaże Wydawnictwo Zysk 2012,

3.Krzysztof Błażejewski – Największy rabunek w dziejach Pomorza i Kujaw,Express Bydgoski 17 czerwca 2005,

4. Joanna Leszczyńska – Znienawidzona Armia Czerwona w Łodzi,dziennik Łódzki, 26 luty 2012.

 

Katyń - ucieczki z piekła.

Katyń przeklęte miejsce zbrodni na polskim narodzie. W tym miejscu w 1940 r. zbrodniarze i mordercy sowieccy spod znaku NKWD z zimną krwią na rozkaz zbrodniarza wszech czasów Józefa Stalina strzałem w tył głowy wymordowali kwiat polskiej inteligencji.

Krótkie przypomnienie zbrodni Katyńskiej

Na temat Katyńskiej zbrodni napisano tomy dokumentów, nakręcono filmy IPN cały czas zajmuje się tą zbrodnią ludobójstwa na Polakach.

Zbrodnia katyńska, jak podają dostępne źródła, kwalifikowana jest jako zbrodnia komunistyczna, gdzie rozstrzelano wiosną 1940 roku co najmniej 21 768 obywateli Polski w tym ponad 10 tys. oficerów wojska i policji, na mocy decyzji najwyższych władz Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich zawartej w tajnej uchwale z 5 marca 1940 roku (tzw. decyzja katyńska). Egzekucji ofiar, uznanych za „wrogów władzy sowieckiej” i zabijanych strzałami w tył głowy dokonała radziecka policja polityczna NKWD. W latach 1940–1990 władze ZSRR zaprzeczały swojej odpowiedzialności za zbrodnię katyńską, lecz 13 kwietnia 1990 roku oficjalnie przyznały, że była to „jedna z ciężkich zbrodni stalinizmu”. Wiele kwestii związanych ze zbrodnią katyńską nie zostało jak dotąd wyjaśniony.

 

Czy wszyscy więźniowie z Katynia zostali zamordowani?

Z dostępnych materiałów IPN wynika, że nie wszyscy więźniowie w Katyniu skazani przez oprawców sowieckich na zabójstwo zostali rozstrzelani. Kilku uciekło z tego piekła. Oto krótkie przypomnienie ich historii ucieczki.

 

Niewiarygodne, lecz prawdziwe historie ucieczek z sowieckich katowni

Podchorąży rezerwy artylerii Wojska Polskiego, Stefan Czarnecki znalazł się w transporcie jeńców w kwietniu 1940 r. Wraz z innymi oficerami, trafił do katyńskiego lasu. W czasie, gdy był prowadzony przez wartowników sowieckich na miejsce rozstrzeliwania, wraz z innymi usłyszał odgłos wystrzałów pistoletowych. Wówczas to zorientował się, iż jeńcy zostają pozbawiani życia. Ktoś rzucił hasło „ uciekamy!”. Wówczas prowadzeni ku śmierci, rzucili się w panicznej ucieczce do otaczającego ich lasu. Padły za nimi strzały wartowników. Kilkunastu uciekinierów zginęło od tych kul. Podchorążego zasłoniły nierówności, na które upadł, potykając się. Wówczas kule oprawców ominęły jego ciało. Szybko wdrapał się na wysokie drzewo, gdzie zasłaniały go liście. Tam, w jego gałęziach, przeczekał do zmroku.

W nocy, udało dostać mu się do Grodna, stamtąd do Warszawy. Tę niesamowitą historie swojej ucieczki od niechybnej śmierci, opowiedział w latach 50-tych XX wieku byłemu szefowi harcerskiej organizacji konspiracyjnej.

 

Rotmistrz Eugeniusz Komorowski w 1920 r. był dowódcą szwadronu w 4. Pułku Strzelców Konnych. W 1939 r., już w stanie spoczynku, według dostępnych dokumentów katyńskich, był związany z 10. Pułkiem Strzelców Konnych.

28 kwietnia 1940 r. znalazł się w transporcie 161 osób z Kozielska. Wskutek deszczów, droga z obozu na stację kolejową okazała się nieprzejezdna i kolumna Polaków pokonywała ją pieszo. Gdy jeden z oficerów odmówił dalszego marszu, powstało zamieszanie, a sowiecka eskorta zaczęła strzelać. Komorowski, ranny, stracił przytomność. Odzyskał ją dopiero w wagonie kolejowym, leżąc wśród nieżywych kolegów. Uznany przez Rosjan za zabitego, przez szpary wagonu śledził odjazdy autobusów wiozących Polaków na śmierć. Potem został załadowany na ciężarówkę wraz z innymi ciałami. Spod przymkniętych powiek obserwował ogromną zbiorową mogiłę wypełnioną ciałami kolegów. Widział kolejne egzekucje. Prowadzono ich po sześciu, z rękami związanymi do tyłu i z płaszczami naciągniętymi na głowy. Strzelało tylko dwóch enkawudzistów. Nie zginął. został tylko postrzelony i uznany jako zmarły. Został zrzucony do dołu. Po kilku godzinach wyczołgał się do lasu, wcisnął swój portfel między zabitych. Miał niedowład ręki i ranę w biodrze. A jednak zdołał po tygodniach tułaczki dotrzeć do Grodna, a po wielu miesiącach znalazł się w Rumunii, a potem we Francji i Szwajcarii. Miał wówczas 44 lata. Zmienił nazwisko, by zatrzeć wszelkie ślady po tym, co wiedział.

 

Według relacji Stanisława Stachowskiego w czasie dyskusji nad zbrodnią Katyńską, jeden z jej uczestników, przedstawiając się jako major Okuszko, opowiedział historię swojej ucieczki z Katynia. Według jego relacji, w 1939r. trafił on jako jeniec wojenny do Obozu w Kozielsku, skąd w kwietniu 1940 r. został załadowany do transportu, jak wynikało z informacji eskorty - powrotu do domu. Jednak z napisów na ścianach wagonów, gdzie ich wieziono, wynikało zgoła coś innego, a zatem, iż zostają wiezieni i rozładowywani do małej stacyjki w nieznanym kierunku.

W nocy, niektórzy z jeńców postanawiają dokonać ucieczki. W czasie jazdy pociągiem demontują oni podłogę wagonu, przez którą uciekają. Ratuje się dwóch pierwszych uciekinierów, reszta zostaje zabita przez sowieckich konwojentów. Wyznanie takich prawd w czasach PRL-u było jak wyrok śmierci, stąd relacje o tych ucieczkach tak naprawdę nigdy nie zostały w pełni potwierdzone ani udokumentowane.

Nie ma takiego miejsca na świecie, takiego więzienia, obozu czy łagru, skąd by ludzie nie uciekali. Uciekali z Pawiaka, uciekali z Oświęcimia. Historycy mogą przytoczyć setki przykładów. A jednak ci sami historycy nie potrafią przytoczyć przykładu choćby jednej ucieczki z Katynia. Choć od ponad 60 lat uporczywie poszukuje się bezpośrednich świadków zbrodni, nigdy przed trybunałem świata, szukającego sprawiedliwości, nie stanął człowiek, który zdołał uciec z Katynia.

"Umieram ale zachowałam się jak trzeba" - Inka

Dlaczego tak zaciekawiła mnie książka o 18-letniej sanitariuszce Ince ?

Pierwszy raz o bohaterskiej młodej i pięknej dziewczyne o pseudonimie Inka, która została zamordowana przez UB w Gdańsku tylko dlatego, że kochała Polskę - opowiadał mi mój dziadek, kawalerzysta oficer II RP bohater walk pod Krojantami i Bzurą, gdy byłem jeszcze bardzo młodym człowiekeim.

Książkę autorstwa Piotra Szubarczyka pt. "Inka. Zachowałam się jak trzeba" (w twardej lakierowanej oprawie z dołączoną płytą CD wydanej w 2013 r. koszt pozycji 39.90 zł) zakupiłem kilka miesięcy temu. 60 stronicowy zbiór fotografii i dokumentów z krótkimi opisami 4 szwadronu 5 Wileńskiej Brygady AK i sanitariuszki o pseudonimie Inka ukazuje życie i śmierć głównej bohaterki.

Recenzja nie tylko samej książki

Opowieść o Danucie Siedzikównie ps. Inka, młodej sanitariuszce, która ratowała życie zarówno żołnierzom wyklętym jak i żołnierzom KBW to książka, która niewątpliwie wstrząsa nie tylko ludzkim sumieniem, ta książka wręcz krzyczy o bohaterstwie prostej dziewczyny, która nie dożyła 18 lat. Ginie ona zamordowana od kul komunistycznych oprawców z okrzykiem: Niech żyje Polska!

Torturowana, upodlona i szykowana przez swoich oprawców mieniących się Polakami nie zdradziła swoich towarzyszy walki o wolną Polskę. Osądzona zbyt szybko i zbyt pospiesznie nie dożyła 18 lat. Ta opowieść nie tylko porusza serce czytelnika, ale pokazuje prawdziwe bohaterstwo walki o wolną ojczyznę.

Czytamy w tej książce jak młoda Danuta Siedzikówna składa w 1943 r. przysięgę wojskową, później odbywa szkolenie sanitarne. W 1944 r. po wkroczeniu Armii Czerwonej pracuje w nadleśnictwie Hajnówka, aresztowana w 1945 r. przez NKWD i UB za współpracę z podziemiem antykomunistycznym zostaje uwolniona z konwoju przez patrol wileńskiej AK ze zgrupowania mjr. Łupaszki. Do lipca 1945 r. służyła w tym szwadronie jako łączniczka i sanitariuszka. Aresztowana w Gdańsku w czerwcu 1946 r. przez UB, osadzona w katowni w Gdańsku.

Kim była bohaterka tej powieści? To była, jak o niej opowiadali sami jej oprawcy, cicha, drobna, spokojna dziewczyna jakich wiele, mająca zapewne pragnienia i marzenia. Zostaje skazana na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Garnizonowy w Gdańsku w dniu 3 sierpnia 1946 r. za  sfabrykowane  przez UB dowody, iż jakoby nakłaniała do zabicia przez żołnierzy szwadronu "żelazny" funkcjonariuszy UB pod Sztumem.

Danka Siedzikówna Inka o prawie dziecięcym wyglądzie, piękna dziewczyna, w słoneczny poranek 28 sierpnia 1946 r. (za sześć dni miała skończyć 18 lat) ma zostać rozstrzelana. Ileż wtedy miała pragnień, marzeń i życia przed sobą. Uczepiła się tych swoich przyszłych 18 lat pragnąc bardzo żyć dalej, by spełnić chocby marzenia zobaczenia Warszawy.

O czym ta bohaterska dziewczyna myślała przed śmiercią tego w książce nie doczytamy, o czym marzyła, czego pragnęła i co by ją czekało, a czego nie będzie – pewno tak myślała wówczas stojąc przed swoimi oprawcami.

Może młoda Inka, jak każde dziecko tęskniła za matką zamordowaną przez Niemców i pochowaną gdzieś pod lasem pod Białymstokiem, a może tęskniła za ojcem leżącym w żołnierskiej mogile daleko od ojczyzny w Teheranie. Może pomyślała też, że już nigdy nie zobaczy Warszawy i nie pojedzie tam z ojcem i matką.

Jest godzina 6.15, sala egzekucyjna wypełniona ludźmi, a może nie ludźmi a bandytami komunistycznymi w osobach prokuratora Suchockiego, lekarza i funkcjonariuszy UB żądnych krwi. Prokurator kończy czytać uzasadnienie wyroku śmierci, pada komenda "Do zdrajców narodu polskiego ognia!" Inka krzyczy: "Niech żyje Polska" strzały z dziesięciu sowieckich pepesz nie trafiają w Inkę, ci chłopcy z KBW nie mogli przecież tego zrobić, byli zbyt młodzi, może czuli, że Inka jest niewinna, a ten wyrok to zbrodnia. Była zbyt piękna i zbyt czysta, jak na te brudne czasy.

Inka ogłuszona strzałami, ale żywa pełna nadziei na uratowanie cudem życia zostaje dobita przez ubeckiego funkcjonariusza - podporucznika Franciszka Sawickiego z pistoletu strzałem w głowę. Ten kat zastrzelił Inkę z własnej inicjatywy, był to człowiek z tzw. awansu społecznego, oficerem został dzięki NKWD i KBW. W momencie oddania strzału krzyczał: "Nie chciała gadzina zdechnąć trzeba ją dobić".

W pożegnalnym grypsie, przemyconym poza katownię, ta młoda dziewczyna, bohaterka swoich i naszych czasów pisze tak: "że jest jej przykro iż musi umierać, ale pragnie powiedzieć swojej babci, że zachowała się jak trzeba".

Podsumowania z recenzji tej ksiązki nie będzie, ale będzie minuta ciszy i ''Chwała bohaterom"!

Czy wiecie, że plutonowy Edmund Roman Orlik jest największym asem broni pancernej w Rzeczypospolitej

O asach broni pancerni II WŚ słyszeli niemal wszyscy, a czy wiecie, że niekwestionowanym asem broni pancernej II RP był polski architekt, plutonowy podchorąży rezerwy broni pancernych Wojska Polskiego Roman Orlik.

Historia państw i wojen posiada swoich niekwestionowanych narodowych bohaterów. W czasie II wojny światowej, w dobie szybkiego rozwoju sztuki wojennej i techniki wojskowej, rozwijała się broń pancerna. Broń ta została użyta na masową skalę już w czasie agresji Niemieckiej na Polskę w 1939 r.

W bojach  kampanii wrześniowej spotykały się przestarzałe i słabo uzbrojone pojazdy opancerzone, tankietki i polskie czołgi z lepiej uzbrojonymi i potężniej opancerzonymi czołgami niemieckimi. Ale czy Polacy przegrywali  te pancerne pojedynki? Czy mieli swoich pancernych bohaterów. A co na to sami Niemcy.

Nie tylko armia niemiecka, rosyjska czy amerykańska posiadała czasie II wojny światowej swoich asów i bohaterów narodowych broni pancernej np. hauptsturmführer Michael Wittmann  to niekwestionowany niemiecki as broni pancernej, postrach aliantów. Armia polska i Polacy szczycą się także swoim bohaterem pancerniakiem, którego panicznie bali się Niemcy w 1939 r. Tym żołnierzem był Plutonowy Edmund Roman Orlik. Oto jego historia.

Wrzesień 1939 r.

Mało znany as Polskiej broni pancernej z 1939 r. to plutonowy podchorąży rezerwy broni pancernej WP Edmund Orlik, zmarły w 1982 r. Ten utalentowany architekt-pancerniak pochodził z Rogożna, po maturze w 1937 r w Modlinie ukończył przeszkolenie w Centrum Broni Pancernych. Zmobilizowany w 1939 r. walczył w kampanii wrześniowej w szwadronie 71. Dywizjonu Pancernego Wielkopolskiej Brygady Kawalerii dowodząc polską słabo uzbrojoną tankietką TKS.

14 września 1939 r. pod Bełchatowem w okolicach Bzury wspierając swoją tankietką typu TKS uzbrojoną w działko 20 mm ogniem natarcie 7. Pułku Strzelców Konnych niszczy w walce bezpośredniej 3 czołgi Niemieckie typu PzKpfw z 4. Dywizji Pancernej.

18 września 1939 r. w czasie Polskiego natarcia pod Pociechą w Puszczy Kampinoskiej plut. Orlik atakuje zaciekle czołgi Niemieckie osłaniając Grupę Operacyjną Polskiej Kawalerii generała Abrahama. Ostrzałem z zasadzki niszczy 2 lepiej uzbrojone i potężniejsze niemieckie czołgi  PzKpfw. W wyniku jego działania ginie Niemiecki dowódca plutonu czołgów Wiktor III Albreht von Ratibor - książę raciborski.

19 września 1939 r. bierze udział w boju o Sieraków osłaniając atakujących kawalerzystów Wielkopolskiej Brygady Kawalerii. W tym czasie siły niemieckie przeprowadziły silny kontratak na polskie stanowiska bojowe przy osłonie kilkudziesięciu swoich czołgów z 11. pułku pancernego Panzer-Regiment i 65. batalionu pancernego Panzer - Abteilung przy wsparciu artylerii. Czołg TKS dowodzony przez plut. Orlika w bezpośrednim boju spotkaniowym z niemieckimi czołgami szarżując w ich rozwiniętą kolumnę niszczy w starciu bezpośrednim 7 niemieckich o wiele  lepiej uzbrojonych i opancerzonych czołgów. Łącznie żołnierze polscy w tej zaciekłej walce zniszczyli 20 czołgów niemieckich.

Po tej bitwie plutonowy Orlik doprowadza swój czołg do Warszawy, gdzie bierze czynny udział w obronie stolicy. Za tę bohaterską walkę zostaje odznaczony Krzyżem Walecznych.

Dalsze losy bohatera

 Po zakończeniu wojny kontynuuje przerwane we wrześniu 1939 r. studia kończąc architekturę na Politechnice Wrocławskiej i zamieszkuje w Opolu. W 1982 r., w wyniku wypadku ponosi śmierć.

O losach tego tam mało znanego pancerniaka - bohatera, opowiedział mi jeden z moich znajomych, którego krewny walczył wraz z plut. Orlikiem w kampanii wrześniowej.

Kontynuując cykl artykułów poświęconych polskim bohaterom narodowym pragnę pokazać w nich męstwo polskiego żołnierza, tego z września 1939 r. i tego wyklętego w walce z okupantem. Wiele państw i narodów szczyci się swoimi bohaterami narodowymi tak jest w przypadku Niemiec, Rosji, Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii.

Idąc tym tropem powtarzam po naszym narodowym wieszczu "Niechaj narodowe wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi iż"... swoich bohaterów także mają.

Wyklęci czy niezłomni? A może jedno i drugie?

W dniu 01.03.2016 r., w wielu miastach w kraju, odbędą się uroczystości państwowe związane z obchodami Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, ustanowionego przez Sejm RP w 2011 w hołdzie żołnierzom walczącym w obronie niepodległej i demokratycznej Polski.

Internauci na różnych portalach internetowych, toczą w ostatnim okresie czasu, ożywioną dyskusję na temat samego określenia „Żołnierze wyklęci”. Głównie chodzi o drugi człon tego określenia.

Wiele osób zastanawia się nad potrzebą przemianowania określenia użytego, co prawda przez Sejm RP, „Żołnierzy Wyklętych” na „Żołnierzy Niezłomnych” lub „Bohaterów Niezłomnych” a najlepiej w połączeniu tych dwóch określeń jako „Żołnierze Wyklęci - Bohaterowie Niezłomni” Określenie Bohaterowie Niezłomni, w opinii wielu internautów oraz mediów, jest bardziej adekwatne w stosunku do tych polskich żołnierzy.
W moim przekonaniu tak często używane słowo "wyklęci" może w różnych rejonach świata zostać bardzo różnie rozumiane. Trudno wymagać od innych dokładnej znajomości naszej bardzo złożonej historii.

Wielu ludzi, jak pokazuje życie, nie tylko Polaków, do końca nie rozumie naszej polskiej trudnej i złożonej historii. Gdy słuchacz czy czytelnik usłyszy lub przeczyta w mediach, że Polacy czczą w dniu 1 marca, każdego roku „Żołnierzy Wyklętych”, zastanowi się i pomyśli, co oznacza sam wyraz „wyklęty”. Z uwagi na użyty taki, a nie inny wyraz, w ich skojarzeniach może pojawić się sprzeczność i pytanie, dlaczego Polacy w sposób uroczysty obchodzą Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych? Dlaczego zostali oni wyklęci  i za co? Co było tego powodem itp. Czy te  zdarzenia mają charakter  religijny, czy militarny? Pytań tego typu jest i będzie w dalszym ciągu wiele. Zapewne część ze słuchaczy lub czytelników odpowiedzi poszuka w samym internecie albo zapyta znajomych, przez kogo oni zostali wyklęci. Pozostała część pozostanie jednak nieświadoma, co do właściwego znaczenia tego słowa.

Oczywiście, w moim przekonaniu, każdy młody oraz dorosły człowiek, powinien we własnym zakresie zdobywać wiedzę głównie dotyczącą własnego narodu i jego historii za pośrednictwem rodziców i szkoły oraz samokształcenia. Jak jednak wiemy, w tym względzie życie płata zgoła inne scenariusze.

Patriotyzm w naszych czasach, głównie w kręgach ludzi młodych, jak wiemy jest bardzo zdewaluowany i już nie kojarzy się z czynami bohaterskimi, walką o wyzwolenie narodowe, budowaniem  zrębów demokracji oraz silnej gospodarki. Jak wiemy, nie na wszystkich kierunkach polskich uczelni wyższych, studenci poznają historię własnego narodu. Nie występuje ona np. na farmacji, medycynie, biologii czy na studiach inżynierskich, lub  np. chemii.

Wystarczy zadać pytanie studentom wspomnianych kierunków studiów lub uczniów gimnazjum, by zorientować się, co studenci i uczniowie wiedzą np. o: wydarzeniach w Polsce w roku 1956,1970,1980 czy choćby dotyczących okresu II Wojny Światowej i kształtowania się po jego zakończeniu nowego porządku na świecie. Przykładów takich i innych można tutaj mnożyć wiele. Uświadomienie w tym zakresie niestety nie należy do naszej narodowej cnoty. 

Dlatego też uważam, iż zmiana określenia „Żołnierzy Wyklętych” na określenie „Żołnierze Wyklęci - Bohaterowie Niezłomni” jest zasadne.

I jeszcze jedno na zakończenie i podsumowanie. Obchodzimy w dniu 1 marca każdego roku uroczyście Narodowy Dzień Pamięci o Żołnierzach Wyklętych a w Narewce - w szkole, w której uczyła się Danuta Siedzikówna "Inka" patronem jest Aleksander Wołkowycki - kolaborant sowiecki, niemiecki, człowiek, który wydał na śmierć matkę "Inki" i innych patriotów - Polaków.

Reaktywacja oddziałów partyzanckich na wzór AK tworzy się Polska Gwaria Nraodowa

Bezpieczeństwo i pokój nie jest dane raz na zawsze, o czym Polacy wielokrotnie przekonali się w swojej historii. Armia zawodowa, jak twierdzą znawcy, smama kraju nie obroni. Powstaje i organizuje się w kraju Polska Gwardia Narodowa.

Dlaczego Polacy już zaczynają myśleć o obronie swojej ojczyzny.

W Europie jest coraz bardziej niespokojnie, pokój i stabilizacja może zostać raptownie zakłócona. Rosja jako agresor przygotowuje się od dawna do działań zaczepnych i ofensywnych. Zagrożone są kraje Europejskie nie tylko Ukraina, ale i kraje nadbałtyckie oraz Polska. Polacy nie chcą czekać i być uzależniani od pomocy innych np. krajów NATO. Co się stanie gdy wojska NATO przybędą Siłom Zbrojnym RP z pomocą za późno. Przed wybuchem II wojny światowej nasz kraj posiadał jak wiemy "żelazne sojusze" i wiadomo jak to się skończyło.

Rosja, jak obserwujemy od dawna, wydaje coraz to większe sumy na zbrojenia, a sama doktryna wojenna Rosji nie jest tylko obronna, ale głównie zaczepna i agresywna dopuszczająca do użycia w wojnie broni jądrowej.

Armia zawodowa i NSR nie wystarczą do obrony kraju

Siły i środki Wojska Polskiego, jak twierdzą specjalisci sztuki wojskowej i wojennej, nie zatrzymają dywizji pancernych Rosji uderzających na nasz kraj z kierunku Kaliningradu i Białorusi, a może nawet od strony Ukrainy. Stosunek sił jest po wielokroć na korzyść agresora. Wielu teoretyków i strategów opracowuje już dzisiaj koncepcje obrony naszych granic.

Jedna z wielu takich koncepcji zakłada powołanie przy wykorzystaniu doświadczenia walk AK z czasów II wojny światowej Polskiej Gwardii Narodowej.

W skład tworzonych już oddziałów PGW wchodzą byli i obecni żołnierze zawodowi, policji, straży pożarnej, miejskiej którzy juz szkolą i dalej będą szkolić i organizować na terenie poszczególnych województw tzw. Ochotniczych Oddziałów Wojskowych nie mylić z NSR przygotowujących się głownie do walk i działań partyzanckich.

Organizatorzy tych oddziałów wzorują się na sprawdzonych już organizacyjnie powstawaniu takich oddziałów nazywanych inaczej  Gwardia Narodową.

Z szacunków, jakie podają media, w Polsce już dzisiaj na terenie kraju działa od 600 do 800 tys. osób zorganizowanych w różnych organizacjach paramilitarnych.

Organizują się oddziały paramilitarne na wzór partyzanckich  byłej AK.

Powstaje nowa organizacja, której patronują w komitecie honorowym nw. osoby: płk rez. prof. AON dr hab. Józef Marczak, por rez. prof. dr hab. n. wojskowych Romuald Szeremietiew.

Prezes Stowarzyszenia Obrona Narodowa pl Grzegorz Matysiak na swoim forum internetowym http://obronanarodowa.pl./  apeluje o jak najszybsze odbudowanie Armii Krajowej w ramach idei Obrony Terytorialnej RP.

Stowarzyszenie Obrona Narodowa.pl ma na celu, jak czytamy w statucie tej organizacji, przygotowanie młodzieży i obywateli RP do służby w powszechnej, ochotniczej Obronie Terytorialnej oraz rezerwowych Siłach Zbrojnych RP. Stowarzyszenie, jak czytamy dalej, prowadzi szkolenia, wykłady i ćwiczenia dla chętnych z zakresu wojskowego specjalistycznego szkolenia obrony i walki z wykorzystaniem działań partyzanckich na zapleczu wroga.

Szkolenia prowadzone są wieloetapowo teoretyczne i praktyczne w ramach działań poligonowych na wzór szkoleń wojskowych w tym jednostek specjalnych. Prowadzący te szkolenia posiadają do ich kierowania niezbędna wiedzę i umiejętności nabyte np. w czasie pełnienia zawodowej służby wojskowej w tym w jednostkach specjalnych np. Grom itp.

Itak w Planie takiego szkolenia jego pomysłodawcy i organizatorzy realizują zaplanowane szkolenia z zakresu:

- Kursu unitarnego,

- Kursu piechoty,

- Kursu walki w mieście,

- Ćwiczenie Kompani w...

- Weekend zawiadowców

 oraz wiele innych działań w tym organizowanych konferencji naukowych np. na temat "Wykorzystanie doświadczeń AK podczas akcji „Burza” w planowaniu działań nieregularnych OT". itp.

Zorganizowane na wzór wojskowy oddziały posiadają swoje barwy oraz godła, które można zobaczyć na przywołanej stronie stowarzyszenia Obrona Narodowa.pl.

Wielu internautów, jak sądzę, czytając ten artykuł uśmiechnie się z politowaniem ale to są ci, którym los Polski jest obojętny ponieważ oni swoje serce zostawili daleko w Rosji.

Dla prawdziwych patriotów Polaków, którym nie jest obojętny los swojej ojczyzny, sama taka inicjatywa, jak zorientowałem się w komentarzach internautów, podoba się, ba - nawet ją popierają.

I dobrze, że tak sie dzieje, że Polacy dostrzegają zagrozenie i się do niego w porę przygotowują, bo jak wiemy z historii, dobrze zorganizowane oddziały partyzanckie były w przyszłości w czasie II wojny światowej zwycięskie i wyzwalały one z powodzeniem regiony i kraje Europy a dzisiaj, jeżeli takowe powstają, są  poważnym elementem odstraszania potencjalnego agresora dla naszego kraju w tym glównie Rosję.

Młodzi ludzie, młodzi Polacy zamiast rozrób i bijatyk w tzw. klubach kibolskich niech faktycznie lepiej wykorzystują swoją energię na poligonach i ćwiczeniach ucząc się w sposób zorganizowany przy wykorzystaniu dyscypliny wojskowej form i metod walki w tym obrony swojej ojczyzny - dla pożytku nas wszystkich.

Brawo za takie inicjatywy.

Jazda na nartach w chmurach ? ależ tak jest to możliwe a gdzie - zobaczcie sami. Zieleniec jest miejscem do którego wracam zawsze

Janek, a pamiętasz zdradziecki napad sowietów na Polskę 17 września?

Są daty w historii narodów, których zapomnieć nie można, są zbrodnie, które nie podlegają wybaczeniu. A jak zdradziecki napad ZSRR na Polskę w dniu 17.09.1939 r. wspominali uczestnicy tamtych dni ?

Za kilkanaście godzin będziemy obchodzić kolejną rocznicę zdradzieckiego ataku ZSRR na Polskę w dniu 17.09.1939 r. W miastach patriotycznie nastawiona młodzież przejdzie z pochodniami i sztandarami i złoży wiązanki kwiatów na mogiłach tych, co wówczas zginęli. W mediach przypomni się zbrodnie Katyńską - jak co roku, gdyż to poprawne politycznie - a wieczorem wszyscy zapomną o tym zdarzeniu, bo po co drażnić wielką Rosję i Putina.

Ci, których rodzina zginęła z rąk siepaczy sowieckich, wspomną te czasy, zapalając w sercach i na ich grobach znicz pamięci.

Pamięć to w danej chwili jedynie co możemy zrobić. I ja będę wracał do pamięci o tych, którzy jednak 17.09.1939 r. - mimo zakazu dowództwa - walczyli z sowieckim agresorem. Bili się o Polskę.

Wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia.

Otwieram pożółkłe notatki pisane przeze mnie w latach 70 tych XX wieku, gdy na śluzach w Bydgoszczy, jako kilkunastoletni chłopiec, przysłuchiwałem się opowiadaniom i przeżyciom ludzi, którzy podjęli walkę z agresorem i okupantem sowieckim w dniu 17.09.1939 r. Byli to oficerowie II RP, uczestnicy kampanii wrześniowej oznaczani za bitwę pod Krojantami, Bzurą, uczestnicy walk na barykadach Warszawy oraz wielu innych miejscach w kraju i poza jego granicami.

Z treści tych notatek przebijają wspomnienia ludzkie z czasów II wojny światowej. Oto fragmenty  i treści zasłyszane w czasie ich spotkań.

Sierpień 1970, śluzy przy ulicy Nakielskiej w Bydgoszczy. Spotyka się Pan rotmistrz W. z moim dziadkiem Jankiem, także rotmistrzem kawalerii, oraz innymi nieznanymi starszymi panami. Oto fragmenty zapamiętanej i zapisanej przeze mnie rozmowy.

Rotmistrz W. - Pamiętasz Janek jakiego łupnia daliśmy sowietom w czasie obrony Wilna?

- Tak, dobrze pamiętam - odpowiada Janek i posmutniał – Tak, pamiętam. Dowództwo niestety z tym sobie nie poradziło, a nasz Korpus Ochrony Pogranicza, Samodzielna Grupa Operacyjna Polesie, a głównie Brygada Kawalerii – ta rezerwowa, pamiętasz, wymordowana później przez czerwonych. Siły te jednak podjęły wtedy nierówną walkę.

Janek - Sowieci mścili się okrutnie za swoje klęski właśnie koło Wilna, gdzie wówczas przebywałem ze swoim oddziałem kawalerii. Widziałem jak rozstrzeliwali harcerzy wziętych do niewoli, mszcząc się za lanie w Grodnie. Oni jeńców na początku nie brali, tylko rozstrzeliwali lub zakuwali bagnetami – mieli mało amunicji, taki mieli prikaz. Mój oddział otoczył około 55 sowieckich żołnierzy, gdy ci prowadzili naszych rannych wziętych do niewoli, a po drodze dobijali ich strzałem w tył głowy. Nie wytrzymaliśmy - szarża, szable i byli nasi.

- Jeńców wzięliście?– zapytał Rotmistrz W. – Janek nie odpowiedział.

Rotmistrz W. – Tacy oni byli, ci sowieccy żołnierze swoich się bali gorzej jak naszych. To była dzicz, rzadko umieli czytać, a pisać to wcale, chcieli tylko grabić i łupić, a komisarze polityczni im wpajali, by grabili Polaków, burżuazyjnych panów – wyzyskiwaczy ludu kułaków.

Janek – Pod Sopoćkami zamordowali podstępnie dowódcę Okręgu Korpusu Nr III w Grodnie, gen. Józefa Olszynę–Wilczyńskiego, który im oddał miasto. Oni nie respektowali żadnych konwencji międzynarodowych czy obietnic swego dowództwa, tam przecież decydowali czerwoni komisarze od Berii. Jak go zamordowali i posiekali bagnetami, to naszego generała wozili na taczce i się cieszyli jak dzieci.

Rotmistrz W. - W Grodnie wybiliśmy im 19 czołgów i 3 samochody pancerne, i masę czerwonych żołnierzy. Za to mścili się, rozstrzeliwując zbiorowo naszych, jak się poddawali z braku amunicji, zabijali kto im wpadł w ręce - kobiety czy dzieci. Dzieci uderzali głowami w mur aż tryskał mózg po ścianach.

Janek – Pamiętam, poddało się wówczas 250 tys. naszych, w tym 18 tys. oficerów, 10 tys. było rannych. Czerwoni nie leczyli rannych, oni ich zabijali - sam widziałem. Miałem szczęście, wyrwałem się z tego kotła i przebijałem się z małym oddziałem w kierunku centralnej Polski. Mieliśmy wtedy dużo szczęścia przy tym zamieszaniu i braku dyscypliny u czerwonych. Ale w nocy otoczyła nas kompania sowietów w małym zagajniku. Zaprowadzili nas do stodoły, którą polecono im z nami rano spalić. O tym poinformował mnie dowódca tego oddziału, mówił po Polsku. Udało nam się uciec w kilku. Reszta, około 12 rannych naszych kawalerzystów, pozostała. Długo słyszeliśmy ich krzyki, jak się w tej stodole żywcem palili.

Rotmistrz W. - Janek ale legendy chodziły jak ty walczyłeś z czerwonymi - jak ci się udało?

Nie przesadzaj. - odparł Janek - Pełno było na polach naszej porzuconej broni, wzięliśmy ile potrzeba, stworzyłem nawet pokaźny oddział z uciekinierów i zaczęliśmy się przebijać z kotła. W nocy atakowaliśmy czerwonych, tych morderców. jak tylko mogliśmy. Dostali wtedy porządnego łupnia, bóg zgotował nam los łaskawy - wpadły nam w ręce wozy aprowizacyjne wyładowane amunicją i żywnością. Zdecydowaliśmy się walczyć do końca.

- Ale nie doszliście? - drążył temat Rotmistrz.

- Nie daliśmy rady. Dopadli nas w wąwozie przy pomocy jednostek Wermachtu. Zresztą sowieccy żołnierze pomylili się i ich atakowali. Był niezły magiel. Poddaliśmy się Niemcom. Ruski zaczęli domagać się naszego wydania. Uratował nas przypadek - mój żołnierz był mieszkańcem Wolnego Miasta Gdańska, matka Niemką i on to zgłosił Niemcom. Ci nas nie oddali sowietom i dlatego tutaj jestem.

- Janek, pamiętam jak ambasada Niemiec z rąk NKWD wyciągnęła tym sposobem 47 naszych oficerów, którzy jechali do Ostaszkowa. No tak, ale byli i konfidenci, i zdrajcy - to chyba 440 oficerów poszło na współpracę z czerwonymi.

Janek - Ruski, gdy weszli w 1939 r., byli przygotowani na wymordowanie jak największej ilości Polskich oficerów i inteligencji. To miała być zapłata za lanie w 1920 r. Katyń, Starobielsk i Kozielsk to nie były obozy jenieckie - to były obozy zagłady, tak jak Niemieckie obozy koncentracyjne, z tą różnicą. że z sowieckich katowni żywy nie wrócił nikt.”

Pamięć pozostaje na zawsze i umiera ostatnia.

Wstał wówczas z ławki Rotmistrz W. i Janek, i na baczność powiedzieli wspólnie: Panowie oficerowie – za pamięć o pomordowanych towarzyszy walki z września 1939 r., za pomordowanych przez sowieckich bandytów, za Staśka z Grudziądza, za Tadeusza z Wilna, za Romka z Grodna i wielu innych: cześć ich pamięci!

Przez wiele lat i dzisiaj słyszę tę opowieść, która towarzyszyła i towarzyszy w moim życiu. Dzisiaj, w przededniu rocznicy napadu ZSRR na Polskę, oddajmy cześć pomordowanym bestialsko żołnierzom obrońcom Polski.

Cześć ich pamięci!

Mord Wołyński to zbrodnia ludobójstwa, która dotychczas nie została rozliczona

W dobie pogorszenia stosunków politycznych i gospodarczych z Rosją i wykazywaniu w obecnej polityce zagranicznej RP zbliżenia z Ukrainą, zapomniano o nierozliczonej przeszłości historycznej obu narodów.

Są zbrodnie dokonane przez nacjonalistów Ukraińskich na Polskim narodzie dotychczas nie rozliczone, zbrodnie i okrutne mordy przypominające i obecnie trudne chwile w historii obu narodów.

Nacjonaliści Ukraińscy, według zebranych danych przez IPN, dokonali na Wołyniu nieopisanych i okrutnych zbrodni ludobójstwa na narodzie Polskim, zbrodnie te  do chwili obecnej jednak nie zostały  potępione i osądzone.

Badania naukowe zbrodni nacjonalistów ukraińskich

Instytut pamięci Narodowej,  na podstawie już wcześniej prowadzonych śledztw, związanych z zebranymi przez wiele lat aktami dotyczącymi zbrodni ludobójstwa prowadzonymi przez nacjonalistów ukraińskich na Polskim narodzie, zgodnie z art. 118 KK z 1997 r. oraz konwencji ONZ z 1948 r., jako czyn "dokonany w zamiarze zniszczenia całości lub części grup narodowych, etnicznych czy rasowych”, prowadzi, jak wynika z informacji prasowych, kolejne śledztwa celem wyjaśnienia wszelkich okoliczności tego ludobójstwa.

Prokuratorzy z IPN prowadzą obecnie ponad 22 śledztwa związane z dokonanymi przez nacjonalistów ukraińskich na Wołyniu i Galicji wschodniej zbrodni ludobójstwa na polskiej ludności.

Jak ustalono w tych śledztwach, w wyniku zbrodniczych działań oddziałów nacjonalistów na terenach Polskich zostało w bestialski sposób wymordowanych przez nacjonalistów ukraińskich spod znaku UPA ponad 100 tys. kobiet, dzieci, mężczyzn i starców. W latach 1939-1945 na podstawie zebranych akt przez IPN jednoznacznie wynika, że w sposób fizyczny i psychiczny ludność ukraińska znęcała się na narodzie Polskim.

Ukraińcy mordowali Polaków w sposób okrutny

Ukraińscy spod znaku Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) zamordowali w bestialski sposób niemal wszystkich wołyńskich Polaków.

Propaganda OUN, według danych uzyskanych przez IPN, przedstawiała Polaków jako naturalnych wrogów narodu ukraińskiego. Wśród członków organizacji szczególnie popularna była pieśń „Zrodziliśmy się z krwi narodu”, której jedna ze zwrotek brzmi: „Śmierć, śmierć, Lachom śmierć/ Śmierć moskiewsko-żydowskiej przeklętej komunie/ Prowadzi nas OUN na krwawy bój”.

Mordowano zatem niewinnych ludzi w sposób niezwykle okrutny znane i udokumentowane zostały przypadki znęcania się i mordowania przez Ukraińców niewinnych ludzi. Np. mordując noworodki, zwyrodnialcy spod znaku UPA, zabijali je uderzając głowami w mur, wyrywano im także rączki, wyłupywano oczy. Uderzeniem kija powodowano śmierć lub kalectwo. Palono żywcem kobiety w ciąży, bijąc kijami po brzuchu, powodując poronienia. Rozrywano siekierami brzuchy, wyciągając wnętrzności na zewnątrz ciała. Mężczyzn rozrywano końmi lub wbijano ich na pal. Okrucieństw były niezliczone ilości. Nacjonaliści wspierani byli przez miejscową ludność tego pochodzenia będących niejednokrotnie sąsiadami ludności polskiej.

Nacjonaliści ukraińscy współpracowali z Niemcami służąc w Armii Niemieckiej głównie w formacjach SS. IPN posiada dokumenty na to jak służący w 4. pułku policyjnym SS Ukraińcy zamordowali ponad 1000 Polaków w sposób okrutny, w ocenie IPN, to było niewyobrażane bestialstwo i ludzkie zwyrodnienie jakiego cywilizowane narody w XX wieku nie widziały.

Odpowiedzialnymi za rzeź Polaków na Wołyniu są, jak ustalono, głownie dowódcy ukraińscy jak: Dymitro Klaczkiwski ps. "Kłym Sawur" dowódca okręgu UPA, Wasyl Iwachow oraz Iwan Łytwynczuk przywódców OUN. To ci zbrodniarze byli odpowiedzialni za mordy i nieopisane zbrodnie na polskim narodzie. Dotychczas za te zbrodnie kaci i mordercy Ukraińscy nie zostali rozliczeni, a wręcz przeciwnie, obecnie są stawiania na Ukrainie jako wzór bohaterstwa do naśladowania!

Największe zbrodnie ludobójstwa Ukraińcy popełnili w 1943 r.

Największe zbrodnie ludobójstwa na Polakach Ukraińcy przeprowadzili w 1943 r. Mordowano, jak ustalono w śledztwie prowadzonym przez IPN, głównie w niedziele, napadano na kościoły, zabijając Polaków w okrutny i przemyślany sposób. Znane były przypadki podpaleń świątyń wraz z modlącymi się wiernymi. Uratowanym wyłupywano oczy lub przecinano ich na pół piłą. Kobiety przed zabiciem, jak podają materiały IPN, gwałcono wbijając niejednokrotnie w ich ciała butelki, rozbijając je później kopniakiem. Trudno pisać o wszystkich wymyślonych przez tych zbrodniarzy torturach, były to najbardziej wymyślne i okrutne tortury stosowane w czasie II wojny światowej.

Zabójstw dokonywano, jak podają materiały IPN, z nieopisanym okrucieństwem. Palono całe wsie, a pozostawiony majątek Polaków grabiono. W ten sposób tylko w 1943 r. spalono 530 polskich wsi. Były to zbrodnie nazywane "czystkami etnicznymi" i zbrodniami ludobójstwa, które zgodnie z prawem międzynarodowym nie ulegają przedawnieniu.

Tych zbrodni wybaczyć nie można

Zbrodnie na narodach, mordowanie niewinnych ludzi winno zostać, zgodnie z obowiązującym prawem międzynarodowym, dokładnie zbadane a winni powinni ponieść karę wynikająca z obowiązującego prawa. Tak było w przypadku osądzenia zbrodniarzy Niemieckich, serbskich i wielu innych. Dotychczas nie zostali ukarani i rozliczeni poprzez potępienie zbrodniarze Sowieccy i Ukraińscy. Rosja co prawda przyznała się do zbrodni politycznej a nie ludobójstwa na Polskim narodzie w Katyniu i innych miejscach kaźni. Ukraina dotychczas nie dokonała takiego rozliczenia z przeszłością.

Zwierzchnik ukraińskiego kościoła greckokatolickiego abp Światosław Szewczuk co prawda ponowił prośbę o przebaczenie tej zbrodni dokonanej przez Ukraińców ale nie spotkała się ona z pozytywnym oddźwiękiem na Ukrainie i w Polsce.

Kształtując obecnie w trudnej sytuacji politycznej dobrosąsiedzkie stosunki z Ukrainą, musimy jednak pamiętać o historycznych prawdach tamtych czasów i oddania im sprawiedliwości oraz całkowitego rozliczenia, by móc je w przyszłości wybaczać. W innym przypadku historia przeszłych krzywd przyćmi potrzebę przyszłości.

 

 

Zwykła opowieść o niezwykłym Polaku – gen. Stanisław Maczek

„Jeżeliby mi dano do wyboru między którymkolwiek żołnierzami, których bym chciał mieć pod swoim dowództwem, wybrał bym Was - Polaków”. - Harold Alexander

Początek był jak zwykle banalny

Sroga zima 1976 r. - a zimy wówczas były naprawdę srogie – jadąc, pociągiem z wrocławskiej uczelni do domu, by odwiedzić ojca przebywającego w elbląskim szpitalu, utknąłem w drodze. Skład pociągu, którym jechałem, zatrzymał się gdzieś w zaspach śnieżnych pomiędzy Poznaniem a Bydgoszczą.

By czas się nie dłużył, zacząłem czytać moje ulubione tomiki historyczne, z popularnej wówczas serii „Tygrysa”.

Czytałem, jak pamiętam, tomik poświęcony konwojom morskim do Murmańska. Lubi Pan historię – zaczepił mnie takim pytaniem siedzący obok starszy siwy Pan, jedyny pasażer w przedziale - oprócz mnie oczywiście. Tak - odpowiedziałem - widzi Pan – kontynuowałem – zostałem niejako wychowany przez rotmistrza Ułana. To wszystko wyjaśnia - odpowiedział z uśmiechem mój rozmówca.

Bo widzisz młody człowieku – kontynuował - to ja Tobie coś opowiem, może czas nam się skróci tego oczekiwania, jak nas odkopią.

Losy ludzkie są jak żagiel na wietrze historii

Takim stwierdzeniem rozpoczął swoją niesamowitą opowieść Pan Tadeusz – mój rozmówca, mieszkaniec trójmiasta. Oto zapamiętane jej fragmenty.

„Miałem naście lat, będąc mechanikiem na statku handlowym, gdy we wrześniu 1939 r., gdy wybuchała wojna, przycumowaliśmy do jednego z portów pod władaniem Brytyjskiej Korony.”  Wówczas to opowiedział mi mój rozmówca historię swego życia tak niespotykaną i niezwykłą - o bohaterstwie polskiego żołnierza na polu walki, o walkach w składzie Pancernych Dywizji Brytyjskich, ponieważ jako mechanik bardzo dobrze znał język angielski, oraz składzie 1 Dywizji Pancernej generała Maczka, o tym, jak niemiecki żołnierz uratował mu życie, wyciągając z płonącego czołgu, o miłości do niebieskookiej sanitariuszki i walki z NKWD, o wilkach nocnych, ich determinacji i bohaterstwie w walce z komunistami wówczas, gdy powrócił do kraju do Polski.

Ta niesamowita i emocjonalna opowieść, będzie stanowiła treść artykułu, poświęconego zwyczajnemu ale niezwykłemu bohaterowi Polski Walczącej.

Ta opowieść jednak będzie nie o moim rozmówcy, ale o niezwykłym Polaku, o którym opowiedział w czasie podróży żołnierz 1 Dywizji Pancernej Gen. Maczka o samym jej dowódcy.

Gen. Stanisław Maczek - kim był?

Z generałem Maczkiem spotkałem się, jak wspominał mój rozmówca o imieniu Tadeusz i tak będę o nim pisał, gdzieś w lipcu 1944 r. Wówczas jako dowódca czołgu, w czasie odprawy przed bitwą pod Falaise we Francji na spotkaniu . Gen Stanisław Maczek powiedział  wtedy: „ Bijcie się twardo, ale po rycersku”.

Gen Stanisław Maczek był i jest niezwykłą postacią - kontynuował swoją opowieść mój rozmówca. Należał do jednych z najbardziej uzdolnionych dowódców w Polskich Siłach Zbrojnych na zachodzie.

Posiadał ogromne doświadczenie bojowe walczył w czasie I wojny światowej w Karpatach i froncie włoskim w Alpach - był wówczas intelektualistą. W 1918 r. wstępuje do Wojska Polskiego broni Lwowa, awansuje, szkoli się i pozostaje jako żołnierz zawodowy.

W październiku 1938 r. obejmuje dowództwo 10. Brygady Kawalerii, pierwszej w Polsce jednostki stanowiącej zalążek sił pancernych II RP.

W czasie walk wrześniowych 1939 r. dowodzone przez niego jednostki pancerno – zmotoryzowane zadają potężne straty XXIII Niemieckiemu Korpusowi Pancernemu, zatrzymując praktycznie na kilka dni szybkie posuwanie się tej jednostki w głąb Polski. Walczy także w obronie Lwowa, gdy sowieckie wojska uderzyły bez wypowiedzenia wojny na Polskę przez Węgry. Tam zostaje internowany po czym ucieka do Francji. Po awansie na stopień generała  brygady, tworzy 10 Brygadę Kawalerii Pancernej. Za bohaterstwo walk we Francji zostaje odznaczony krzyżem Virtuti Militari IV klasy.

Był zwolennikiem nowoczesnej wojny, cechującej się szybką manewrowością jednostek pancerno – zmotoryzowanych oraz ich samodzielnością, głównie związków taktycznych przy wsparciu lotnictwa i piechoty. Ten sposób walk dorównywał, a niejednokrotnie przewyższał taktykę wojenną Wermachtu.

Po kapitulacji Francji, w Wielkiej Brytanii tworzy 1 Dywizję Pancerną w składzie 900 oficerów, 14 tys. żołnierzy z wyposażeniem 380 czołgów i 4 tys. pojazdów mechanicznych. - Ustawiając je w linii prostej, zajęły by drogę od Poznania do Warszawy – ze wzruszeniem wspomina mój rozmówca. „Polska armia przyszłości”.  Tak o tej niezwykłej jednostce wspominali jej żołnierze oraz żołnierze brytyjscy - ze wzruszeniem kontynuuje swoją opowieść były jej żołnierz.

Walczyli o wolność Europy

1 Dywizja Pancerna pod dowództwem generała Stanisława Maczka w dniu 8 sierpnia 1944 roku wchodzi z impetem do boju walcząc o Francję , Belgię, Holandię i wkraczając na tereny Niemieckie.

Pod Francuskim Falais, korkuje zamykane w kotle doborowe dywizje Wermachtu ,okrążając 7 Armię i 5 Armię Pancerną wroga.

- Widzisz - mówi do mnie żołnierz generała Maczka - myśmy w marszu przez Europę oszczędzali miasta, biliśmy się na polach, nie robiliśmy szkód, jak Niemcy czy inni barbarzyńcy. Tak nas uczył nas dowódca i przyjaciel w boju, nasz generał Maczek” - powiedział te słowa, będąc wyraźnie wzruszonym.

Za to, że ten wybitny dowódca, uwielbiany przez swoich żołnierzy i narody, które wyzwalał, noszony na rękach swoich wyzwolicieli, odznaczony komandorią Krzyża Legii Honorowej, awansowany do stopnia generała dywizji w 1946 r., został pozbawiony obywatelstwa polskiego.

Czy to rozumiesz! - podniesionym głosem mówił – Komuniści pozbawili tego wybitnego człowieka, który przez całe życie służył swojej ojczyźnie, człowieka o ogromnym talencie wojskowym, prawego Polaka o nieskazitelnym sercu – Polskości !! To była hańba, draństwo, tak mógł uczyć rząd , który z Polską nie miał nic wspólnego – NIC! NIC! - prawie krzyknął.

Po wojnie, gen Maczek rezygnuje z wojskowej emerytury i pracuje jako barman. Umiera w Edynburgu 11 grudnia 1994 r.

Wypowiadając te słowa, mój rozmówca, porucznik dowódca w czasie walk o Falaise i Bredę, ranny, żołnierz wyklęty, odznaczony wieloma odznaczeniami bojowymi – wstał, pochylił głowę i w milczeniu tak stał, wbijając wzrok daleko przed siebie, jak myślę, w miejsca gdzie zwykli żołnierze, noszący na rękawie biało czerwone barwy z napisem POLAND, oddawali swoją krew za Polskę, powiedział szeptem "Chwała im - chwała !"

I ja wówczas wstałem mówiąc „Chwała bohaterom” i te słowa powtarzam do dzisiaj.

 

 

Kedyw AK – historia i wspomnienia

Co to był Kedyw AK 

22 stycznia 1943 roku, jak podają źródła historyczne, gen. Stefan Rowecki wydał rozkaz o utworzeniu Kedywu AK, czyli Kierownictwa Dywersji Komendy Głównej Armii Krajowej. Dowódcą Kedywu został gen. Emil Fieldorf, pseudonim „Nil”. Dowódca Kedywu podporządkował sobie działające już w szeregach AK organizacje odwetowe, czyli Związek Odwetu i „Wachlarz”. Podlegał on bezpośrednio Komendantowi Głównemu Armii Krajowej. W skład oddziałów Kedywu między innymi wchodziły bataliony AK, jak  „Parasol” i „Zośka”, które to jak wiemy z historii, zapisały chlubne karty swojej działalności bojowej w Powstaniu Warszawskim.

 Zadania Kedywu AK

Kedyw jako organizacja bojowa miała za zadanie wzmocnienie w społeczeństwie Polskim, będącym pod Niemiecką okupacją, wpływów Armii Krajowej. Eksterminacja ludności Polskiej, wysiedlenia, mordowanie niewinnych, Oświęcim, Palmiry, łapanki, akcje gestapo czy policji Niemieckiej zwłaszcza na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej (Zamojszczyźnie), musiały zostać pomszczone nie tylko będąc efektem propagandowym, ale działaniami militarno - odwetowymi.

Grupy bojowe Kedywu na początku swojej działalności działały w miastach, głównie w Warszawie. Przekształcały się one w zależności od potrzeb także w oddziały partyzanckie. Kedyw, we własnym zakresie, produkował na swoje potrzeby broń, sprzęt wojskowy i środki bojowe. Kedyw był głęboko zakonspirowanym oddziałem zbrojnym AK, posiadającym własne środki łączności, bardzo sprawny i skuteczny wywiad bojowy i kontrwywiad ochrony oraz samodzielny pion służby sanitarnej.

Główne zadania Kedywu to: sabotaż, dywersja i terror oraz odwet wobec okupanta a także obrona społeczeństwa Polskiego. Do likwidacji zdrajców i kolaborantów utworzono specjalny oddział, który nazwano „Miotła”.

 

Kadra Kedywu AK 

Była ona specjalnie dobierana spośród harcerzy z tzw. Grup Szturmowych Szarych Szeregów, komandosów oraz żołnierzy przeszkolonych na zachodzie i przerzucanych do kraju. Żołnierze Kedywu byli skrupulatnie sprawdzani przez kierownictwo AK. Kadra Kedywu stanowiła niejako elitę AK.

 Znane akcje bojowe Kedywu AK

Zabicie wielu ważnych funkcjonariuszy SS i Policji Niemieckiej m.in. F Kutscherę w 1944 r, odbicie kilkuset więźniów z transportów, ze szpitali i wiezień np. w czasie znanej akcji Pod Arsenałem w 1943 r., były to tylko niektóre znane akcje Kedywu AK. Skutecznie niszczono fabryki zbrojeniowe, transporty wojenne kołowe i kolejowe, strażnice niemieckie. Te działania były bardzo spektakularne i powodowały paraliż komunikacyjny transportów Niemieckich kierowanych głównie na front wschodni.

Do legendy przeszła akcja pod pseudonimem „Góral”, z 12 sierpnia 1943 r., kiedy to oddziały Kedywu przejęły na placu Zamkowym w Warszawie transport przewożący ogromna, jak na ówczesne warunki, sumę 100 mln. złotych, wykorzystaną później do walki zbrojnej.

 

Wspomnienia byłych żołnierzy Kedywu AK

Z tych wspomnień, zapisanych przeze mnie, wypowiedzi byłych żołnierzy Kedywu AK opowiadanych o akcjach bojowych w niemal całym kraju w czasie Niemieckiej okupacji,  wyłania się jak w kalejdoskopie obraz walczącej Polski. Ich działania, według ich słów, "siały zamęt i nieopisany strach wśród oprawców z SS, mordujących niewinną ludność Polską. Bali się oprawcy i kaci panicznie działań odwetowych Kedywu AK. Wyroki śmierci na zdrajców czy barbarzyńców wykonywane były zawsze i były skuteczne. Były spektakularne i nagłaśniane dla przestrogi innym".

"Ludność Polska wspierała i jak tylko mogła popierała działania Kedywu AK" jak wspominali. Już nie obawiano się, że "terror i eksterminacja narodu nie będzie nigdy pomszczona - była pomszczona i dotyczyło to także później żołnierzy Armii Czerwonej, którzy wkraczając na tereny Polskie". Później ustalono, jak podają źródła IPN, mordowali Czerwonoarmiści, atakujących dla zysku czy zwykłej grabieży niewinną Polską ludność. Wówczas, tych co bronili tę ludność, później nazwano „ żołnierzami wyklętymi”.

"Okupant nie był pewny dnia ani godziny, kiedy dopadnie go sprawiedliwość wymierzana przez żołnierzy Kedywu AK. „Okupanci bali się tych działań jak tyfusu, i o to nam chodziło” - jak wspominali żołnierze Bohaterskiego Kedywu AK".

 Losy późniejsze

Żołnierze, bohaterowie swojej ojczyzny – Polski - byli w wyjątkowy sposób ścigani przez władze okupacyjne Niemieckie i później Sowieckie. Mieli z góry nałożone wyroki śmierci. Jak mawiali „ujawnienie to była pewna śmierć”. Dlatego walczyli o Polskę, oddając swoje życie w akcjach bojowych Powstania Warszawskiego i działaniach zbrojnych „żołnierzy wyklętych”.

Komunistyczna, powojenna propaganda zrobiła wszystko, by Polacy na zawsze zapomnieli o bohaterskich żołnierzach Kedywu AK. Jednak nie udało się wymazać z pamięci narodu sławy o jej bohaterach.

Dla upamiętnienia bohaterskich i walecznych żołnierzy Kedywu AK, którzy oddawali swoje życie dla Polski artykuł ten poświęcam.

Chwała bohaterom !

 

 

Zdradzeni, walczyli do końca, ginęli za Polskę

Godzina „W”

Za kilka dni będziemy uroczyście obchodzić kolejną rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego i jej rozpoczęcie, czyli godzinę „W”. Był to zwykły, a jednak niezwykły dzień  - 1 sierpnia 1944 roku w Warszawie. W ten dzień o 17.00 2015 r. zatrzymajmy się tam, gdzie będziemy, by w sygnale syren na minutę oddać cześć tym co wówczas ginęli za Polskę.

Polsko, umieram dla ciebie

Umierali Powstańcy Warszawscy w  te słoneczne sierpniowe dni 1944 r. na barykadach umęczonej bohaterskiej Warszawy z karabinem w rękach, umierali pod ścianami straceń od kul okupanta także zwykli mieszkańcy Warszawy, umierały dzieci, żołnierze, kobiety umierali za wolność - za chwilę utęsknionej wolności.

Ginęli za Polskę i nie myśleli  wówczas o „wielkiej polityce” o tym co zrobi Stalin a co sprzymierzeni. Walczyli, bo mieli już dość poniżania, łapanek, tortur, mieli dość Gestapo i Palmir. Polacy to dumny naród dumny i wówczas 1 sierpnia 1944 roku o godzinie 17.00 ten naród pokazał na co jest go stać i powstał z kolan.

Warszawa walczy, Warszawa jest wolna ! Takie były początki

Przypomnę, iż już 25 lipca 1944 r. Komenda Główna Armii Krajowej wydała rozkaz gotowości do powstania i zaczęła zabiegać o wsparcie akcji zbrojnej przez wojska alianckie. Brytyjczycy odrzucili tę prośbę motywując iż „Warszawa znajduje się w sowieckiej strefie okupacyjnej”

Gdy pod koniec lipca 1944 r. sowieckie czołgi dotarły na obrzeża Warszawskiej Prag,i podjęto decyzję o wybuchu Powstania Warszawskiego określając na dzień 1 sierpnia 1944 r. na godzinę 17.00.

50 tysięcy słabo uzbrojonych powstańców dysponujących zaledwie 6 tys. sztuk broni palnej z amunicją na 3 dni walki stanęło naprzeciw Niemieckiej potęgi.

Uderzyli Powstańcy na znienawidzonego wroga z furią i siłą znaną tylko Polakom, uderzyli i wygrywali w pierwsze dni heroicznej walki. Komendant Powstania generał Chruściel (Monter) był dumny ze swoich żołnierzy z mieszkańców stolicy, którzy wspierali walczących Powstańców oraz wspierających ich mieszkańców stolicy. Prawie wszędzie w pierwszych dniach powstania w mieście powiewały biało czerwone flagi. Czuło się wolność i zwycięstwo. Panowała radość i duma. Warszawa wstała z kolan.

Od 3 sierpnia 1944 r. bezskutecznie premier rządu RP na uchodźstwie zabiegał o pomoc dla powstańców u samego Stalina - ten nie reagował na  te prośby. Ten kat Polski i Polaków, morderca z Katynia, zaprzysiągł zemstę dla Polskiego narodu za lanie jakie dostał pod murami Warszawy w latach 20 tych XX wieku.

Polscy lotnicy i ochotnicy od dnia 4 sierpnia 1944 r. startują z lotnisk sprzymierzonych lecąc przez całą Europę by zrzucać zaopatrzenie dla walczącej stolicy.

Zdradzeni walczyli samotnie i umierali godnie

Zdradzeni przez polityczne cele, którym zależało bardziej, by Stalin jak najszybciej zdobył Berlin niż udzielił pomocy Powstańcom, walczyli i ginęli samotnie Bohaterscy Powstańcy Warszawy.

Walczyli z determinacją, znaną tylko żołnierzowi Polskiemu, we krwi mieli geny przodków spod Grunwaldu, atakującą husarię, walki powstańcze o narodowe wyzwolenie spod zaborów, Obronę Warszawy przed nawałą bolszewicką. Walczyli z determinacją, nie znaną nikomu i nigdzie. Do legend przeszły ataki z butelkami benzyny na czołgi z „gołymi rękami” na Niemców by zdobyć broń i walczyć. Walczył i ginął lud stolicy . Nieprzyjaciel początkowo zaskoczony determinacją przejął jednak strategiczną inicjatywę posiadając w swoich zasobach lotnictwo, broń pancerną, artylerię. Mordując dla zastraszenia masowo niewinną ludność Ochoty, Woli czy Śródmieścia.

Stojące po drugiej stronie Wisły Polskie oddziały wbrew zaleceniom z Moskwy chcąc pomóc swoim rodakom i ludności Warszawy przedarły się przez Wisłę do walczącej stolicy dokonały tego głównie pododdziały 3 DP 1 Armii WP  i ginęły z Powstańcami.

Za ten czyn pomocy dla powstańców 30 września 1944 r. Stalin osobiście podpisał rozkaz zdymisjonowania Berlinga, a w dniu 4 października 1944 r. gen. Z. Berling został zdjęty ze stanowiska dowódcy 1 armii WP.

13 sierpnia 1944 roku Stalin i władze ZSRR potępiły Powstanie Warszawskie i odmówiły lotów zaopatrzeniowych samolotów brytyjskich i amerykańskich z zaopatrzeniem dla Warszawy, odmówiły one także samolotom alianckim lądowania na swoich lotniskach.

Powstańcy walcząc samotnie zabili 10 tys. Niemców, 9 tys raniąc. W walkach ginie 10 tys. Powstańców, 5 tys. zostaje rannych. Do niewoli dostaje się około 16 tys. żołnierzy Powstania. Zginęło od 15- -200 tys. cywilnej ludności Warszawy.

63 Dni Chwały

Dla patriotów Polskich dnia tej walki zawsze były 63 Dniami Chwały gdzie wykuwały się na barykadach Warszawy początki walki o Polskę niezależną i wolną.

To tam, według patriotów, budziła się na nowo chęć dalszej walki o pełne wyzwolenie kraju, pragnęli zerwać do końca okowy zniewolenia Niemieckiego i Sowieckiego.  Żołnierze AK, którzy podjęli tę walkę po zakończeniu Powstania Warszawskiego później nazwani „Wyklętymi” czy „Wilkami” stali się współczesnymi bohaterami swojej ojczyzny. Bohaterami takimi jak Pilecki, Inka i wielu innych bohaterami z warszawskich barykad i walk z sowiecką niewolą.

Dla innych, dla których socjalizm czy komunizm był zawsze drogą ich życia, to są także i „Resortowe Dzieci” Powstanie Warszawskie było, jak powtarzają za Stalinem, „Niepotrzebną daniną krwi ,źle zorganizowanym i nieprzemyślanym zrywem nikomu niepotrzebnym”

Życie zweryfikowało kto miał rację w ocenach Powstania Warszawskiego. Zweryfikowała to także Polska patriotyczna młodzież, która głośno i wyraźnie zaczyna decydować o swoim domu o Polsce o czym można przekonać się czytając portale internetowe. To Powstańcy Warszawy, Żołnierze Niezłomni – Wyklęci, według nich walczyli i umierali na biało czerwonych sztandarach za WOLNĄ POLSKĘ. To oni zostali bohaterami swego narodu, bohaterami młodego pokolenia Polaków. Nic nie zmieni już ich postaw, nawet narzekania tych, co tak pokochali PRL i ZSRR.

Wieczna chwała bohaterom - Powstańcom Warszawy !

 

 

ORP „Orzeł” bohaterstwo śmierci - niezwykłe wspomnienia

ORP "Orzeł" to duma Polskiej Marynarki Wojennej II Rzeczypospolitej. Zaginął bez wieści grzebiąc w swoim wnętrzu bohaterskich marynarzy. Do dzisiaj nie wyjaśniono przyczyn i miejsca jego zatonięcia. Oto jedna z wielu historii związana z tym bohaterskim okrętem i jego marynarzach.

https://www.youtube.com/watch?v=jiri5_Vh7LE

Ostatnia podróż okrętu podwodnego ORP „Orzeł”

ORP "Orzeł" zaginął wraz z całą załogą 25 maja 1940 roku około godziny 23.00, podczas wykonywania zadania bojowego w pobliżu Helgolandu. "Orzeł" należał wówczas do II flotylli okrętów podwodnych w Rosyth. Jego tragiczny patrol rozpoczął się dnia 23 maja 1940 r. około godziny 18.00.

Dla Polaków, nazwa Orzeł pozostanie na zawsze symbolem męstwa, odwagi, niezłomnej woli walki, rycerskiego ducha a także dżentelmeńskich sposobów prowadzenia wojny. Tu należy przytoczyć zatopienie niemieckiego transportowca "Rio de Janeiro". Dowódca Orła mimo, że okręt znajdował się w niebezpieczeństwie, przez storpedowaniem statku wezwał okręt do zatrzymania się, a załogę do opuszczenia statku.

Poza tym ORP Orzeł stanowi symbol nierozerwalności Polski z morzem. Był to okręt jako jeden z nielicznych na świecie zbudowany z datków społeczeństwa. Z datków dowolnych. Za sumę 8 mln 200 tys. złotych, zebranych w trakcie kilkuletniej żmudnej akcji, ofiarowano Marynarce Wojennej nowoczesny i potężny okręt podwodny. Był to wielki triumf organizacyjny i propagandowy Legii Morskiej, która bezustannie wpajała społeczeństwu okresu międzywojenneg ideę silnej Polski na morzu.

 

Najnowocześniejszy okręt podwodny w 1938 r. to ORP „Orzeł”

Dane okrętu podwodnego według dostępnych źródeł :

Wyporność:
- nawodna - 1 110 ton,
- podwodna - 1 473 tony
Wymiary: długość - 84,00 m, szerokość - 6,7 m, zanurzenie - 4,17 m
Głębokość zanurzenia: dopuszczalna 100 metrów, peryskopowa 10-12 m. czas zanurzania 50 sek.
Napęd:
- 2 silniki wysokoprężne typu 6QD42Sulzer o łącznej mocy 4 740 KM;
- 2 silniki elektryczne typu Brown Boveri o łącznej mocy 1 100 KM.(" Orzeł")
- 2 silniki Fabryka Silników w Żychlinie (" Sęp")
- 2baterie akumulatorów razem 200 ogniw.
Zapas paliwa:
- normalny: 67,5 tony oleju napędowego
- pełny: 123,5 tony
Prędkość: nawodna 19,4 węzłów, podwodna 9 węzłów
Zasięg pływania:
- nawodny - 7.000 Mm przy prędkości 10 węzłów
- podwodny - 100 Mm przy prędkości 5 węzłów
Uzbrojenie:
- 1 działo typu Bofors wz.25 kalibru 105 mm na lawecie L/41; 125 naboi,
- 1 podwójne działko przeciwlotnicze wz.37 na lawecie l/60 typu Bofors w wodoszczelnej studzience na kiosku; 1200 naboi,
- 1 nkm 13,2 mm wz.XXX na podstawie morskiej R4SM typu Hotchkiss - prawdopodobnie występował tylko w ofercie lecz nigdy nie był zamontowany,
- 12 wyrzutni torpedowych 550 mm z reduktorami do troped 533 mm - 4 wyrzutnie na dziobie, 4 pod pokładem śródokręcia (po jednej podwójnej, obrotowej przed i za kioskiem) i 4 na rufie, 20 torped.
Czas nieprzerwanego pobytu pod wodą: 20 godzin przy prędkości 5 węzłów
Autonomiczność 90 dni
Załoga: 6 oficerów oraz 54 podoficerów i marynarzy
Znaki taktyczne: 85A 

Opowieść marynarza z ORP „Orzeł”

Była mroźna zima połowy lat 60-tych XX wieku. W Gdyni, na ulicy Świętojańskiej odbywały się imieniny byłego już marynarza z ORP „ Burza”, na których przebywałem ze swoimi rodzicami. Na tych uroczystościach imieninowych, solenizant opowiedział gościom historię związaną z losami marynarza ORP „Orzeł” - jego przyjaciela z dziecinnych lat, kolegi z wojska i wspólnej walki z Niemcami od 1 września 1939 r. 

Przyjaciel solenizanta pływał od 1938 r. na okręcie podwodnym ORP „Orzeł”. Uciekał wraz z nim po internowaniu z Tallina, gdzie w Wielkiej Brytanii u boku brytyjskich i sojuszniczych okrętów walczył z wrogiem z Niemcami. Podczas jednego z patroli bojowych tego okrętu, pod koniec maja 1940 r., marynarz ten uległ wypadkowi  i zachorował. Zzostał wówczas przeniesiony z okrętu podwodnego celem wyleczenia.

W dniu 26 maja 1940 do izby chorych, gdzie przebywał marynarz okrętu podwodnego ORP „Orzeł, w odwiedziny przyszedł jego znajomy - angielski marynarz radiotelegrafista z HMS „ Forth” i zakomunikował te słow : "listen my dear friend, I have news for you". Twierdząc iż (cytat) : ”Twój okręt został zatopiony, taką informację dostałem przez radiogram od holenderskiego okrętu podwodnego”. Oni twierdzili, że " Polski ORP Orzeł został zatopiony salwą 4 torped przez niemieckiego U – boota”.

Zachowaj dyskrecję - prosił Anglik Polaka, nie wolno tobie tego nikomu mówić. Jak się to wyda, będę srogo ukarany - stwierdził - brytyjski marynarz. Polak  przyrzekł, iż nikomu nic nie powie.

ORP „Orzeł” w tym właśnie dniu pływał na bojowym, morskim patrolu podczas, którego miał za zadanie zmienić w wyznaczonym sektorze patrolowania Holenderski okręt podwodny - I coś tam się stało niedobrego! - jak twierdził brytyjski marynarz. Okręt podwodny RP "Orzeł" nie powrócił już nigdy z tego bojowego patrolu.

Na ORP „Orzeł” zginęła cała jego załoga wraz z trzema brytyjskimi marynarzami.

 

 Jak zginęli bohaterscy marynarze ORP „ Orzeł”

Historycy badający tę sprawę są zdania, że do zatonięcia okrętu "Orzeł" mogło dojść w dniach 23 maja do 8 czerwca 1940 roku na Morzu Północnym, na obszarze od 56. do 57. równoleżnika. W opinii historyków "najbardziej prawdopodobne" wydają się trzy ewentualności jego zatonięcia:

Pierwsza z nich jest związana z dniem 29 maja. Wówczas to niemieckie radio podało wiadomość o treści: "Na środku Morza Północnego bezpośrednim trafieniem bombą lotniczą został zatopiony jeden nieprzyjacielski okręt podwodny". W tym dniu, "Orzeł" rzeczywiście przebywał w rejonie "środkowej części Morza Północnego". Kto wie, czy rzeczywiście polski okręt nie padł wtedy ofiarą niemieckiego ataku. Niestety, brak jest obecnie dokładnych danych nie tylko na temat tego miejsca, ale i podania nazwy oraz typu samolotu i godziny oraz dokładnego miejsca ataku lotniczego.

Drugim możliwym scenariuszem było, według historyków, zatonięcie okrętu z powodu wpłynięcia na minę. W czasie wojny na Morzu Północnym znajdowały się zarówno brytyjskie, jak i niemieckie pola minowe. Mało tego, przez dwa z nich prowadziła trasa "Orła" w rejon patrolu. Jedno nie było znane Brytyjczykom, nie mógł więc wiedzieć o nim kapitan Jan Grudziński, dowódca okrętu podwodnego.

Trzecią przyczyną katastrofy mógł być wypadek. Taki nieszczęśliwy wypadek może wydarzyć się zawsze, nie tylko w czasie wojny, o czym świadczy katastrofa rosyjskiego okrętu "Kursk" – przypominają nam historycy. W ich ocenie, wypadek mógł nastąpić w wyniku wybuchu torpedy, np. USS Scorpion 1968, czy nieprawidłowego manewru zanurzania lub wynurzania okrętu. Na pokładzie "Orła" także dochodziło do awarii, wiemy, że np. 15 kwietnia doszło do awarii odwietrznika, jak podają dostępne dokumenty.

Zdaniem pisarza marynisty, Jerzego Pertka, przeprowadzone do tej pory badania pozwalają na ustalenie daty zatonięcia "Orła" na 25 maja, wskutek wpłynięcia na minę, lub na 29 maja w wyniku ataku niemieckiego bombowca. Do pierwszej wersji skłania się również jeden z najlepszych polskich "podwodników", komandor Bronisław Romanowski.

 

Zatonięcie "Orła" budzi emocje od lat

Historycy przypominają, że zagadka "Orła" wydawała się zostać rozwiązana w 1994 roku, kiedy to niektóre polskie dzienniki podały informację o odnalezieniu okrętu przez Norwegów. Niestety, film z oględzin wraku nie potwierdził sensacyjnej wiadomości. Okręt okazał się podobną do "Orła" holenderską jednostką zatopioną w listopadzie 1940 roku. Podobne emocje rozbudziła wiadomość z maja tego roku o prawdopodobnym odnalezieniu "Orła". I tym razem radość z sukcesu okazała się przedwczesna. Kiedy zatem zostanie odkryta tajemnica śmierci bohaterskich marynarzy z ORP „ Orzeł”?

Zginęli wraz z okrętem bohaterscy marynarze ORP „Orzeł”:
- bosman Józef Adamowicz
- podchotąży Edmund Brocki
- bosman Jan Brzęczka
- st. marynarz Franciszek Chojecki
- mat Paweł Czopp, - bosman Wiktor Dąbrowski
- chorąży mar. Wacław Foterek
- st. marynarz Alojzy Gettka
- bosman Paweł Giełdoń
- mat Paweł Górny
- st. marynarz Henryk Grabowski
- kmdr ppor. Jan Grudziński - dowódca
- st. marynarz Roman Hagno
- mat Wacław Halaczek
- bosmanmat Wojciech Hetman
- st. marynarz Wiesław Jakubowski
- mat Stefan Janaszek
- st. marynarz Józef Jarmuż
- st. marynarz Roman Jasiński
- bosman Aleksander Kamecki
- porucznik mar. Henryk Kamiński
- mat Józef Kapuściński
- bosmanmat Jan Kasprzak
- marynarz Zbigniew Kawa
- st.bosman Hernyk Kotecki
- bosman Julian Kozowy
- st. marynarz Emil Krystek
- st. marynarz Maksymilian Rudolf Kühn
- bosmanmat Edmund Leśniak
- st. marynarz Kazimierz Mazurkiewicz - st. marynarz Mariusz Mączarski
- por. marynarz Marian Tadeusz Mokrski
- st. marynarz Zdzisław Mońko
- bosman Stanisław Mucha
- st. bosman Władysław Narkiewicz
- st. marynarz Zygmunt Nowak
- bosmanmat Jan Olejnik
- st. marynarz Leonard Palowicz
- kapitan mar. Andrzej Piasecki
- bosmanmat Teofil Piechota
- bosman Jan Piegza 
- bosmanmat Teodor Pokrywka 
- marynarz Józef Prociuk 
- bosmanmat Bronisław Prokudowicz
- bosmanmat Tomasz Prządka
- mat Henryk Rebizant
- kapitan mar. Florian Roszak
- bosman Stanisław Samotus
- bosmanmat Julian Skarbek
- porucznik mar. Jerzy Sosnowski
- bosmanmat Zygmunt Sosnowski
- chorąży mar. Józef Stelmaszyk
- bosmanmat Ignacy Świebocki
- st. marynarz Jan Szal
- bosmanmat Wacław Szubert
- bosmanmat Jan Torbus
- marynarz Stanisław Uliczny
- mat Zdzisław Wilwer
- st. marynarz Piotr Jan Zydroń


Członkowie załogi nie uczestniczący w ostatnim rejsie:

- ppor. mar. Stanisław Pierzchlewski - zginął 8 października 1943 roku na polskim niszczycielu ORP Orkan
- bosmat Władysław Oczkowski
- bosmat Czesław Olesiński
- mat Alojzy Grewka
- st. mar Antoni Szymczak
- bosmat Marek Oldakowski
- mat Feliks Przadak - jako jedyny wrócił po wojnie do Polski

- Eryk Sopoćko - zginął 8 października 1943 roku na polskim niszczycielu ORP Orkan
- mat Jan Krawczyński

- Eryk Sopoćko - zginął 8 października 1943 roku na polskim niszczycielu ORP Orkan

- mat Jan Krawczyński

 

Chwała bohaterom !

Ostatnia wachta na ORP Grom

ORP „Grom”, duma Polskiej Marynarki Wojennej, został zatopiony 4 maja 1940 przez niemiecki bombowiec Heinkel He 111. Oto niezwykłe wspomnienia ocalałego marynarza.
 

W 1940 r. okręty wojenne, które w sierpniu 1939 r. przedostały się z Polski Do Anglii, stacjonowały w porcie Harwich, tuż przed rozpoczęciem Niemieckiej inwazji na Norwegię. Ponieważ ORP Burza w tym czasie uległ awarii, pozostałe ORP Błyskawica i ORP Grom udały się zgodnie z otrzymanym zadaniem do ujścia fiordu Narwik, gdzie dotarły 21 kwietnia 1940 r. Morze w tym czasie, jak wynika z relacji marynarzy ORP Grom, było bardzo spokojne. Polskie okręty wojenne patrolowały miasto i port w Narviku oraz ostrzeliwały z dział pozycje Niemieckie.

Latem 1971 roku, będąc w Gdyni, odwiedziłem moje ulubione miejsce, czyli Muzeum Marynarki Wojennej.  Podczas zwiedzania, zauważyłem marynarza, w charakterystycznej marynarskiej kurtce, który stał przy zdemontowanym z polskiego okrętu wojennego dziale, ustawionym na postumencie. Usłyszałem, jak powtarzał cicho: „Takie samo jak na Gromie - takie samo”. Zapytałem, czy pływał na ORP Grom. Wtedy marynarz opowiedział mi swoją historię.

Tragedia załogi ORP Grom

-„Byliśmy na naszym wspaniałym Gromie zgrani i szczęśliwi, ale gniewni i skorzy do zapłaty Niemcom za Warszawę, za Polskę, za zgliszcza i śmierć. Nasze działa z ORP Grom w Narviku w 1940 r. dawały im,  "szkopom", dobrze popalić. Dowódcy dział świetnie się spisywali, trafiając niemal za każdym razem w zmotoryzowane kolumny Niemców. Szczęście niestety nas opuściło. W nocy z 3 na 4 maja miałem wachtę.  Przygotowywaliśmy się do odcumowania z portu w Narviku. Około godziny 8 rano, bardzo wysoko lecący samolot nieprzyjaciela, Heinkel He 111, zrzucił bombę, która trafiła w naszego Groma, zabijając od razu kilkunastu marynarzy, w tym szefa radiooperatorów. Zawyły syreny alarmowe. Marynarze, znajdujący się pod pokładem, w popłochu chcieli jak najszybciej wydostać się na górny pokład Groma. Ten jednak szybko tonął. Wielu marynarzy było rannych, wielu poparzonych. Wszędzie na pokładzie były porozrywane mundury i krew.

Okręt szybko przechylił się na prawą burtę. Usłyszałem komendę – "Opuścić pokład!". Skakaliśmy do wody szybko, w tym co, każdy miał na sobie. Już w wodzie, widziałem, jak Grom łamał się w połowie a rufa szybko unosiła się ku górze.

Ci, co zostali na okręcie, zaklinowani w kadłubie, głośno krzyczeli: „Ratunku!, Boże zmiłuj!”. Młody marynarz, chłopak z maszynowni, wychylał głowę przez okno w kadłubie, krzycząc:„Mamusiuuuu, ratunku!”. Inni, ranni, którzy nie mogli opuścić okrętu, tonęli wraz z nim, ze słowami „O Boże!, Niech żyje Polska!”.

Lodowata woda fiordu zaczęła szybko zbierać żniwo. Kilku moich kolegów z zimna utonęło po minucie od momentu opuszczenia pokładu Gromu. Gdyby nie brytyjski niszczyciel, który wypłynął na pomoc, zginęli by wszyscy marynarze."

Po tych słowach, marynarz posmutniał, po policzkach pociekły mu łzy. Nagle dotknął lufy działa, przy którym staliśmy i powiedział: „Taka sama jak na Gromie, ale w tamtej słychać krzyki ginących moich kolegów”.

Wówczas mój rozmówca bardzo się wzruszył i mocno ścisnął mi dłoń. - "Może kiedyś ich pochowam, może kiedyś". I odszedł cicho w kierunku Kamiennej Góry. A ja stałem długo w milczeniu przy tym dziale, patrząc za odchodzącym marynarzem.

"Grom" zatonął w ciągu trzech minut a wraz z nim na dno poszło 59 członków załogi (1 oficer, 25 podoficerów i 33 marynarzy). Rozbitków z "Groma" dodatkowo ostrzelali Niemcy, obserwujący wydarzenia ze stanowisk na brzegu.

Gdy po latach przyjeżdżam do mego rodzinnego miasta i odwiedzam Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni, zawsze dotykam lufy tego działa. Może poczuję i usłyszę glosy bohaterskich marynarzy z ORP Grom.

 

Zemsta harcerzy – ukarać czerwonych zbrodniarzy!

W czasach PRL-u 17 września 1939 r. było propagandowo pokazywane jako „pokojowe wkroczenie Armii Czerwonej w celu obrony ludności Białoruskiej i Ukraińskiej” nikt wówczas nie powiedział, że wkroczyli zbrodniarze i był to brutalny napad na Polskę.

Wstęp

Przez całe dziesięciolecia powojenne, w czasach PRL-u, wmawiano Polakom, że Rosjanie pokojowo wkraczali do Polski 17 września 1939 r. a w Katyniu to Niemcy mordowali polskich żołnierzy. Nikt nigdy nie wspominał o tym, iż Polacy jednak bronili się przed napadem sowietów 17 września 1939, o tym, iż nie zapomniano o zbrodniach czerwonych siepaczy i że te zbrodnie nigdy nie zostali rozliczeni. Sponiewierany Polski naród nie padł na kolana przed oprawcami, walczył o swoją godność - walczyła młodzież, a jak walczyła, przeczytajcie tutaj.

Tło historyczne wydarzeń – Czerwony terror

https://www.youtube.com/watch?v=zfEYPH4e_aQ

17 września 1939 r. Armia Czerwona, realizując rozkaz nr 16634 wydany przez ludowego komisarza obrony Związku Sowieckiego Klimenta Woroszyłowa, uderzyła bez wypowiedzenia wojny na Polskę. Wkroczyło do Polski sześć armii uformowane w dwa fronty białoruski i ukraiński. Agresji dokonało ponad 620 tys. żołnierzy, wspartych 4.7 tys. czołgów, 3.3 tys. samolotów. Było to prawie dwa razy więcej niż potencjał Wermachtu, który atakował Polskę 1 września 1939 r.

Żołnierze wkraczającej czerwonej Armii byli, jak to wspominali naoczni świadkowie „ głodni, żądzy krwi, nienawidzący wszystko, co Polskie”.

Sowieccy żołnierze, jak wspominają naoczni świadkowie tych wydarzeń, od momentu wkroczenia na tereny Polskie „mordowali polską ludność cywilną, niszczyli, grabili i palili wszystko czego nie mogli ukraść”. Z ogromną determinacją aresztowano i natychmiast rozstrzeliwano wojskowych, urzędników państwowych, inteligencję, harcerzy, parlamentarzystów, urzędników organizacji społecznych i ich rodzin.

Pierwszymi ofiarami sowieckich represji okazali się dyplomaci oraz pracownicy konsulatów, reprezentujący Polskę w Związku Sowieckim, którzy w wielu przypadkach zostali aresztowani i zesłani na Syberię.

Od pierwszych dni agresji, wojska sowieckie rabowały, paliły, gwałciły i mordowały Polskich obywateli szczególnie żołnierzy. Dowódca Korpusu nr III w Grodnie gen. Józefa Olszyny-Wilczyńskiego wraz z towarzyszącymi mu oficerami po aresztowaniu został ograbiony z rzeczy osobistych i natychmiast rozstrzelany przez rządnych krwi czerwonoarmistów.

W rejonie Sarn w województwie poleskim, Sowieci wymordowali wziętą do niewoli kompanię Batalionu Korpusu Ochrony Pogranicza „Samy” tj. 280 żołnierzy i oficerów.

Zamordowano seriami z broni maszynowej wziętych do niewoli nieuzbrojonych kadetów szkoły Oficerów Policji w Mostach Wielkich.

Obrońców Grodna rozstrzeliwano.  Każdego, kto się poddawał. W ten sposób zamordowano 300 obrońców tego miasta, w tym wielu harcerzy.

Niejednokrotnie wziętych do niewoli palono lub rozrywano granatami. W trakcie bitwy pod Wytycznem, gdy kilkudziesięciu rannych żołnierzy polskich dostało się do sowieckiej niewoli, ci zamknęli ich w Domu Ludowym w Włodawie, po czym ich ograbiono ,rozebrano do naga, mordując i paląc na stosie.

Sowieci stosowali podstępy i kłamstwa by mordować jak najwięcej Polaków. 22 września, w Winnikach koło Lwowa, gwarantując obrońcom miasta po poddaniu swobodnego przemarszu do Rumunii i Węgier, aresztowali wszystkich obrońców wywożąc ich do obozu – kaźni w Starobielsku.

Kapłanów niejednokrotnie w trakcie trwania mszy bito, torturowano publicznie, odcinając ręce i nogi tasakami, wydłubując oczy, wyrywając paznokcie. Kościoły niszczono i zamieniano w magazyny lub chlewnie.

Walka o godność i honor

Z odnalezionych po latach moich notatek z lat 60 i 70 tych XX wieku, ze spotkań z oficerami IIRP które odbywał mój dziadek – rotmistrz WP na śluzach w Bydgoszczy, widnieją zapiski dotyczące wspomnień opowiedzianych w mojej obecności ówczesnego harcerza mieszkającego w Grodnie później żołnierza AK, Żołnierza Wyklętego. Zapiski te, z uwagi na treść, publikuję po raz pierwszy. Nie podam prawdziwego imienia ani danych tej osoby ze względów oczywistych. Bohatera tej opowieści nazwę imieniem Adam. Oto ta prawdziwa historia.

Adam we wrześniu 1939 r. kończył 15 lat, mieszkał wraz z ojcem, urzędnikiem państwowym i matką, księgową, w Grodnie. Tam uczęszczał do pobliskiego Gimnazjum. Był harcerzem, uwielbiał harcerskie obozy, literaturę i nauki humanistyczne. Komendantem hufca harcerskiego, do którego należał wówczas, był Brunon Hlebowicz. Uczył się tam wraz z kolegami nie tylko harcerskich specjalności ale i odbył podstawowe szkolenie strzeleckie.

Rankiem 1 września 1939 r Adam jak i wielu mieszkańców Grodna przygotowywali obronę miasta kopiąc rowy i budując umocnienia. Niemieckie bombardowanie miasta nie wyrządziło większych szkód. Zapał do obrony był powszechny. Fortyfikowano szkoły, budynki administracji, podwórza i ogrody. Uczniowie Szkoły Ogrodniczej ubrani w mundury uzbrojeni w karabiny wykonywali nasypy i stanowiska strzeleckie.

Sowieckie oddziały w dniu 20 września 1939 r. uderzyły na Grodno z dwóch kierunków południowego i wschodniego planując zdobyć miasto z marszu.

Bój o miasto był zażarty Polscy obrońcy bili się, niszcząc kolejno sowieckie czołgi, jeden po drugim, przy pomocy butelek z benzyną i działek ppanc.

Obok nielicznych oddziałów wojskowych Grodna broniła ludność cywilna oraz harcerze rekrutujący się z miejscowych szkół gimnazjalnych – dzięki swemu zapałowi oraz patriotyzmowi byli oni szczególnie cennymi żołnierzami.

Było ich czterech – harcerzy, obrońców Grodna

Było ich czterech kolegów - przyjaciół z podwórka, szkoły i harcerstwa. Razem stanęli do obrony Grodna od dnia 1 września 1939 r., walczą z czołgami sowieckimi, rzucając z ukrycia w nie butelkami z benzyną - to była skuteczna broń.  Czołgi zamieniają się w pochodnie, w ten sposób niszczą oni w jeden dzień aż 4 sowieckie czołgi.

Najmłodszy harcerz, ich kolega, Tadeusz Jasiński, mając niespełna 13 lat, rzuca butelką w sowiecki czołg- butla nie zapala się wówczas załoga czołgu bije go po czym krzyżuje przy pomocy sznurów na przednim pancerzu jako tarczę. Krew spływa po ciele Tadka, wokół padają kule, jest ranny, płacze i cicho błaga „Chcę do mamy – do mamy!” - krzyczy z bólu. Czołg sowiecki strzela i atakuje obrońców Grodna. Harcerz Tadzio zostaje wreszcie uwolniony przez zdesperowane kobiety. Umiera w szpitalu, z odniesionych ran.

Adam z kolegami widzi tę scenę. Niszczą po kilku godzinach właśnie ten czołg butelkami z benzyną. Załoga nie zostaje uratowana, pali się żywcem w jego wnętrzu.

Po dwóch dniach obrony miasta, z powodów braku amunicji  i bezsensowności dalszej walk,i celem zachowania ludności cywilnej przy życiu, poddaje się i wówczas zaczyna się czas nieopisanych zbrodni i represji ze strony sowieckich żołnierzy.

22 września sowieci aresztują  niemal całą inteligencję Grodna, żołnierzy, harcerzy, policjantów. U kogo znaleziono choćby nóż czy scyzoryk, natychmiast zostaje publicznie rozstrzelany. Krew płynie ulicami, ściany budynków stają się czerwone od rozstrzeliwanych mieszkańców Grodna.

Adam z kolegami ukrywa się w dobrze zamaskowanych piwnicach domów, które wcześniej przygotowywali jako miejsca ukrycia i obrony. Tam mieli zgromadzoną żywność i broń. Tam także zanieśli zdobyte w czasie walki sowieckie mundury.

Widzą oni z okien poddasza jednego z  budynków jak wieczorem 22 września sowieci zabijają wielu mieszkańców w tym ich ojców. Zbijają ich strzałem w tył głowy i dobijają bagnetami karabinów, matki są gwałcone prawie publicznie na placyku i po zgwałceniu przez wielu żołdaków oni rozpruwają im brzuchy bagnetami. Kobiety umierają w nieopisanych cierpieniach jęcząc głośno. Harcerze po takim widoku przysięgają  krwawą zemstę i śmierć oprawcom.

Krwawa zemsta na sowieckich katach

W dzień harcerze ukrywają się przed oprawcami sowieckimi, którzy już zaczęli ich poszukiwać za obronę Grodna. Wieczorami przebrani w mundury sowieckie i broń, zabraną w czasie zdobycia wozu z aprowizacją, zabijają z niespotykaną wściekłością napotkanych na ulicach, w parkach, w budynkach, wrogów. Zabijają  ich także po cichu bagnetami, głównie gdy śpią w swoich kwaterach lub strzałami z broni palnej, gdy sowieci wracają do koszar pijani i szczęśliwi z dokonywanych mordów i grabieży.

Zabijają ich bez litości wręcz ze łzami rozpaczy po utracie ojca i matki, najbliższych jako odwet, jako zemstę którą im zaprzysięgli. Ci młodzi pełni romantycznych uniesień chłopcy stają się bezwzględnymi bojownikami – żołnierzami.

Upatrzyli sobie głównie oficerów i żołnierzy NKWD najbardziej zwyrodniałych katów, których  to zabijają po planowym przygotowaniu takiej akcji. Pomagają im w tym znajomi, mieszkańcy Grodna, informując gdzie ci sowieci śpią, gdzie chodzą itp.

Adamowi udaje się przez czysty przypadek rozpoznać oficera sowieckiego, który gwałcił i mordował jego matkę, a on tę scenę widział.

Dopada kata swojej matki w kwaterze gdy ten oprawca już spał. Wbija mu długo bagnet w piersi i zaskoczone oczy, bardzo długo, tak jakby chciał zapomnieć tamte widziane straszne sceny, gdy ten kat gwałcił i mordował jego matkę. Mieszkańcy pomagają zakopać na pobliskim trawniku zabitego oprawcę. Zabija tej nocy także jeszcze dwóch pijanych żołnierzy sowieckich. Jednemu podcina gardło, drugiemu wbija bagnet w serce. Jego koledzy namawiają go do ucieczki z miasta, ponieważ obława na nich już się rozpoczęła i wyznaczono za ich głowę wysoką nagrodę.

Pomaga im w ucieczce znajomy sklepikarz, wywożąc wozem poza miasto. Harcerze przez kilka dni przebywali w jednej z pobliskich plebanii ukryci w piwnicach. Tam starali się dojść do siebie po tych strasznych przeżyciach.

Młodzi, 15 i 16-letni, osieroceni przez zbrodnie katów sowieckich, zaprzysięgli zemstę, zaprzysięgli ją na krzyż, w obecności kapłana. I tak się stało. Walczą ci harcerze w oddziałowych AK walczą aż do lat 50-tych XX wieku, stając się ich dowódcami nazywanymi obecnie Żołnierzami Wyklętymi. Ich podwładni czy dowódcy są zaskoczeni, jak są zdesperowani w atakach na sowietów głównie NKWD jak nie boją się śmierci.

Wojnę przeżyli, udało im się uniknąć katowni UB. Ale już nigdy nie zapomnieli o tych straszliwych zbrodniach, dokonanych przez sowieckich oprawców w Grodnie, jak trauma zawsze te sceny wracały im przed oczy. Przez wiele lat ukrywali się pod zmienionymi nazwiskami. Tamte straszne chwile zmieniły całkowicie ich życie.

 Tym bohaterom, obrońcom Polski tak mocno doświadczonym przez los dla których Polska była dobrem najwyższym ten artykuł poświęcam.

Chwała bohaterom !

 

 

Jak Rotmistrz Witold Pilecki serce swojej wybranki zdobywał

Rotmistrz Witold Pilecki był nie tylko człowiekiem, który dokonał wielu bohaterskich czynów na polu walki o Polskę. Jego działania w życiu prywatnym, zdobycie serce swojej jedynej wybranki, również powinny zostać docenione.

Nie wszyscy wiedzą, że uwielbiany przez młodych polskich patriotów, bohater narodowy, rotmistrz Witold Pilecki (awansowany w 2013 r. pośmiertnie do stopnia pułkownika), bestialsko zamordowany przez władze komunistyczne w 1948 r., był nie tylko bohaterem narodowym, który nie bał się wrogów ani śmierci. Był także, jak o nim piszą, przystojnym mężczyzną, pełnym ułańskiej fantazji i romantycznego serca.

Rotmistrz i wybranka jego serca

Maria Ostrowska, pochodząca z Ostrowa Mazowieckiego, była nauczycielką w siedmioklasowej szkole, w miejscowości Krupie. W 1925 r. ukończyła gimnazjum oraz dwuletni kurs metodyczno - pedagogiczny w Ostrowi Mazowieckiej.

Pierwszą posadę nauczycielki otrzymała w roku szkolnym 1925/26, w Publicznej Szkole Powszechnej w Bieniakoniach. Po dwóch latach przeniosła się do siedmioklasowej szkoły we wsi Krupa k/Lidy, gdzie poza pracą nauczycielki, prowadziła społecznie Koło Gospodyń Wiejskich, a także Koło Młodzieży. Była nauczycielką. Zyskała sobie sympatię i szacunek wśród okolicznej ludności. Mieszkała w majątku państwa Szukiewiczów, położonym niedaleko szkoły.

Częstym gościem w tym majątku był Witold Pilecki, któremu piękna nauczycielka przypadła do gustu.

Nieopodal majątku, gdzie zamieszkiwała Maria, stacjonował 5 Pułk Lotniczy, a jego piloci często spoglądali na spacerującą nieopodal Marię. Konkurencja do serca pięknej nauczycielki była duża, szczególnie, że piloci cieszyli się „wzięciem u współczesnych kobiet”.

 

Tak zdobył jej serce

Młody i przystojny wojskowy z pobliskiego majątku Sukurcze, Witold Pilecki, musiał się natrudzić, by zdobyć serce swej wybranki. Wykorzystał fakt, iż był słuchaczem sztuk pięknych na Uniwersytecie im. Stefana Batorego. Zaimponował pannie Marii znajomością malarstwa jak i umiejetnością malowania.

Dzielny rotmistrz miał konkurenta, lotnika ze wspomnianej bazy, który przyjeżdżał często do Marii rowerem. Rotmistrz wymyślił fortel. Przekupił kogoś, kto zabrała lotnikowi rower, a on musiał piechotą wracać do bazy lotniczej przez 5 długich kilometrów.  Wówczas amory do pięknej nauczycielki definitywnie mu przeszły.

Witold Pilecki świetnie jeździł konno. By zdobyć serce swojej wybranki, skoro świt galopował, by w otwarte okno, gdzie spała jego wybranka serca, wrzucać bukiety świeżych kwiatów.

Znajomość z panią Marią zacieśniał na organizowanych w majątku zabawach tanecznych. Jego ułańskie serce biło tylko dla niej.

 

Okrutny koniec miłości

Pobrali się 7 kwietnia 1931 r. Dalsze ich losy, pięknego i jakże romantycznego uczucia, przeplatała okrutna wojna, a zakończyło zabójstwo Witolda przez komunistycznych oprawców.

Bohater narodowy, tak uwielbiany przez młodych polskich patriotów, Żołnierz Wyklęty, Rotmistrz Witold Pilecki, miał być, według jego oprawców i zbrodniarzy, zapomniany na zawsze Tak zdecydowali jego komunistyczni mordercy.

Stało się inaczej. Jego bohaterskie i romantyczne serce powstało jak feniks z popiołów, by dawać przykład jak żyć i walczyć o swój kraj, jak kochać i być kochanym.

Wdowa po rotmistrzu Witoldzie Pileckim, córka ziemi ostrowskiej - Maria z Ostrowskich Pilecka, 14 lutego 2002 roku spoczęła na warszawskich Powązkach. Odeszła cicho i bez rozgłosu, tak jak żyła. Miała 96 lat. W milczeniu i zadumie, bez pogrzebowego marszu i salwy honorowej, kondukt żałobny odprowadził ją do Alei Zasłużonych.

 

Żródło : Mirosław Krzyszkowski, Bogdan Wasztyl „Pilecki. Śladami mego taty”.

Śmierć stawała się wybawieniem - historia prawdziwa

Są historie prawdziwe opowiedziane przez świadków, które poruszają serca i umysły - oto historia życia Pana Jana oraz opowieść, jak wieczne pióro jego ojca uratowało mu życie.

Jak to się zaczęło?

Styczniowy poranek przywitał mieszkańców jednej z podpoznańskich miejscowości nie tylko lekkim mrozem ale i złocistym słońcem, które odbijało się na chodnikach, gdzie leżała niejednokrotnie warstwa cienkiego lodu.

Na takim lodzie przewrócił się, utykający na prawą nogę, starszy już pan. Gdy pomogłem mu wstać i zaprowadziłem kulejącego przechodnia pod wejście do jego domu – zaprosił mnie do siebie z wdzięczności za okazną pomoc na przysłowiową kawę i opowiedział tę historię z własnego losu i życia. Tę niesamowitą i jakże wzruszajacą historię za zgodą Pana Jana ( imię zostało zmienione ) przestawiam Państwu.

Pan Jan i jego niesamowita historia

1939 rok, wrzesień, wybucha II wojna światowa. Pan Jan z matką i 2-letnim braciszkiem przedzierają się na wschodnie rubieże Polski do najblizszej tam mieszkajacej rodziny - jak najdalej od zawieruchy wojennej.

Ojciec Jana był policjantem w miasteczku oddalonym ok 80 km od Poznania. To on nakazał swojej rodzinie ewakuację we wrześniu 1939 r. do swojej siostry, by tam, jak twierdził "przeczekać wojnę”. W połowie września, po cywilnemu, przedziera się i on także do swojej rodziny. Ale i tutaj wojna zastaje małego Janka z rodziną. Sowieckie uderzenie i napaść na Polskę, powoduje okupacje sowiecką tego terenu.

Ojciec Janka zostaje aresztowany pod koniec grudnia 1939 r. w nocy przez NKWD  i wywieziony w nieznanym kierunku. Po około dwóch tygodniach od tego momentu, NKWD aresztuje matkę Jana i jego 2 letniego braciszka i wywozi do podstawionych na dworcu kolejowym bydlęcych wagonów. Temperatura powietrza w tamtym czasie osiągała prawie minus 30 stopni. Zbici i stłamszeni w bydlęcym wagonie, ubrani tylko w to, co udało im się wziąć do ręki, mają oni spędzić w podróży na Syberie prawie miesiąc.    

Pan Jan w czasie aresztowania zabrał z domu jedyną pamiątkę po ojcu – jego wieczne pióro, które uratowało mu później życie.

Ludzie stłoczeni w ciasnych, nie ogrzewanych bydlęcych wagonach bez ciepłego ubioru ( byli  ubrani tylko w to, w czym zostali aresztowani w domach przez NKWD), bardzo często umierali z zimna i głodu. Zamarznięte zwłoki zesłańców, żołnierze NKWD nie grzebali a wyrzucali z wagonów na tory lub do pobliskich rowów, a pociąg jechał dalej w głąb sowieckiej Rosji.

Na licznych przystankach, miejscowa ludność litowała się często na losem zmarzniętych ludzi stłoczonych w bydlęcych wagonach, dając im kawałek chleba czy ciepły napój.

U celu podróży, w tajdze w szczerym polu, zobaczyli wykopane jamy w ziemi z małym piecykami w środku – to miał być ich dom na wiele lat. Teren był ogrodzony i pilnowany przez siepaczy z NKWD. Na początku spali w tych ziemiankach na gołej ziemi, wspominał ze łzami w oczach Pan Jan, później z pobliskiego kołchozu ukradł drzwi, które wsparte na czterech wbitych w ziemię kołkach było łóżkiem dla trzech osób dla jego rodziny.

Matka Pana Jana pracowała wówczas po 16 godzin na dobę przy wyrąbie lasu, za miskę zupy dziennie i bochenku chleba na tydzień. Dzieci przymusowo musiały pracować minimum 8 godzin dziennie i dodatkowo uczęszczały przymusowo do pobliskiego kołchozu do sowieckiej szkoły. Wówczas, jak twierdził Pan Jan, śmierć stawała się wybawieniem dla tych skatowanych i sponiewieranych ludzi. A umierali oni setkami z wycieńczenia, głodu, z mrozu i chorób.

Szkoła – to takie wielkie słowo, jak wspominał Pan Jan, ale to była adaptowana obora, gdzie w smrodzie obok świń siedziały wysiedlane z Polski dzieci na klepisku na ziemi. Do pisania służyły im pióra wyrwane z upadłych na ziemię ptaków a za papier fragmenty sowieckich gazet. Atrament robiono ze zmielonych czarnych jagód.

Jak wieczne pióro ratuje życie

W połowie 1941 roku, podczas przymusowych szczepień dzieci organizowanych przez naczelnika obozu, z powodu zakażonych igieł do strzykawek (chodziły słuchy iż celowo zakażonych), umiera w męczarniach ponad 40 zaszczepionych dzieci, w tym braciszek Pana Jana.

Sam Pan Jan, z zakażoną ręką przeznaczoną do amputacji, zachorował. Gdy zrozpaczona matka zaprowadziła go do lekarza do pobliskiego kołchozu, wtedy on po kryjomu wręczył sowieckiemu lekarzowi najcenniejszą pamiątkę jaką posiadał – wieczne pióro ojca, zabrane podczas aresztowania przez NKWD z doku. Lekarz sowiecki okazał jednak wdzięczność, dając choremu chłopcu serię zastrzyków z surowicy i wyleczył go w ten sposób z ostrej infekcji i niechybnej amputacji ręki a nawet śmierci.

Mijają lata walki o życie, o zdobycie kawałka chleba. To już niemal codzienność. Mały Jan, oprócz przymusowej nauki, musi pracować i to ponad 8 godzin dziennie. Inaczej nie otrzyma żadnego jedzenia. Choroby, brud, śmierć - takie sceny towarzyszą jego dzieciństwu. W nocy, gdy zamyka oczy, tęskni za ojcem, pragnie by z nim był - bardzo wówczas tęskni za domem w Polsce i po kryjomu płacze z tęsknoty i bólu rozstania.

W 1946 roku wraca z matką do Polski. Nie może jednak długo zrozumieć, że jedzenia się nie kradnie a kupuje, że są sklepy, zabawki dla dzieci a po szkole nie potrzeba wycinać w lesie drzew. Że  aby przeżyć nie trzeba kraść, nie ma drutów kolczastych a pijani wartownicy nie strzelają do ludzi dla zabawy.

Powoli do Janka - dziecka a przeżyciami dorosłego - wraca wiadomość człowieczeństwa i ludzkich zwykłych praw do życia.

Matka Jana, od momentu przyjazdu do Polski, poszukuje męża – policjanta aresztowanego przez NKWD. Niestety jej trud odbija się wręcz wrogością w ówczesnych władzach PRL. Jak to zesłańcy na Sybir? Policjant granatowy? – toż wróg nieprzejednany jak żołnierze AK. Takie tylko odpowiedzi otrzymuje w urzędach.

Trudno było przeobrazić się młodemu chłopakowi, jak opowiadał Pan Jan, po zdeptaniu ludzkiej godności przez siepaczy z NKWD (za czasów PRL – ci siepacze byli przyjaciółmi komunistycznych władz Polski) w dorosłego mężczyznę, żyjącego wówczas w komunistycznej Polsce.

Pan Jan, jak opowiadał, połączył wówczas swoje dwa życia w jedno – to prawdziwe z rodzicami i bratem, później w sowieckim łagrze i drugie, niby w swojej ojczyźnie, zarządzanej z zagranicy przez katów swojej rodziny. Był zbyt młody i zbyt słaby, jak twierdził, by walczyć o taką Polskę, którą pamiętał jak był dzieckiem.

Matka, ta najukochańsza istota, która pozostała w jego życiu, schorowana, zniszczona życiem, zasnęła na zawsze w jego objęciach, prosząc go o odnalezienie męża i ojca Pana Jana.

Przez całe swoje dorosłe życie szukał on śladów swego ojca, by tym wypełnić dane słowo umierającej najukochańszej swojej matce. Dopiero kilka lat temu znalazł się na cmentarzu na obcej ziemi, gdzie we wspólnej mogile leżeli żołnierze oraz policjanci, zamordowani przez NKWD strzałem w tył głowy w 1940

Przed skromną tabliczką upamiętniającą imię i nazwisko oraz datę urodzin i śmierci swego ojca głośno zapłakał, a był to płacz małego chłopca i dojrzałego mężczyzny, płacz tęsknoty i żalu.

Gdy wypowiadał pan Jan właśnie te słowa, to łzy ciekły po jego policzkach................

Wyklęci a jednak wygrani

Żołnierze wyklęci już zwyciężyli w walce ze złem, z sowieckim totalitaryzmem i komunistycznymi poglądami swoich rodaków. Dzisiaj, głównie dzięki młodym Polakom, trwać będzie pamięć o żołnierzach z antykomunistycznego podziemia.

Bohaterowie niezłomni – żołnierze wyklęci

Głównie młode środowiska patriotycznie nastawionych Polaków, nie zapominają o żołnierzach AK, o żołnierzach wyklętych. Na portalach społecznościowych dają temu wyraz, nie tylko organizując lub uczestnicząc w organizowanych w dniu 1 marca każdego roku oficjalnych uroczystościach. Sami także, co roku, organizują marsze, przejazdy rowerowe, składanie kwiatów i zapalnie zniczy pamięci na mogiłach tych, którzy zginęli za Polskę. Jest to jedna z wielu form zachowania w pamięci bohaterów narodowych, ale także i pokazanie oraz zamanifestowania swego patriotycznego nastawienia.

Szkoda, że oprawcy tych, dla których organizowane są w dniu 1. marca każdego roku uroczyste państwowe obchody - nie są ścigani za swoje komunistyczne zbrodnie i cały czas otrzymują z budżetu państwa wysokie emerytury.

Przy bierności polityków i urzędników państwowych, wciąż w mediach można odszukać obraźliwe teksty np. pod adresem 17-letniej Danuty Siedzikówny, żołnierza niezłomnego ps. „Inka”, która została zamordowana 28 sierpnia 1946 r. przez komunistycznych oprawców. Były przypadki zbezczeszczania przez nieznanych sprawców jej pomnika, znajdującego się w krakowskim parku Jordana. Postkomuniści i lewicowe środowiska nadal nazywają „Inkę” i „żołnierzy wyklętych” bandytami, jak za czasów PRL-u, twierdząc, że to była wojna domowa, a nie antykomunistyczne powstanie. Dla nich czas PRL-u jak widać trwa nadal.

Dla środowisk patriotycznych, w moim skromnym przekonaniu, świadectwo wyklętych jest jednym z najważniejszych składników budujących tożsamość narodową – to kręgosłup narodu.

 

Prawda jest odkopywana

W kontekście dochodzenia do narodowej prawdy historycznej, nie tylko są prowadzone na szeroką skalę prace ekshumacyjne, między innymi w kwaterach Cmentarza Wojskowego na Warszawskich Powązkach, gdzie wydobyto już ponad i zidentyfikowano 109 polskich patriotów, ale to głównie tworzenie się patriotycznych postaw, jest elementem powstających zmian w świadomości Polaków.

W tych i innych odkrytych mogiłach, leżą zamordowani przez komunistów i wyrzucenia jak worki na śmieci do dołów,  m.in. na „Łączce”, w tajemnicy przed innymi, głównie w nocy, żołnierze wyklęci.  Grzebano ich w taki sposób, by nikt nigdy już ich nie odnalazł i by pamięć o nich zanikła na zawsze. Ten komunistyczny mord na zawsze miał pozostać tajemnicą.

Stało się inaczej, to tutaj odkopano Edmunda Smolińskiego, wybitnego chemika, porucznika AK, uczestnika Powstania Warszawskiego, żołnierza niezłomnego, który woził rozkazy i polecenia dowództwa przebywającego poza granicami kraju dla walczących oddziałów z komunistycznymi władzami w kraju. Odznaczonego Krzyżem Walecznych, torturowanego, skazanego na karę śmierci i rozstrzelanego w wieku 32 lat na Mokotowie 13 kwietnia 1950 r. Odkopano również żołnierza września 1939 r., Stanisława Łukasika ps. Ryś, kapitana AK, dowódcy partyzantki na Lubelszczyźnie, odznaczonego Orderem Virtuti Militari V klasy i Krzyżem Walecznych, zamordowanego przez komunistyczne władze w wieku 32 lat w dniu 7 marca 1949 r. By bardziej upodlić tego Polskiego bohatera i patriotę, w chwili jego zamordowania ubrano go w mundur żołnierza Wermachtu!

 

Przywracanie godności

Wymienieni bohaterowie antykomunistycznego podziemia, jak i wielu innych pomordowanych i zapomnianych przez lata żołnierzy walczącego podziemia, wygrywają walkę ze złem, z sowieckim totalitaryzmem. To tym właśnie pomordowanych bohaterom także zawdzięczamy wolną Polskę.

Dzisiaj, ekshumacje żołnierzy wyklętych śledzi niemal cała Polska, śledzą szczególnie ludzie młodzi, dla których pamięć o żołnierzach antykomunistycznego podziemia będzie trwać zawsze a ich życiorysy, tych którzy się nie poddali, będą inspirowały całe pokolenia.

Dlatego żołnierze niezłomni - żołnierze wyklęci, bohaterowie swego narodu, już wygrali i to nie dlatego, że politycy stanowili dzień 1 marca Narodowym Dniem Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” i nic tego procesu już nie zmieni.

Wygrali, bo są na zawsze w sercach tych, dla których dobro Polski jest dobrem najwyższym.

Chwała bohaterom.

Bohaterowie są nieśmiertelni

Polskie Termopile, któż o nich nie słyszał i nie czytał. Bezprzykładne męstwo i bohaterstwo związane z Obroną Wizny rozegrało się w dniach 7 -10 września 1939 r.

Zamiast wstępu.

https://www.youtube.com/watch?v=1QL0bXxjqEQ

Moje spotkania z historią

Mając kilkanaście lat słuchałem z zapartym tchem opowiadań, jak to bohaterowie swoich czasów oficerowie II RP w Bydgoszczy na niedzielnych spotkaniach koło Bydgoskich Śluz opowiadali o walce o wolną i niezależną Polskę. Opowiadali o czynach bohaterskich i heroicznych o walce z najeźdźcą Niemieckim i komunistycznym. Wspominali ze wzruszeniem o mężnych 720 żołnierzach stawiających opór 42 tys. agresorom, ich walce i śmierci dla Polski.

W tamtych czasach ich opowiadań tj. w latach 70 tych XX wieku swobodnie nie można było mówić o bohaterstwie żołnierza Polskiego, tego z września 1939 r. Po 1959 r. władze komunistyczne tworzyły mit śmierci i niepotrzebnej walki i tych spod Wizny i innych miejsc bohaterstwa żołnierza tworząc otoczkę straconej i nikomu niepotrzebnej bezpowrotnie młodej Polskiej krwi.

Wówczas to osobiście jako młody chłopak będąc mimowolnym świadkiem i uczestnikiem opowiadaniach tych, którzy byli świadkami i bohatersko walczyli w kampanii wrześniowej 1939 r. dokonywałem odręczne notatki by te opowiadane historie i te zasłyszane wówczas przeżycia tych ludzi nigdy nie zaginęły.

Z tych opowiadań dowiedziałem się o prawdziwym i bezprzykładnym bohaterstwie polskiego żołnierza jakich mało było na świecie i o tych, dla których Polska znaczyła więcej niż własne życie. Dowiedziałem się wówczas o bitwie pod Wizną oraz o Polaku, który ślubował, że żywy tej bitwy i swoich żołnierzy nie opuści, słuchałem opowieści o kapitanie Władysławie Raginisie.

Przez wiele lat po tym wydarzeniu, jak już wspominałem, mówienie i pisanie o tych bohaterach, co ginęli za Polskę w bezprzykładnym bohaterstwie 1939 r., było przez władze komunistyczne zabronione. Polacy nie mogli posiadać i czcić swoich bohaterów - patriotów. Jedynym słusznym w tamtych czasach bohaterem był ten spod Lenino (nie pomijąc i ujmując w żadnym przypadku także i tamtego bohaterstwa). Dzisiaj patriotyzm młodym ludziom kojarzy się raczej z pieniędzmi i wygodnym życiem, cóż zapewne do końca nie jest to ich winą.

Polska posiada taką młodzież jakie dostarcza jej wzorce do naśladowania, no i mamy te wzorce, a jakie one są na co dzień widzimy. Polityka, głupota, ignorancja władzy, brak tworzenia warunków bytowych i socjalnych, brak pracy itp. To są czynniki wpływające na postawy młodych ludzi. W kraju istnieje wiele wzorców pozytywnych, godnych jak nie do naśladowania, to choćby ich poznania. O jednym z takich przypadków bohaterstwa żołnierza Polskiego pragnę przypomnieć.

Tło historyczne wydarzenia

Ufortyfikowany w bunkry i transzeje obronne odcinek obronny nazwany "Wizna" wchodził w skład Samodzielnej Grupy Operacyjnej Narew, której zadaniem było w czasie wojny obronnej 1939 r. obrona przed Niemcami przepraw na rzece Narwi i Biebrzy.

Kierowanie obroną tego ważnego z punktu wojskowego odcinka polskie dowództwo zleciło absolwentowi oficerskiej szkoły piechoty, kapitanowi Władysławowi Raginisowi (1908-1939). Posiadał on pod swoją komendą 720 żołnierzy uzbrojonych w 6 dział, 24 ciężkich karabinów maszynowych, 18 ręcznych karabinów maszynowych.

Żołnierze kapitana Raginisa stanęli w dniu 8 września 1939 r. naprzeciw niemieckiemu XIX korpusowi pancernemu w składzie: 3 dywizji pancernej generała von Shweppenburga i 20 dywizji zmotoryzowanej generała Wiktorina. Dodatkowo w skład korpusu wchodziły: 10 dywizja pancerna generała Schaala oraz brygada forteczna "Lótzen" pułkownika Galla łącznie 42 tys. żołnierzy. Stosunek sił był przerażający - 1 do 40. Ta bitwa była jedyną w czasie całej kampanii wrześniowej o takim zróżnicowaniu żołnierzy i wyposażenia wojskowego.

W dniach od 8 do 10 września 1939 r, nad Wizną rozegrało się bezprzykładne bohaterstwo polskiego żołnierza. Na jednego polskiego żołnierza przypadało wówczas czterdziestu atakujących żołnierzy niemieckich uzbrojonych w działa, czołgi i samoloty.

Siły polskie broniły polskiej ziemi bezprzykładnie, walcząc w okopach czy bunkrach od 8 do 10 września 1939 r. Przewaga nieprzyjaciela była jednak przytłaczająca, jak wspominałem, nie tylko w sprzęcie wojskowym, ale i liczebności. 9 września opór obrońców był tak wielki, iż musiał interweniować niemiecki generał Guderian, obejmując dowództwo nad siłami agresora.

Żołnierz polski bił się wówczas dopóki starczyło mu życia i amunicji, z zaciętością i determinacją nieznaną nigdy dotąd. Świadkowie tamtych zdarzeń opowiadali później, że strzelali nawet ciężko ranni zabierając od poległych broń i amunicję. Gdy zabrakło broni maszynowej atakowali Niemców bagnetami i saperkami. Ta obrona została nazwana później "Polskimi Termopilami".

Gdy padły już wszystkie punkty polskiej obrony z powodu śmierci jej obrońców 10 września 1939 r. Niemcy wezwali polskich żołnierzy do poddania, bojąc się ich dalszego oporu i własnych ponoszonych strat, informując jednocześnie iż w przeciwnym przypadku wszyscy jeńcy zostaną rozstrzelani. Ciężko ranny dowódca obrony Wizna kapitan Raginis wysadził się w powietrze granatem pozostając wiernym wcześniej złożonej przed swoimi żołnierzami przysiędze, że nie opuści linii obrony oraz swoich podkomendnych za życia.

Po 17 września 1939 r. kolejny agresor zajął te tereny - były to bolszewickie dywizje, które wkroczyły na ten teren zbrukany polską krwią. Mieszkańcy pobliskich miejscowości nie dali im możliwości pastwienia się nad poległymi ponieważ już wcześniej pochowali swoich obrońców, a ich ciała ukryli przed bolszewickimi katami.

Bohaterowie są nieśmiertelni wówczas gdy żyją w sercach swego narodu. Pamiętajmy o nich na zawsze.

Chwała bohaterom !

Pałacyk Michla, Żytnia, Wola...

„Pałacyk Michla, Żytnia, Wola, bronią jej chłopcy od Parasola"... Tak rozpoczyna się piosenka napisana w czasie powstańczych walk w Warszawie. Jej historia jest równie ciekawa jak losy żołnierzy Batalionu "Parasol".

To nie było zwykłe spotkanie

Późne lata 60. XX wieku budziły na Wybrzeżu pierwsze oznaki robotniczego buntu na tle ekonomicznym, ale rozbudzały też tożsamość narodową – patriotyzm i poczucie wielkiego heroizmu Polaków na polach II wojny światowej. W tamtym czasie, zdominowanym przez PZPR i ZSRR, gdzie hasła komunistyczne miały zastąpić realne życie, a Katyń „to było miejsce zbrodni niemieckiej”, Powstanie Warszawskie było „nikomu niepotrzebnym zrywem straceńców”. Jednak powoli budził się w Polakach duch patriotyzmu i buntu przeciw zakłamaniom władzy ludowej.

Mój rodzinny dom, zdominowany przez oficerów II RP, żołnierzy AK, Żołnierzy Wyklętych, Powstańców Warszawy, zawsze, o ile pamiętam, był domem, gdzie spotykali się ci, którzy walczyli o wolną i niepodległą Polskę.

Wtedy, pamiętam, pod koniec lat 60. XX wieku, rodzice zapragnęli uczcić moje 15. urodziny czymś specjalnym, przesuwając je z 6 sierpnia na 1 sierpnia 1967 r.

Wspomnienia

To niezwykłe spotkanie niezwykłych ludzi pamiętam tak, jakby to było dziś... Pamięć o tym zdarzeniu pozostała we mnie na zawsze.

Oto opowieść o bohaterach niezwykłych, o Polakach, którzy nie kłaniali się swoim oprawcom. Posłuchajcie o żołnierzach Batalionu "Parasol".

Pięciu wspaniałych

1 sierpnia, punktualnie o godzinie 17.00, w słoneczny dzień, do mego domu, na mój urodzinowy, uroczysty obiad weszło 5 osób z parasolami w rękach.

- Pada? – zapytałem, nie mogąc się nadziwić, bo za oknem świeciło słońce.

Wówczas goście, moi rodzice i dziadkowie parsknęli śmiechem. - Widzisz Andrzej – to symbol tego, co zaraz usłyszysz – powiedział mój dziadek, rotmistrz.

Usłyszałem: - Rotmistrzu, zaśpiewajmy! I zaśpiewali tak, jak stali, wyprostowani w pokoju gościnnym, piosenkę... "Pałacyk Michla, Żytnia, Wola, bronią się chłopcy od Parasola...”.

Śpiewali cicho, patrząc na siebie. Po miłym przywitaniu, już podczas obiadu, zaczęli wspominać, a ja zacytuję zapamiętane ich słowa, bez żadnego komentarza.

- Pamiętacie, jak do was trafiłem? - zapytał przybyłych gości mój dziadek.

- Pewnie! - wykrzyknęli prawie jednocześnie. - Dałeś Janek nam wtedy popalić na musztrach, strzelaniu, taktyce i działań odwetowych.

- Pamiętam, jak „Nil” mnie do was skierował, do „Parasola”, do batalionu do zadań specjalnych, czyli likwidacji katów i agentów gestapo. Szkoliłem was, byście mogli przeżyć i jak widać robiłem to skutecznie,  skoro tutaj dzisiaj jesteśmy - kontynuował mój dziadek.

- Janek - zwrócił się do mego dziadka jeden z przybyłych gości - a pamiętasz jak w lipcu 1944 r. atakowaliśmy aptekę Wendego na Krakowskim Przedmieściu i jak wylatywały nam bandaże spod koszul, ładowane pospiesznie?  Było bardzo niebezpiecznie...

- Ale za to mieliśmy opatrunków na całe powstanie – odpowiedział mój dziadek. Wówczas zaczęły padać imiona i pseudonimy żołnierzy „Parasola”. Nie wszystkie zapamiętałem, ale zapisałem kilka z nich.

Byli to: Adam Borys – wielkopolanin, cichociemny, posiadał w konspiracji pseudonimy „Pług”, a także „Bryl”, dowódca Batalionu „ Parasol”, który utrzymywał kontakty z moim dziadkiem. Zmarł nagle 28 sierpnia 1986 r. Pamiętam, jak pokazywał mi kiedyś ordery Virtuti Militari i Polonia Restituta śmiejąc się, że z moim dziadkiem są „bliźniakami”, bo mają te same ordery. W 1981 r. awansowany został pośmiertnie do stopnia podpułkownika.

Byli też: Jerzy Dargiel, Andrzej Malewski, Jerzy Zborowski i Krzysztof Kamil Baczyński. Tak, ten sam. Wspomniano też harcmistrza Stanisława Leopolda i Zdzisława Poradzkiego. Innych, wymienianych szybko, nie zapamiętałem.

Losy batalionu i jego żołnierzy

Podczas tego spotkania dowiedziałem się również, że „Parasol” ma otrzymać Krzyż Srebrny Orderu Wojennego Virtuti Militari klasy V. I stało się to rok po tym spotkaniu, 11 listopada 1968 r. Oficjalne wręczanie odbyło się już w 1975 r. w Instytucie Polskim i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie.

W 2001 r., przedstawiciele Batalionu "Parasol" i Kapituły Orderu Wojennego Virtuti Militari przekazali uroczyście insygnia tego orderu na proporzec 3 Batalionu 1 Pułku Specjalnego Komandosów w Lublińcu. I stało się to, o czym tak często piszemy. Tradycje batalionu „Parasol” zostały przejęte przez obecną, wzorcową Jednostkę Wojskową Komandosów WP w Lublińcu.

Gdy weszła do pokoju moja babcia, goście wstali. I wówczas dowiedziałem się, że ta szczupła, zmęczona życiem kobieta, żona przedwojennego oficera, poniżana po wojnie (przez 15 lat musiała się ukrywać), była w czasie okupacji żołnierzem Kedywu AK, walczyła z bronią w ręku w obronie „Pałacyka Michlera”.

Znała bardzo dobrze łączniczkę, Krystynę Wańkowicz, która zginęła od pocisku moździerzowego w 4 sierpnia 1944 r. Jej miejsce pochówku jest do chwili obecnej nieznane.

Moja babcia widziała także, jak plut. pchor. Józef Szczepański ps. „Ziutek” napisał wiersz, który później stał się popularny wśród powstańców jako piosenka pt. „Pałacyk Michla”.

Po zakończeniu Powstania Warszawskiego, moja babcia uciekła z transportu i walczyła jako żołnierz AK w Lublinie z jednostkami sowieckimi NKWD i UB. Została nawet skazana na śmierć przez komunistów, przez wiele lat żyła w ukryciu i pod zmienionym nazwiskiem.

Prezent urodzinowy

Słuchałem z zapartym tchem opowiadań naszych gości o historii walk na barykadach stolicy. Brzmiały one wyjątkowo, gdyż w tamtym czasie „karmiono” społeczeństwo takimi postawami, jak te, prezentowane w filmie „Czterej pancerni i pies”.

Właśnie opowieści żołnierzy AK o Powstaniu Warszawskim wprowadzały mnie w całkiem inny świat - patriotów, ludzi, którzy składali swoje młode życie na biało-czerwonych sztandarach. Był to świat bohaterskich czynów, walki o Polskę, świat przyjaźni, świat prawdy, a nie zakłamania i literackiej fikcji.

Wówczas także otrzymałem nietuzinkowy, urodzinowy prezent - oryginalną odznakę Batalionu "Parasol", którą nosił przez całe Powstanie, a później chował jak relikwię, jeden z gości tego niezwykłego spotkania.

Otrzymałem też prośbę do spełnienia, by tę odznakę, gdy Polska będzie już krajem wolnym i demokratycznym, dostarczyć w miejsce jej godne.

Przez wiele lat właśnie ta odznaka, naszyta na kawałku munduru, była przeze mnie pieczołowicie przechowywana. Każdego roku 1 sierpnia nosiłem ją przez cały dzień. Uczestniczyła w najważniejszych dla mnie chwilach i przynosiła mi, jak myślę, szczęście.

Refleksja

Nie żyją już wszyscy bohaterowie tego spotkania (oprócz mnie). Gdy odwiedzam ich groby i zapalam znicze, mówię do nich: "Tym razem jaw ykonałem to, o co mnie prosiliście".

Pamiętajmy o nich zawsze 1 sierpnia o godzinie 17, godzinie „W”, która powinna pozostać nie tylko na zegarze, ale w sercach tych, którzy pokochali swój kraj, pokochali Polskę...

Zatrzymajcie się na chwilę, by oddać cześć bohaterskim obrońcom Warszawy.

Zwykli a jednak niezwyczajni narodowi bohaterowie żyją wśród nas

Żyją jeszcze wśród nas zgarbieni, cisi, schorowani ,starsi ludzie. Wydawało by się niepozorni, potrzebujący naszej pomocy, a nieraz są nimi bohaterowie narodowi - żołnierze Rzeczypospolitej. O jednym z nich opowiem.

Znajomość

Sobotnie, ciepłe, sierpniowe przedpołudnie 2015 r. Wielu mieszkańców miast i osiedli wyjeżdża na wypoczynek, wielu pozostaje w domu. W ten piękny, ciepły dzień decyduję się na jazdę moim ulubionym rowerem wokół przepięknie położonych podpoznańskich jezior.

Trasa rowerowa, którą jechałem, biegła uczęszczaną i ulubioną ścieżką przez spacerowiczów. Z tego też powodu jechałem  bardzo wolno, by kogoś nie potrącić. Różne rzeczy można zaobserwować na tej ścieżce, nie tylko skaczące czy fruwające ptaki, leśną zwierzynę ale także i śmieci, porozrzucane na drodze.

Zauważyłem wówczas na środku ścieżki, po której jechałem, leżące nieduże, owalne opakowanie. Coś mnie tknęło, zatrzymałem się i je podniosłem. To było, jak wynikało z opisu na opakowaniu, lekarstwo ratujące życie, lekarstwo na serce.

Pomyślałem wówczas – może ktoś zgubił to lekarstwo i potrzebuje pomocy? Zboczyłem wówczas na rozwidleniu z zaplanowanej trasy i pojechałem tą bardziej uczęszczaną przez pieszych. Po kilku minutach jazdy, zobaczyłem starszego mężczyznę siedzącego na ławce, ciężko oddychającego, który wyraźnie miał kłopoty z oddychaniem, dusił się.

Co się stało? – zapytałem. - Zgubiłem moje lekarstwo i mam okropne duszności, nie dojdę do domu - wyszeptał pytany. To lekarstwo? - pokazałem opakowanie. TAK -  odpowiedział i szybko zażył jedną tabletkę. Po kilku minutach podziękował z uśmiechem.

Dlaczego Pan nosi na głowie furażerkę? - zapytałem o to nietypowe nakrycie głowy. - Widzi Pan po chwili namysłu odpowiedział - widzi Pan, jestem ułanem, niech Pan zobaczy. I pokazał mi fotografię uśmiechniętego, bardzo młodego ułana na koniu, w obecności pięknej dziewczyny. - To ja z moją Różą w 1938 r.

- Och! - Uśmiechnąłem się. - To dobrze się składa, zostałem wychowany przez rotmistrza II RP - odpowiedziałem. Wówczas rozmówca uśmiechnął się i powiedział te słowa: - „Widzi Pan, przeżyłem wrzesień 1939, broniłem Warszawy, przeżyłem akcje bojowe Szarych Szeregów, przeżyłem Powstanie i prawie nie doczekałem wolnej Polski”. I opowiedział mi oto tę historię.

Opowieść zwykłego i niezwykłego żołnierza, dla którego słowo Polska było słowem najcenniejszym

W wigilię 1948 roku - tak zaczął mój rozmówca o imieniu Tadeusz - do mieszkania, gdzie mieszkał wraz z żoną, wpada kilku funkcjonariuszy komunistycznej „bezpieki”. Przeszukują oni mieszkanie i zabierają z sobą żonę Pana Tadeusza, która była łączniczką w Powstaniu Warszawskim, później oddziałów WiN. Funkcjonariusze bezpieki obiecują, że jego żona po przesłuchaniu szybko wróci do domu, a przesłuchanie to tylko zwykła formalność.

Po dwóch tygodniach otrzymuje on wiadomość, iż jego żona zmarła na chorobę płuc i została pochowana w zbiorowej mogile. Tadeusz zrozpaczony, zaczyna szukać miejsca pochówku żony i dowiaduje się od kolegów z konspiracji, iż jego żona była w ciąży i w wyniku bicia po brzuchu doszło do zabicia płodu, krwotoku i  jej śmierci. Oprawcy próbowali wmówić mu, iż zmarła z przeziębienia i chorób nabytych w czasie okupacji.

Oficer AK, który zapragnął śmierci

Tadeusz, wysoki dobrze zbudowany ułan - oficer AK odznaczony przez Grota Roweckiego – komendanta Sił Zbrojnych na kraj krzyżem Virtuti Militari za bohaterstwo w czasie wojny, załamał się psychicznie. Odezwały się odniesione rany fizyczne i te psychiczne. Ułan, broniący Polski we wrześniu 1939 r, walczył bohatersko pod Bzurą, obrońca Warszawy – zniszczył 3 czołgi Niemieckie, dowódca odcina bojowego w Powstaniu Warszawskim. Wielokrotnie ranny, doceniany nawet za bohaterstwo przez wroga (bronił sam barykady, gdy reszta obrońców zginęła, bronił do ostatniego naboju. Zakrwawionemu, wielokrotnie rannemu Niemcy darowali życie za bohaterstwo i poświęcenie), zapragnął śmierci.

Wspominał w rozmowie, jak ożenił się z Różą, wielką, swoją miłością ze szkolnych lat. Kochał ją nad życie, to ta miłość pozwalał mu jak stwierdził  posiadać człowieczeństwo, gdy inny go stracili w wojnie i walce”.

Ten bohater narodowy załamuje się w obliczu otrzymanej informacji o śmierci swojej ukochanej Róży i nienarodzonego dziecka i to po zakończeniu wojny i rozpoczęciu pokoju, gdzie miał jako obrońca Polski żyć w spokoju, lecząc wojenne rany.

Uciekając, został złapany i okrutnie torturowany przez UB

Szukając prawdy o śmierci  żony, wszędzie gdzie tylko mógł się udać, zdradzony przez konfidentów, zostaje aresztowany. Próbuje uciekać przez otwarte okno w budynku w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego na Koszykowej w Warszawie, jednak w czasie ucieczki potyka się i przewraca. Zostaje złapany.

Przywleczono Tadeusza do katowni UB i torturowano szczególnie okrutnie, zamykając w specjalnej maszynie do tortur, pozostałą po oprawcach gestapowskich. Był to rodzaj małej szafy, która miażdżyła kości Tadeusza. Oskarżono go wówczas o zdradę Polski, udział w konspiracyjnym podziemiu. Bito go przez wiele godzin, w dzień i w nocy. Powyrywano obcęgami paznokcie u palców rąk. Gaszono palące się papierosy na jego ciele. Wytrwał te tortury.

Żądano od niego nazwisk i pseudonimów konspiracyjnych kolegów i koleżanek, danych dowódców z AK z Powstania Warszawskiego. Odmawia. Zostaje skazany na śmierć, zamienioną później na dożywocie.

Kaci z UB biją go krzesłem, skaczą po jego zakrwawionym torsie. Oprawcy fabrykują wreszcie wersję, iż zeznał w czasie przesłuchania, podając dane żołnierzy podziemia antykomunistycznego, co oczywiście okazało się nieprawdą. Widzi śmierć wielu żołnierzy AK, w tym kolegi z Powstania Warszawskiego, legendarnego żołnierza Batalionu Zośka - porucznika Jana Radowicza.

Prawda okazała się zupełnie inna

Gdy władze PRL ogłaszają amnestię, zostaje warunkowo zwolniony. Przy życiu utrzymuje go myśl o odnalezieniu groby ukochanej żony. Po pięciu lat bezowocnych poszukiwań, gdy pomaga mu środowisko żołnierzy AK, dowiaduje się, że jego żona jednak żyje, straciła pamięć i jest w podwarszawskim przytułku. Oprawcy z UB celowo spreparowali nieprawdziwą informację o jej śmierci, by Tadeusz się załamał i zeznawał na przesłuchaniach.

Odnajduje ją schorowaną, z ograniczoną pamięcią. Poddaje leczeniu. Wyjeżdżają wspólnie do Kanady. Władze komunistyczne nie stawiają przeszkód, uważając ich za "element wywrotowy i obcy klasowo". Koledzy z czasów Powstania Warszawskiego, mieszkający w Kanadzie, organizują leczenie oraz pracę dla niego. Róża odzyskuje pamięć, lecz trauma przeżyć powoduje, iż umiera na obcej ziemi.

Tadeusz wraca do Polski, odnajduje swoich krewnych, z którymi zamieszkuje. Pragnie umrzeć w kraju, dla którego poświecił wszystko - całe swoje życie i rodzinę. Gdy na zakończenie rozmowy zapytałem, dlaczego powrócił mimo doznanych krzywd, odpowiedział: „Krzywdę wyrządzili mi ludzie, nie Polska, dla której poświeciłem siebie”.

Powoli wstał, skinął głową w moim kierunku, mówiąc: „niedługo zobaczę moją Róże i tych, z którymi walczyłem o Polskę, o wolną Polskę, a warto było, oj warto”. Uśmiechając się powoli, odszedł daleko, w swój świat bohaterów, w swój świat prawdy. A ja długo jeszcze siedziałem, patrząc na oddalającego się przygarbionego zwykłego, niezwykłego Polaka, żołnierza Rzeczypospolitej.

 Chwała bohaterom!

Wanda - sanitariuszka Powstania Warszawskiego, uszanował ją wróg okaleczyli kaci z UB

Sanitariuszki Powstania Warszawskiego - bohaterskie dziewczyny, powstało o nich wiele piosenek i filmów. Napisano na ich temat wiele opowiadań nakręcono filmy. Oto jedno z opowiadań, zasłyszanych osobiście, o tych co się kulom nie kłaniały.
 
Spotkanie

W uroczym domku pod Bydgoszczą, gdzie wynajmowała skromny pokój, w upalny, sierpniowy dzień, pod koniec lat 60 tych XX wieku ,przywitała mnie na wózku inwalidzkim pani, z widoczną szramą na prawym policzku i wesołych, pełnych życia, niebieskich oczach. Uściskała mnie wówczas mocno na powitanie. A przy smacznym, drożdżowym placku mojej babci, opowiedziała tę niesamowitą historię swego życia, którą teraz opowiem.

Wojna i konspiracyjna walka

Wanda, tak miała na imię bohaterka tej opowieści, przyjaciółka mojej babci, była córką przedwojennego plutonowego zawodowego, który był podkomendnym mego dziadka – rotmistrza kawalerii. Byli oni przyjaciółmi, razem walczyli pod Krojantami i Bzurą, razem bronili Warszawy, później uczestniczyli w tworzeniu struktur AK. Walczyli w Powstaniu Warszawskim, później w partyzantce antykomunistycznego podziemia.

Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie, Wanda miała prawie 15 lat. W jej rodzinnym domu  panował patriotyczny nastrój. W czasie okupacji należała, jak wiele jej rówieśniczek, do harcerstwa podziemnego, tam przeszła kurs sanitarny. Była piękną, czarnowłosą, wysoką dziewczyną, o niebieskich oczach. Koledzy z plutonu AK podkochiwali się w tej wrażliwej i pięknej dziewczynie.

Wybuch Powstania Warszawskiego, 1 sierpnia 1944 r., zastaje ją w punkcie koncentracji swego oddziału na Starym Mieście w Warszawie. Dostaje ona przydział do punktu sanitarnego.

W punkcie sanitarnym, jak opowiadała, operacje i zabiegi odbywały się 24 godziny na dobę. „Wszystko robiliśmy bez środków znieczulających, na żywca, więc pacjenci strasznie krzyczeli. Widziałam jak ludzie umierali, cierpieli z powodu urwanej ręki, nie mogli złapać tchu, ranni w płuca". – tak wspominała te chwile ze łzami w oczach.

Dokładnie pamiętała, jak wynikało z jej opowiadania, zajęcie Starego Miasta przez Niemców. W tym czasie, zajmowała się ciężko rannymi w punkcie sanitarnym, który mieścił się w piwnicy zbombardowanego dużego domu. Wokół, walki trwały cały czas. W czasie doprowadzenia kolejnych rannych żołnierzy AK do punktu sanitarnego, zobaczyła ciężko rannego młodego SS – mana, który prosił ją o pomoc - czując zbliżającą się niechybnie śmierć. Pomogła rannemu Niemcowi zabierając go na powstańczy punkt sanitarny.

Nie pokłoniła się śmierci. Niemcy darowali jej życie. Zakatowali ją oprawcy z UB

W pewnym momencie usłyszała, jak wspominała, niemieckie głosy. Pierwsze, o co zapytali Wandę Niemcy wchodząc do punktu sanitarnego, to "czy leżą tu jacyś Niemcy". Wówczas odezwał się ranny SS-man.  Niemcy odpowiedzieli, żeby nie strzelać i że bardzo dobrze się nim opiekowaliśmy. „Wtedy uzbrojony po zęby SS-man - na szyi miał  naboje, granaty w ręku - podszedł do mnie, chwycił w ramię i powiedział, żeby się nie bała, bo ze względu na to, że opiekowałyśmy się jego rodakami, nie wrzuci do środka granatów" - wspomina sanitariuszka.

W ten sposób uratowała życie swoje jak i 15 rannych żołnierzy AK. Dostają się oni do niewoli. Przeżyli wojnę.

W 1950 r. zostaje aresztowana jako „ element wywrotowy i klasowo obcy”. Wówczas, po ukończeniu matury, pracowała przed aresztowaniem w magistracie jednego z miast na tzw. terenach wyzwolonych.

W katowniach UB, zamknięta w piwnicy pełnej lodowatej wody sięgającej do pasa,  była bita kilka razy dziennie. Oprawcy wyrywają jej paznokcie i wbijają bagnet w policzek, domagając się informacji o żołnierzach AK, walczących na barykadach Warszawy. Wanda milczy przypłacając zdrowiem. Traci  na chwilę wzrok. Oprawcy wyłamują jej nogę, bijąc kołkiem po kolanie przez 4 godziny bez przerwy. W ranę wdaje się gangrena. Noga zostaje amputowana.

Zeszpeconą kalekę oprawcy komunistyczni spod znaku UB wypuszczają na wolność, wsadzają do pociągu i każą jechać do…..Niemiec.

Sponiewierana fizycznie, upodlona psychicznie, trafia do wrogiego sobie kraju. Tam zaopiekowali się nią polscy żołnierze, służący w Amerykańskiej Armii. Niestety odniesione rany i załamanie psychiczne doprowadza do bardzo poważnych komplikacji wewnętrznych. Dni Wandy są, według lekarzy, już policzone. Przed śmiercią, opowiada swoją historię dziennikarzowi wojskowemu, ten publikuje jej fotografie i wspomnienia w prasie.

Wróg ratuje jej życie

Do szpitala, gdzie przebywa Wanda, zgłasza się znany chirurg Niemiec. Zabiera Wandę do swojej prywatnej kliniki i poddaje intensywnemu leczeniu. Tam, okazuje się, że ten lekarz spłaca swój dług gdyż to on, jak się okazało, był tym uratowanym SS – manem w 1944 r. w Warszawie przez Wandę.

Podleczona w latach 60 tych XX wieku, wraca do Polski, do swojej ojczyzny. Władze komunistyczne odmawiają jej renty. Pozostaje bez środków do życia. Śpi w piwnicach, wyjada resztki ze śmietników. Pomaga je środowisko byłych żołnierzy AK dając żywność i schronienie. „Nie chciała być ciężarem” - jak mówiła, płącząc. „Dla Polski walczyłam, w Polsce umrę” i powoli umierała, a życie w niej się ledwo tliło.

Środowisko byłych żołnierzy AK, w Stanach Zjednoczonych, finansuje jej wyjazd na stałe do USA. Tam jest leczona, otrzymuje rentę, ufundowaną przez byłych żołnierzy AK. Zdrowieje.

O Polsce nie zapomina, odwiedzając rodzinne strony i stąd moje spotkanie z ta niesamowitą bohaterką.

Zakończenie

Wanda sanitariuszka, Powstaniec Warszawski, bohaterka i żołnierz AK, umiera w latach 80-tych XX wieku, w otoczeniu swoich kolegów z czasów Powstania Warszawskiego, na obcej ziemi w USA. Tam jest jej skromny grób i napis na nim "Wanda, sanitariuszka Powstania Warszawskiego".

Cześć jej pamięci, Chwała bohaterom. Zapamiętajcie.

 

Młodzi patrioci - przyszłość Polski

Patriotyzm staje się coraz częściej w sercach polskiej młodzieży nie tylko symbolem, ale także wzorcem do naśladowania, niejednokrotnie celem życia. A jak to się zaczyna ?

Patriotyzm – to według dostępnej literatury „postawa szacunku, umiłowania oddania własnej ojczyźnie oraz chęć ponoszenia za nią ofiar; pełna gotowość do jej obrony, w każdej chwili. Charakteryzuje się też przedkładaniem celów ważnych dla ojczyzny nad osobiste, a także gotowością do pracy dla jej dobra i w razie potrzeby poświęcenia dla niej własnego zdrowia lub życia. Patriotyzm to również umiłowanie i pielęgnowanie narodowej tradycji czy kultury. Patriotyzm oparty jest na poczuciu więzi społecznej, wspólnoty kulturowej oraz solidarności z własnym narodem..”

Zamiast wstępu

Kilka dni temu otrzymałem taką wiadomość”

„Witam, mam na imię Sylwester mam 15 lat jestem muzykiem i razem ze znajomą wokalistką, która pisze teksty ,skomponowaliśmy wspólnie piosenkę o tematyce patriotycznej. W trakcie jej realizacji postanowiliśmy zrobić krok dalej i nakręcić do niej klip umieszczając go w dniu 11 listopada 2015 r. na YouTube. Wśród swoich moich rówieśników odszukałem wielu ludzi pasjonujących się filmem/teatrem o tematyce patriotyczno - narodowej. W trakcie komponowania piosenki i realizacji klipu pomogli nam rekonstruktorzy.
Było by nam niezmiernie miło gdybyście umieścili naszą piosenkę na swojej stronie na Facebooku. Uważam że piosenka może obudzić u ludzi w moim wieku tak ważną wartość jaką jest patriotyzm

Umieściłem tę piosenkę na portalu społecznościowym tematyce patriotyczno – narodowej. Piosenka spotkała się z bardzo „ciepłym przyjęciem” i to nie tylko wśród młodych czytelników.

15 letni Sylwester i jego koleżanka, wysyłając tę piosenkę, uzmysłowili we mnie, że młodzi Polacy potrzebują, ba, pragną, poznawać historię własnego kraju, a w niej właśnie szukają dla siebie wzorców do naśladowania. Żołnierze Wyklęci, ich heroiczna walka i danina krwi, mobilizuje środowiska młodych patriotów. Ten proces dojrzewał w ich sercach i myślach od dawna.

Jak po wojnie kształtował się patriotyzm Polaków

Znaczenie patriotyzmu narodowego w okresie powojennym gdzieś się zatraciło wśród Polaków, głównie w środowiskach lewackich czy pamiętających "wyższość ZSRR nad innymi...". Patriotyzm stawał się jednak w środowiskach polskiej inteligencji, tej nastawionej patriotycznie niejako obowiązkiem i powinnością przekazywaną głównie młodemu pokoleniu. Już w II RP mówiono często o narodowej dumie i o tym, co naród Polski łączy. Często powtarzano :"Jestem Polakiem i jestem z tego dumny". Stefan Wyszyński, autorytet religijny i moralny, kiedyś powiedział: "Po Bogu najbardziej ukochałem Polskę". 
Społeczeństwo Polskie było głównie za czasów PRL -u „szkolone” przez rodzimych i obcych, głównie z ZSRR, politruków o wyższości komunizmu i współpracy z ZSRR nad kapitalizmem i demokracją.

Te obce Polsce treści miały na zawsze zastąpić wiedzę o prawdziwym polskim patriotyzmie, opartym na tradycji oręża Polskiego, walkach narodowo - wyzwoleńczych i odzyskiwaniu państwowości, samodzielności oraz powstawaniu wolnego demokratycznego kraju o wartościach chrześcijańskich. Polacy mieli zapomnieć na zawsze o tych, co o takie wartości walczyli, jak ich zamykano w katowniach oraz wywożono w dalekie i zimne tereny ZSRR lub zwyczajnie mordowano.

Pojęcie ojczyzna i naród były i są dalej, o czym można się przekonać, czytając niektórą prasę czy słuchając niektóre media dla kacyków politycznych czasów PRL zagrożeniem ich bytu i istnienia.

Patriotyzm powojenny był wykorzystywany do niewolniczej pracy i oddaniem wszystkich bez reszty dla idei komunistycznych pod sztandarami PZPR i KPZR. Młodzi patrioci, według tych teorii, byli to członkami partii lub organizacji ich popierających jak np. ZMP. Nawet Harcerstwo Polskie zostało prawie zlikwidowane oraz zdominowane przez te komunistyczne idee.

Ktokolwiek wówczas pragnął zrobić karierę, był zmuszany do popierania tych idei komunistycznych. Jeżeli tego nie zrobił, to jak brzmiało wówczas hasło „ jak nie to nie do łopaty !” Takie wówczas obowiązywały reguły.

Jak jest dzisiaj

Minęło od zakończenia II wojny światowej wiele lat, nastąpiło także pod wpływem wydarzeń w Polsce wiele przemian mentalnych, moralnych i światopoglądowych, głównie po wypadkach czerwca 1956 r. , grudnia 1970 oraz roku 1980. Dzisiaj, polski patriotyzm w kraju wolnym i demokratycznym niejednokrotnie z powodów czystej gry politycznej stawał się często, jak pamiętamy, obiektem niezwykłego ataku różnych grup politycznych, widząc w tych działaniach korzyści dla siebie. Komu tak bardzo zależało, by Polska młodzież nie manifestowała świąt i rocznic związanych z odzyskaniem niepodległości czy np. Powstania Warszawskiego? Kto tak naprawdę preferował obce nam kulturowo, mentalnie, religijnie i zwyczajowo ruchy środowisk gejowskich, ich dążenie nie tylko do dominacji w różnych kręgach społeczeństwa, ale wręcz do przejęcia władzy?

Niemal codzienne w mediach mogliśmy zaobserwować ataki niektórych grup społecznych, głównie na takie wartości jak : miłość do ojczyzny, wiara w siebie, promocja miejsca i kraju w którym żyjemy, utożsamianie się z Polską i Polakami, krzewienie w swoim domu i środowisku tradycji narodowych i religijnych. Preferowanie takich wartości jak: brak wiary w siebie i własne społeczeństwo, negacja wszystkiego co Polskie, podsycanie wzajemnej nienawiści i różnic etnicznych kulturowych itp. sprawiają, że wielu młodych ludzi tracąc więź narodową ucieka z własnego kraju nie tylko za lepszymi zarobkami ale dlatego, że nie widzą we własnym społeczeństwie miejsca dla siebie.

W Krakowie wydano ponad 500 stronicową "Wielką Księgę Patriotów Polskich", lecz media głównie tzw. „resortowe” o tym fakcie całkowicie przemilczały. Pięćdziesięciu jeden autorów w książce ukazuje biogramy wybitnych Polaków, od zarania państwowości aż po czasy współczesne. Szkoda, że tak ważna informacja nie trafiła do społeczeństwa. Oczywiście ważniejsze od patriotyzmu są powodzie, kataklizmy, katastrofy, morderstwa, nieudacznictwo wszystkich iw wszystkiego w każdej dziedzinie życia, prywata itp. ręce opadają.


Oglądając np. TVN24 w ciągu 8 godzin, ¾ czasu antenowego niestety poświęca się temu co nam nie wychodzi, co się w Polsce nie udaje, jacy to jesteśmy beznadziejni, jak mordujemy własne dzieci, jak świetnie kradniemy, a nasza młodzież to kwiat bandytyzmu. Dziennikarze w pogoni za nagrodą od szefa wynajdują wciąż nowe "sensacyjki" prawdziwe lub wymyślone i tym karmią społeczeństwo. Czy takie działania są patriotycznymi? Czy one służą Polsce i Polakom? Na pewno NIE!

Proszę popatrzyć na telewizję w Austrii, w Niemczech, w Słowenii czy Chorwacji, gdzie pokazuje się prawie na okrągło co i jak się udało zrobić w kraju dobrego, jakie te państwa mają konkretne osiągnięcia gospodarcze. Jak powstają tam nowe miejsca pracy. Promuje się w tych mediach turystykę pokazując wspaniałe i czyste jeziora, góry czy morze zachęcając do przyjazdu innych. Bo turystyka napędza gospodarkę daje pracę i pieniądze i to wcale nie małe, a u nas?

Zachęca się oczywiście innych by do nas w żadnym przypadku nie przyjeżdżali, pokazując ścieki w jeziorach, brud w lasach, dziury na drogach pijanych żądnych krwi kierowców, a na ulicach pijanych ludzi. Cudownie kreujemy swój wizerunek i siebie, wspaniale pokazujemy nasze społeczeństwo nic tylko uciekać z tego kraju. Takie działania patriotyzmem nazwać nie można. Kiedyś, dawniej, jak mi opowiadano, nazywano je po prostu "wrogie działające na szkodę państwa". A dzisiaj niestety prawda jest taka, że komercja zabiła patriotyzm. Walki polityczne niszczą społeczeństwo, kasa i władza jest najważniejsza. Zwykły szary człowiek przestał się już liczyć.

Budzi się obecnie szybko wśród patriotycznie nastawionej młodzieży duch patriotyzmu, duch walki o Polskę o zachowanie tradycji, kultury, zwyczajów i obyczajów, gdzie BÓG-HONOR-OJCZYZNA nie jest już tylko pustym określeniem. Młodzi patrioci jak już wspomniany przeze mnie 15 letni Sylwester, widzą w patriotyzmie spełnienie samego siebie swoich marzeń i ideałów. Żołnierze Wyklęci, Rotmistrz Pilecki i jemu podobni bojownicy o Polskę stają się bohaterami, ba, stają się wzorem do naśladowania. Ich podobizny są malowane na ścianach budynkach, na transparentach w czasie imprez masowych. Młodzi szczycą się ich dokonaniami. Wielka Polska jest na sztandarach z wizerunkiem galopującej husarii.

Patriotyczny tatuaż na ciele jest nie tylko pięknem samym w sobie, ale wręcz pożądaniem. Na stronach portali społecznościowych o tematyce patriotyczno – narodowych można spotkać jakie są i jak młodzi ludzie je podziwiają. Młoda inteligencja jak lekarze, prawnicy, inżynierowie wspólnie z murarzami, kierowcami itp. stanowią jedną, nierozerwalną, patriotyczna grupę. To oni w buncie przeciwko zawłaszczaniu przez niektóre środowiska polityczne idei patriotycznych wybrali na głowę państwa człowieka honoru, patriotyzmu narodowego, wybrali na Prezydenta RP Andrzeja Dudę. Pod hasłami „ Nastał czas patriotów” dokonali niedawno wyboru, tych swoich przedstawicieli dla których według nich Polska jest dobrem najwyższym. 

Sylwester z Grudziądza, przedstawiciel młodego patriotycznego polskiego pokolenia, pokazał, jaką drogę wybrali młodzi Polacy, czym się w tej drodze kierują i jakie mają wartości. A ja jestem wewnętrznie przekonany, iż ten wybór jest wyborem słusznym. To oni są przyszłością Polski. Brawo Sylwester! Brawo!

Dziękuję Marcie za nadesłaną fotografię.


Ten artykuł poświęcam młodym polskim patriotom.